Sprawa Lecha Wałęsy przygnębia mnie w stopniu najwyższym. Czuję się tak, jakby ktoś z mojej bliskiej rodziny okazał się dawnym kapusiem. Jakieś fatum prześladuje naszą historię, i tę dawną, i tę najnowszą. Nie da się jednak pominąć roli Wałęsy w procesie zmian zachodzących w Polsce w 1989 roku. Nie umiem odpowiedzieć na pytanie, w jakim stopniu był on niezależny jako lider Solidarności i później jako prezydent. Na pewno jego własnym i zaskakującym wszystkich pomysłem było oderwanie Stronnictwa Demokratycznego i Stronnictwa Ludowego od PZPR i utworzenie koalicji z Solidarnością. Tego komuniści się nie spodziewali. W ten sposób utracili w Sejmie większość. Jakoś dziś mało kto o tym fakcie pamięta. Rzecz jasna, trzeba teraz napisać na nowo dzieje Solidarności i najnowsze dzieje Polski.

 
Kiedy Wałęsa był internowany, najpierw w Otwocku Wielkim a potem w Arłamowie, wysyłałem mu pytania przemycane przez księdza Henryka Jankowskiego. Układałem je sam, albo otrzymywałem je od redaktorów podziemnego „Tygodnika Wojennego”. Przepisywałem je na zwitki pergaminu, które wkładałem w miejsce grafitu do specjalnie wydrążonego ołówka z gumką. Wałęsa odpowiadał ustnie, albo w punktach zanotowanych osobiście, lub podyktowanych księdzu. Nie zawsze to były zrozumiałe odpowiedzi, ale nigdy nie nawoływały do walk mogących doprowadzić do rozlewu krwi. Później, kiedy Wałęsa już wrócił z internowania, z pytaniami jeździłem do niego do Gdańska. Rozmawialiśmy przy włączonych zagłuszarkach podsłuchów a kwestie najistotniejsze pisaliśmy do siebie na kartkach. Nie miałem wówczas wątpliwości, że jest on oddany bez reszty sprawom Solidarności i Polski. Pamiętam też, że nie ufał do końca nikomu i jak szachista obmyślał różne warianty kolejnego ruchu. Nie brakowało mu nieco zadziorno-cwaniackiego wdzięku i wiary, że przewidzi wszelkie sytuacje i nikt go nie wyprowadzi w pole. Zapewniał jednak, że słucha uważnie doradców i analizuje ich podpowiedzi. Był wówczas osobą charyzmatyczną i nosili go na rękach, nie tylko stoczniowcy i mieszkańcy Trójmiasta, ale ludzie z całej Polski. Niemal codziennie czekali pod bramą, przez którą wychodził po pracy. Sytuację tę widziałem wielokrotnie, podobnie, jak widywałem wielokrotnie setki ludzi, którzy odprowadzali jego samego i jego rodzinę do domu po niedzielnych mszach. Manifestacje pod oknami państwa Wałęsów były coniedzielnym rytuałem. Kiedy po kilku latach witaliśmy się w redakcji „Nowego Dziennika” usłyszałem uwagę, że powinienem być w kraju, bo moje miejsce jest w nowej Polsce. Kto wie, czy Wałęsa nie miał wtedy racji. Dziś myślę, że w nim samym toczy się jakiś straszliwy dramat, zaś my, Polacy, będziemy podzieleni z jego powodu jeszcze bardziej niż dotychczas.

 
Z satysfakcją przeczytałem list prezydenta Andrzeja Dudy skierowany do Danuty Szaflarskiej z okazji Jej 101 urodzin. Powiedziane jest w nim wszystko, co powinno było być powiedziane, w tonie najwyższego szacunku i w słowach idealnie dobranych. Najwyższa klasa!

