Trwa Światowy Rok Szekspirowski. 23 kwietnia minie 400 lat od śmierci największego dramatopisarza w dziejach nowożytnego świata i zarazem wielkiego poety. Jego wpływ na światową literaturę jest wręcz niewyobrażalny, nie mówiąc już o wpływie na wyobraźnię scenarzystów, reżyserów, scenografów, kompozytorów, choreografów i rzecz jasna aktorów. Dobrze się zatem stało, że Rok Szekspirowski ogłoszono również w Polsce. Słusznie zauważył Jacek Cieślak w „Rzeczpospolitej”, że gdyby Szekspira nie było, nie byłoby też polskiej kultury w kształcie, jaki nadali jej Mickiewicz, Słowacki, Gombrowicz, Mrożek czy Herbert. A „być albo nie być” to dylemat powstańców listopadowych, Armii Krajowej i pokolenia „Solidarności”. Dylematy Hamleta były w sytuacjach bez wyjścia dylematami, nie tylko naszych bohaterów narodowych, ale i postaci literackich. Słowacki pokazał je wyraziście w „Kordianie” i „Horsztyńskim”, Mickiewicz pośrednio w „Dziadach”, Wyspiański w „Nocy listopadowej” i „Wyzwoleniu”, Żeromski w „Popiołach” i „Sułkowskim”, Gombrowicz w „Ślubie”. Karykaturą Hamleta jest Artur w „Tangu” Mrożka. Nie bez powodu Wyspiański zauważył, że tematem „Hamleta” w Polsce jest zawsze to, co jest jej najgorętszym problemem. „Balladyna” jest dramatem o żądzy władzy zaczerpniętym z „Króla Leara” i „Makbeta”. Szekspir miał dla Słowackiego większą siłę inspirującą niż Stary i Nowy Testament”. W „Kordianie” zakrzyknął on –„Szekspirze! duchu! zbudowałeś górę /Większą od góry, którą Bóg postawił”. Bez Wiedźm w „Makbecie” nie mielibyśmy Szatana, Strachu i Imaginacji w tymże „Kordianie”. Nie wiem, czy bez Ducha Ojca w „Hamlecie” mielibyśmy Duchy w „Dziadach” i Zjawy w „Weselu”. A ileż było na polskich scenach wspaniałych przedstawień teatralnych dzieł mistrza ze Stratfordu, ileż kreacji aktorskich, ileż odkryć reżyserskich! O pracach polskich szekspirystów już nie piszę, bo byłby to truizm. Reasumując – wpływ Szekspira na kulturę polską jest olbrzymi! Jest to temat na wieloletnie badania i wielotomową monografię ułożoną tematycznie i chronologicznie. Jakież to wdzięczne zadanie dla badaczy! Gdybym miał większą wiedzę w tej materii, sam bym się w te badania ochoczo wdrożył.

 
Na Szekspira chodzę od czasów licealnych. Widziałem wszystkie dramaty. 37. Budowały mnie. Poruszył on w nich chyba wszystkie ludzkie sprawy i pokazał wszystkie nasze cechy. Mam adaptacje filmowe jego dzieł, w tym ośmiu „Hamletów”, począwszy od tych z kreacjami Laurence’a Oliviera, Innokientija Smoktunowskiego, Richarda Burtona i Władimira Wysockiego. Porównuję kolejne ekranizacje ze sobą i widzę przez nie, ile możliwości interpretacyjnych daje oryginał. Nawet z najsłabszych przedstawień i filmów Szekspir wychodzi obronną ręką. Jego dzieł nie jest w stanie zabić, czy choćby tylko przesłonić, nawet najbardziej pyszałkowaty reżyser, uważający, że jest od niego mądrzejszy. Ale i ponad najlepszą inscenizacją i ekranizacją widać samego Szekspira. On jest zawsze od nich szerszy i głębszy. Większy po prostu. Trzeba go czytać w głąb i w szerz.

