Dwa dni przed amerykańską premierą swojego ostatniego filmu („Kosmos” wg prozy Witolda Gombrowicza) zmarł Andrzej Żuławski, reżyser i scenarzysta filmowy, autor książek, w tym skandalizującego „Nocnika”, w którym opisał swój romans z młodszą o 44 lata aktorką, Weroniką Rosati. Żuławski był znany z takich filmów jak „Trzecia część nocy” z 1971 roku, w którym wystąpiła jego ówczesna żona Małgorzata Braunek (zmarła dwa lata temu), „Najważniejsze to kochać” (1975) z Romy Schneider i Klausem Kinskim, „Opętanie” (1981) z Isabelle Adjani i Samem Neillem czy z głośnej „Szamanki” z Iwoną Petry według scenariusza Manueli Gretkowskiej. „Żuławski to ktoś, kto ze swojego życia zrobił dzieło sztuki. Uprawiał życiopisanie” – napisał jeden z historyków filmu. „Próbował jak bohaterowie swoich filmów żyć pełnią życia, dlatego musiał żyć intensywnie, żeby z tego życia tworzyć sztukę”. 17 lutego zmarł w Warszawie w wyniku choroby nowotworowej.

 

 
„Zjednoczone stany miłości” Tomasza Wasilewskiego ze świetnymi rolami Magdaleny Cieleckiej, Marty Nieradkiewicz, Doroty Kolak i Julii Kijowskiej stały się wydarzeniem tegorocznego Festiwalu Filmowego Berlinale. „Po 1989 roku tylko czterem Polakom udało się dostać do berlińskiego konkursu – Krzysztofowi Kieślowskiemu, Andrzejowi Wajdzie, Wojciechowi Marczewskiemu i Małgorzacie Szumowskiej”- czytamy. „Tomasz Wasilewski, chłopak z niewielkiego Inowrocławia, udowadnia, że wszystko jest możliwe. Reżyser świetnie czuje się na konferencjach prasowych, bryluje na „photo calach”, prezentując wielkiego orła na hipsterskiej kurtce, błyszczy podczas wywiadów”- zachwyca się prasa. Film, za scenariusz którego Polak zdobył Srebrnego Niedźwiedzia, kupili już dystrybutorzy z kilkunastu krajów Europy, Tajwanu, Korei Południowej. A branżowe pismo „Variety” uznało Wasilewskiego za jeden z dziesięciu najbardziej obiecujących talentów europejskiego kina. Z kolei uwagę fotoreporterów przykuła zjawiskowa Magdalena Cielecka, która na czerwonym dywanie wystąpiła w dwóch kreacjach projektu Tomasza Ossolińskiego: „patriotycznej”- jak okrzyknięto czerwoną, jedwabną suknię z białymi motywami, oraz odważnej, żółtej kreacji z odkrytymi plecami. Jesteśmy dumni!

 

 
Tymczasem Ameryka i reszta muzycznego świata żyje nagrodami Grammy, które po raz 58 zostały wręczone w ubiegłą niedzielę. Na scenie pojawiła się m.in. reaktywowana grupa The Eagles – znana z megahitu „Hotel California”, Lady Gaga w repertuarze Davida Bowie, która zaśpiewała fragmenty dziewięciu utworów zmarłego niedawno artysty oraz autorka najlepiej sprzedającej się płyty ostatnich lat – Adele, która podczas występu miała drobne problemy z odsłuchami. Ciekawostką wśród wykonawców była założona w ubiegłym roku supergrupa The Hollywood Vampires, której trzon stanowią Johnny Depp (aktor), Joe Perry (gitarzysta zespołu Aerosmith) i król horror-rocka, o którym onegdaj pisano, że odgryza kurczakom łby na scenie – niezniszczalny Alice Cooper. Ideą, która przyświeca „hollywoodzkim wampirom” jest czczenie pamięci gwiazd mocnego gitarowego grania, głównie tych popularnych w latach 70. ubiegłego wieku, które ostatnio coraz częściej, niestety, gasną. Występ Deppa i spółki poświęcony był w tym roku liderowi grupy Motörhead, zmarłemu pod koniec grudnia. Za najlepszy album roku uznano krążek zatytułowany „1989” Tylor Swift. Piosenkarka otwierała finałową ceremonię, wijąc się seksownie w czarnym, obcisłym, wysadzanym cekinami kombinezonie. Okazało się jednak, że najszerzej komentowana była… fryzura panny Swift, czyli tzw. bob z grzywką. Kilka godzin po występie internet zalały tzw. memy – czyli zabawne, często przerobione zdjęcia komentujące wygląd gwiazdy. Najczęściej porównywano Tylor do dużo starszej i znanej z wrednego usposobienia – Anny Wintour, naczelnej magazynu „Vogue”, pierwowzoru bohaterki ze słynnej komedii „Diabeł ubiera się u Prady”. Po przemowie, którą wygłosiła Swift podczas odbierania statuetki, złośliwi uznali, że obie panie mają wspólną nie tylko fryzurę.

 

 
Od kilku miesięcy trwały spekulacje, czy Robert Lewandowski piłkarz Bayernu Monachium zmieni barwy klubowe. Polskim sportowcem był zainteresowany m.in. Real Madryt, choć Robert oficjalnie zapewniał, że nie ma ochoty znów się przeprowadzać. W końcu gruchnęła wieść, że napastnik przedłużył kontrakt z niemieckim klubem i – jak podaje prasa – może zarobić nawet do 20 milionów euro rocznie (!), tym samym bijąc rekord otrzymując najwyższą stawkę w klubie. Z sukcesu cieszy się żona piłkarza, Anna Lewandowska (była mistrzyni karate, aktualnie trenerka fitnessu i propagatorka zdrowego odżywiania), która zamierza wydać przyjęcie na cześć ukochanego. „Pewnie będzie serwować tort z buraka i czipsy z jarmużu”- piszą zazdrośni internauci. Bo – jak wiadomo – nic tak nie uaktywnia wydzielania żółci, jak wiadomość o cudzym sukcesie.