Od czasu wejścia Polski do Unii Europejskiej wyjechało z ojczyzny prawie dwa miliony Polaków. Najwięcej na Wyspy Brytyjskie, do Niemiec, Holandii, Belgii i krajów skandynawskich. Mniej oblegane były Francja, Włochy i Portugalia. W poszukiwaniu pracy rodacy trafili nawet na Islandię, gdzie nieźle dają sobie radę i są cenionymi pracownikami. Najwięcej wyjazdów było z Opolszczyzny, Podkarpacia, Podhala, Ściany Wschodniej, Mazur i Warmii. Najczęściej wyjeżdżały osoby przed ukończeniem 30 roku życia. Najliczniejsza emigracja miała miejsce za rządów koalicji PiS-Samo- obrona-LPR, w niewielkim stopniu zmalała w latach następnych, by nasilić się ponownie w drugiej fazie rządów koalicji PO-PSL.

 
Granica ubóstwa na jedną osobę wynosi w Polsce 16.670 złotych rocznie.

 
To nieprawda, że Ida Kamińska – wybitna aktorka i zasłużona dyrektorka Teatru Żydowskiego w Warszawie została wypchnięta z Polski w 1968 roku. Była bardzo szanowana i fetowana przez polskie środowisko teatralne i filmowe a komunistyczne władze nie zamierzały pozbawić jej stanowiska. Wyjechała na skutek nalegań rodziny, która chciała wyemigrować z Polski. Wyjazd był dla niej tragedią. W 1975 roku przyjechała do Warszawy na obchody półwiecza śmierci swojej matki, aktorki Estery Rachel Kamińskiej. Jakiż to był wzruszający moment – wspomina Gołda Tencer – kiedy stanęła na deskach teatru, który przecież budowano kiedyś dla niej, i powiedziała: „Żydzi Warszawy! Nie wiem, kto lepiej zrobił, ja, która wyjechałam, czy wy, którzy zostaliście. To wy macie swój dom, ja tego domu nie mam”. W Nowym Jorku, gdzie się osiedliła po wyjeździe, obiecywano jej teatr, ale nic z tego nie wyszło. Nie miała także swego teatru w Izraelu, w którym mieszkała przez dwa lata. Dla Idy Kamińskiej teatr był domem i całym światem, zatem nic dziwnego, że napisała książkę „Nie brakuje mi niczego prócz pracy”. Jest także autorką autobiografii „Moje życie, mój teatr”. Zmarła na atak serca w Nowym Jorku i w tym mieście została pochowana na Mont Hebron Cemetery.

 
W Alejach Jerozolimskich, na frontonie domu, w którym mieszkała jest tablica upamiętniająca jej postać. Podobne tablice znajdują się na ścianach na budynku Teatru Kameralnego (dawniej Dolnośląskiego Teatru Żydowskiego) przy ulicy Świdnickiej we Wrocławiu oraz Teatru Nowego w Łodzi.

 
Antysemicka nagonka urządzona przez moczarowców i poparta przez PZPR była jednym z najbardziej hańbiących rozdziałów Polski Ludowej. Nie zapominajmy jednak, iż tę Polskę, podobnie jak i PZPR, tworzyło wielu tych, którzy zostali później przymuszeni do wyjazdu przez swoich partyjnych współtowarzyszy. Pierwszy rozdział tego przymuszenia miał miejsce po 1956 roku. Pisząc o exodusie w latach 1968-69 oddajmy należną sprawiedliwość tysiącom wypędzonych, ale przypominajmy także tych, którym antysemickie czystki umożliwiły emigrację na Zachód. Przecież marzyło o niej również wielu Polaków, chcących wyzwolić się z jarzma komunizmu. Przypominajmy także o tym, że polska nauka i kultura oraz polskie życie intelektualne zostało w sposób ewidentny zubożone w wyniku owego exodusu po Wydarzeniach Marcowych. Na uczelniach, na miejscu uczonych, którzy musieli wyjechać, pojawili tzw. docenci marcowi, albo jak kto woli – volksdocenci. Mierni, ale wierni.