 
Los sprawił, że w mieszkaniu wielkiej aktorki Elżbiety Barszczewskiej i jej męża Mariana Wyrzykowskiego, wybitnego aktora, reżysera i pedagoga, miałem swoje stałe miejsce przy stole pod dziewiętnastowiecznymi sztychami przedstawiającymi sceny z „Hamleta”, „Makbeta”, „Króla Leara” i „Romea i Julii”. Były tak piękne, że nie mogłem oderwać od nich oczu, podobnie zresztą jak i od równie pięknej pani domu. Do dziś mam je pod powiekami. Widniejące na nich postacie miały szlachetne rysy i zyskiwały jakby szerszy wymiar. Bardzo dobrze sztymowało to z rodzajem aktorstwa gospodarzy. Oni bowiem zawsze podciągali w klasie i uszlachetniali swych bohaterów. Widać to było również w „Hamlecie”, w którym oboje stworzyli historyczne kreacje. Wcześniej spotkali się w „Śnie nocy letniej” jako zakochani w sobie Helena i Demetriusz. Miłość sceniczna przekształciła się w życiową… Szekspir powracał w ich domu w wielu rozmowach, którym się przysłuchiwałem. Był punktem odniesienia. Pani Elżbieta chciała grać Lady Makbet, ale rolę tę wyintrygowała dla siebie Nina Andrycz, czyli dobrze umocowana politycznie – premierowa Cyrankiewiczowa.

 
Moje warszawskie szekspiriana zostały mocno przerzedzone przez złodzieja. Otworzyłem je w Nowym Jorku. Są wśród nich reprinty pomnikowych wydań angielskich i amerykańskich z przepięknymi ilustracjami Johna Gilberta. Ostatnio dostałem na gwiazdkę „Dzieła wszystkie” z portretem autora ofiarowane przez Barbarę Księską i Leszka Szmigiela. To jedne z moich z najcenniejszych klejnotów. Do nich należy także rzeźba prezentująca Hamleta jako studenta uniwersytetu w Wittenberdze i witraże, na których widnieje Ofelia z lilią i Hamlet z czaszką Yoricka. Patrzę na nie codziennie, podziwiając subtelność, z jaką zostały wykonane. Do dziś przechowuję butelkę po polskiej wódce „Shakespeare” z wizerunkiem mistrza w pracowni. Wódka była taka sobie, ale ten rysunek!…

 
W minioną niedzielę nieoceniony Teatr Telewizji Polskiej przypomniał sztukę Ester Villar „Królowa i Szekspir” wystawioną przez Zbigniewa Zapasiewicza. Jej bohaterką jest królowa Elżbieta I, która postanawia spędzić ostatnie swe chwile m.in. w obecności Szekspira, mając nadzieję, że napisze on dramat o tym, jak pięknie umierała. Oczywiście mistrz może niby napisać go jak chce, ale jednak władczyni daje mu wytyczne, co ma być w poszczególnych aktach. Zalękniony i onieśmielony Szekspir nie mówi ani słowa i obmyśla akcję. Nie może jednak pisać, bo królowa co chwila wpada na nowe pomysły. W sztuce padają z ust Elżbiety I znamienne słowa skierowane do autora „Hamleta” (przytaczam je z pamięci) – „Ty jesteś większym władcą ode mnie. Ja bowiem władam życiem swych poddanych, ty zaś ich duszami, które kształtujesz”. I w rzeczy samej tak właśnie było! Spektakl był triumfem Mai Komorowskiej, która w roli tytułowej przeszła samą siebie pokazując zarówno brzydotę, jak i majestat umierania. Była gejzerem wyrafinowanego intelektu i uosobieniem przewrotności graniczącej z sadyzmem. Dzieła mistrza znała doskonale. Leon Charewicz jako Szekspir był owszem, przekonywający, szkoda jednak, iż nie zróżnicował owego zalęknienia i onieśmielenia. Oboje protagoniści wydobyli precyzyjnie myśl główną przypominającą, iż królowie, o których pisał milczący Szekspir, istnieją w świadomości zbiorowej głównie poprzez jego utwory, jego zaś geniusz wyniósł go samego wysoko ponad nich.

 
Szekspir, Szekspir, Szekspir – taki wielki i taki sławny, ale niemal niczego pewnego o nim nie wiadomo. Wciąż odżywają podejrzenia, że może w ogóle nie istniał. Ja w każdym razie jemu pierwszemu oddałem hołd w Westminster Abbey, dumając później przy grobie Elżbiety I. Rzecz jasna do ściętej przez nią Marii Stuart także zajrzałem.

 
Szekspir w „Burzy” napisanej przed śmiercią –
„Jesteśmy surowcem
Z którego sny się wyrabia, a życie
To chwila jawy między dwoma snami”.