 
Bardzo cieszy mnie inicjatywa Biblioteki Głównej Akademii Górniczo-Hutniczej im. Stanisława Staszica w Krakowie, która zorganizowała wystawę „Kazimierz Wiśniak – mistrz detalu i precyzji”. Jej otwarcie jest zaplanowane 2 marca br. Ma być ona niespodzianką dla Mistrza. Tymczasem Mistrz przysłał mi nowe wydania „Kuriera Lanckorońskiego”, który ostatnio sam redaguje. Ponownie zatem „zagościłem” w tejże Lanckoronie, gdzie latem 1981 roku zrodziła się moja fascynacja osobą Kazia jako wielkiego scenografa i gdzie omawialiśmy wspólne plany sceniczne. Później poprzez obrazy i rysunki tego niezwykłego artysty wszedłem w jego – jedyny w swoim rodzaju – świat magiczno-baśniowy. I tak dobrze mi w nim, jakby był on także moim własnym światem. Nie wiem, czy miałem już wcześniej ten świat w sobie i Kazio go we mnie wyzwolił, czy też stworzył on ten świat we mnie. Byłoby to możliwe, albowiem byłem otwarty nań bez reszty. Podziwiam w tymże „Kurierze” bardzo ciekawy dobór tekstów związanych z dziejami i dniem obecnym, nie tylko Lanckorony, ale również Izdebnika, Jastrzębia, Kopania, Podchybia, Łaśnicy i Skawinki. Podziwiam również tak drogą mi sztukę ilustracyjną Kazia, jego niepowtarzalną kreskę, swoisty surrealizm i takiż dowcip. Precyzję jego rysunków znawcy porównują do precyzji znanej z dawnych sztychów, mnie zaś przywodzą one czasem na myśl rysunki nawet samego Durera. „Kurier Lanckoroński” na swój specyficzny wdzięk i jest równie uroczy, jak sama Lanckorona. Za oknami mam fascynujący Manhattan, zaś na biurku – Lanckoronę wyczarowaną przez Kazia. Ciekawe doznanie, bowiem jestem jednocześnie i tu, i tam. I nigdy nie wiem, gdzie bardziej.

 
Zaprezentowany w Lincoln Center „Kosmos” Andrzeja Żuławskiego jest pod każdym względem filmem znakomitym. Tylko zbyt absurdalnym. Tak, jak zbyt absurdalna jest powieść Witolda Gombrowicza, na kanwie której powstał scenariusz tego dzieła. Pokazanie kosmosu poprzez mikrokosmos, który jest chaosem, to zamierzenie odkrywcze i ważne, ale w końcu ten chaos jest tak spiętrzony i wszechogarniający, że się w nim tonie. Od pewnego momentu ogląda się ten film po prostu jako czystą formę, albo jak spóźniony dialog z surrealistycznymi dziełami Bunuela. Natomiast przypomniana w tymże Lincoln Center „Trzecia część nocy”, z 1971 roku, zdała mi się dziełem wręcz apokaliptycznym. To jedno z największych osiągnięć polskiego kina z wiecznie aktualnymi pytaniami o sprawy elementarne. Piękna formalnie. Nie podjąłbym się pisania o innych filmach Żuławskiego, albowiem, choć swoiście mnie intrygują i podziwiam ich stronę wizualną, nie rozumiem ich i nie wiem, po co powstały.

 
Gombrowicz – „Owszem mistyfikacja jest zalecona pisarzowi. Niech zmąci nieco wodę wokół siebie, aby nie powiedziano, kto zacz – pajac? kpiarz? mędrzec? oszust? odkrywca? blagier? przewodnik? A może on jest tym wszystkim naraz?”.

 
Z dużym zainteresowaniem przysłuchiwałem się wywiadowi, jakiego udzielał Tomaszowi Bagnowskiemu nasz znakomity baryton Artur Ruciński. Mogłem podziwiać niezwykle piękny głos, piękną polszczyznę z prawidłowymi akcentami, co niezmiernie dzisiaj rzadkie, żywą inteligencję, naturalność i bezpośredniość. Artysta ten imponująco śpiewał, m.in. w „Carmen”, „Don Carlosie”, „Eugeniuszu Onieginie”, „Damie Pikowej”, „Traviacie”. Prześlicznie wykonał „Pieśni” Mieczysława Karłowicza. Okazuje się, że nawet najtrudniejsze role nie sprawiają mu żadnego kłopotu i śpiewa je, tyleż z lekkością, co z przyjemnością. Zawsze mam wrażenie, że ma on w sobie jeszcze duży zapas siły i mógłby – mówiąc językiem sportowym – przeskoczyć następne poprzeczki. Po debiucie w „Madame Butterfy” w Metropolitan Opera został nazwany brylantem. I nie jest to bynajmniej określenie kurtuazyjne. Zapewne będę mógł się o tym przekonać prowadząc spotkanie z nim 4 marca w siedzibie „Kuriera Plus”.

 
Giacomo Puccini – „W dniu, w którym nie będę już więcej zakochany, sprawcie mi pogrzeb”.