 
Władysław Bartoszewski o Helenie Wolińskiej – Brus, którą próbowano pociągnąć do odpowiedzialności za stalinowskie zbrodnie – „Podpis ppłk. Wolińskiej figuruje na moim akcie oskarżenia czerwonym ołówkiem. Zatwierdzając akt oskarżenia wobec mnie wiedziała, że jestem współzałożycielem Żegoty (Rady Pomocy Żydom). Jestem przykładem, że tłumaczenia pewnych ludzi wokół Wolińskiej i jej samej, że trwa wokół niej jakaś antysemicka akcja, są bzdurą”. I jeszcze fragment wspomnień Krystyny Sobolewskiej, żony skazanego przez Wolińską w 1953 roku podporucznika saperów Armii Krajowej Juliusza Sobolewskiego: „Pani pułkownik siedziała za wielkim stołem, zza którego ledwo ją było widać. Kiedy pytałam o ratunek dla niewinnie przetrzymywanego męża, Wolińska skwitowała to krótkim: >to najgorszy dzień w moim życiu, bo umarł Stalin<”. Jestem dziwnie pewien, że studenci amerykańscy począwszy od studentów nowojorskiej New School nie dowiedzą się nigdy o zbrodniach Wolińskiej, Brystigierowej, Bermana, Morela i im podobnych. Chyba, że będą to Polacy.

 
Spodziewałem się wielkiej uroczystości z okazji 101 urodzin Danuty Szaflarskiej – bohaterki Powstania Warszawskiego i bodaj najstarszej występującej aktorki świata. Wszak jest ona istnym fenomenem. A tu nic – nawet listu z powinszowaniami od ministra kultury nie było.

 
We Lwowie trzeba swoje odpłakać. Odpłakałem. Jak tylu innych. Teraz sposobię się do ponownego doń wyjazdu. Czytam i oglądam dostępne mi lwowiana. Szlag mnie trafia, że w podręcznikach i przewodnikach ukraińskich wciąż zamilcza się i zaciera dawną polskość tego miasta. W filmie „Fenomen Lwowa” ani razu nie mówi się o tym, co ono Polakom zawdzięcza. Kiedy mowa jest o obrońcach tego miasta w 1918 i 1919 roku, pokazywana jest kwatera ukraińskich żołnierzy siczowych na tle Cmentarza Orląt Lwowskich. Bez słowa komentarza o nich. I jak tu wierzyć w dobrą wolę historyków i przewodników ukraińskich deklarujących potrzebę prawdy i przyjaźni z Polską? Nacjonalizmy kwitną.

 
Wieczór poświęcony Edith Piaf, zorganizowany przez „Kurier Plus”, zgromadził jej wielbicieli. Z braku miejsc wiele osób nie mogło się nań zapisać. Serce mi rosło, kiedy patrzyłem na zasłuchane twarze, opromieniane światłem bijącym poprzez ekran od tej wielkiej pieśniarki. Słusznie zauważył poeta Guy Beart, że jest „płomieniem, który płonie oświetlając innych”. Tak było i tym razem. Widzowie słuchali z przejęciem jej śpiewu i wypowiedzi, a potem próbowali zdefiniować zjawisko, jakim była. Miała nieprawdopodobnie silny głos o niepowtarzalnym brzmieniu. Piosenki w jej wykonaniu stawały się dziełem sztuki. Emanowały z niej dobroć i magnetyczny blask, nie dający się ująć w słowa. Była jedną z najbardziej kochanych artystek w dziejach. W pamięci utkwił mi wiersz maturzysty z poznańskiego liceum, w którym napisał –
„Edit –
ptaku smutnego stulecia
małych uliczek tętniących
umieraniem minionych epok”.
Podczas tegoż wieczoru poznać mogłem swych Czytelników, których wcześniej nie widziałem. Tych, którym – jak się okazało – jestem potrzebny, tych, którzy wycinają i gromadzą wszystko, co napisałem oraz tych, którzy myślą i czują podobnie jak ja. Wrażliwych, inteligentnych, wykształconych. Nie wiedziałem, że tak często piszę to, co oni sami chcieliby napisać. Tyle dobrych słów, tyle serdeczności, tyle zachęt – mój Boże, czy ja kiedykolwiek tym Czytelnikom się odwdzięczę, za to, iż czynią mnie szczęśliwym? Niewiarygodnie. szczęśliwym.