Mogłabym pójść piechotą. Gdyby nie włosy ułożone misternie przez łagodną panią, która chciała ze mnie zrobić królową balu. Ale nie wyszło. Nigdy nie wychodzi. Zawsze czegoś brakuje. Lub przeciwnie. Jest zdecydowanie za dużo. Więc się przesiadam. W inną linię metra. Bo mam problem z asertywnością. I zamiast zaprotestować pozwalam nanizać pasma na lokówkę. A potem z puklami jakich nie powstydziłaby się lotaryńska księżna przemykam między stacjami w trosce, by wiatr nie zepsuł wielogodzinnych starań pani fryzjerki. Choć i tak wiem, że wszystko na nic. Marność nad marnościami. Wszystko marność.

 
Kilka tygodni wcześniej zdobywam się na odwagę. Zwracam uwagę manikiurzystce, bo łamie paznokcie i krzywo nakłada lakier. Od tamtej pory jestem na liście klientów awanturujących się. Których – niestety- trzeba obsługiwać. Bo to nie PRL tylko USA. I krwiożerczy kapitalizm. I niemówiące po angielsku Latynoski nie mają nic do powiedzenia. Pracując dla bladej Azjatki w piętnastocentymetrowych szpilkach. I jej otyłego męża o żółtych szponach. Co raczej nie konweniuje z prowadzonym przezeń biznesem. Ale nie bądźmy purystami. Nie bądźmy Peweksami – jak mawiał Ryszard Ochódzki. I w myśl sprawiedliwości społecznej pójdźmy na ustępstwa. Zatem mimo nienawistnych spojrzeń i szeptów w niezrozumiałym dialekcie oraz ukradkowych spojrzeń, znaków i uroków – które nade mną czynią – nadal korzystam z usług. I cierpię. Za grzechy. I drżę. O życie. Bo Latynoski mają w rękach ostre przedmioty. Nożyczki, cążki, gilotyny. I mają prawo. Moralne. Do wyrażania pogardy. Pracując za najniższe stawki. W miejscu, gdzie – wbrew temu co mówi kolorowy plakat przy drzwiach – są pewnie okradane z napiwków. Szorując popękane pięty, wydłubując brud zza paznokci tych, którym udało się wspiąć o jeden szczebel wyżej. Rozumiem. I godzę się na złe traktowanie. Przyjmuję pokutę bez słowa skargi. Dzielę się banknotem jak opłatkiem. Czekając na odpuszczenie win.

 
Kiedyś byłam lepsza w odmawianiu. Odmawiałam różańca, chodzenia na religię, jedzenia szpinaku, zakładania szalika, sprzątania zabawek. Odmawiałam chłopcom. Odmawiałam dziewczynkom. Rodzicom. Nauczycielom. Stawałam okoniem. Dla zasady. Dla wygody. Mówiłam „nie”, zanim usłyszałam pytanie. Dzisiaj godzę się zbyt łatwo. Wyhodowałam łany i zagony akceptacji. Po których brykają potulne owieczki o sierści białej i miękkiej jak puch. Zaopiekujesz się Lolitą?- bardziej stwierdziła, niż zapytała. Będziesz spała w moim łóżeczku. Będziesz jadła z mojej miseczki. Podawała karmę. Sprzątała psie odchody. Będziesz miała fun– przekonywała. Zgodziłam się nie myśląc wiele. Co może być trudnego w doglądaniu czworonoga w wersji kieszonkowej?

 
Lolita na dzień dobry warknęła trzy razy. Chude ciałko w różowym sweterku zadrżało w spazmach. Stetryczały pudelek maltański spojrzał ślepymi oczami i zaszurał do kuchni. Ona ma ponad 90 lat przeliczając na ludzki wiek – powiedziała. Nie widzi. Nie słyszy. I może w każdej chwili odejść. Gdyby zdechła, zawiń ją w ręcznik i włóż do zamrażarki. Skremuję ją po powrocie z wakacji – dodała.

 
Wyobraziłam sobie białe, miękkie truchło w agonii. Strużkę krwi z wąskiego pyszczka. I jak pakuję trupka do lodówki. W drodze powrotnej przeczytałam wiersz Bargielskiej. Zmierzchało.

 
Był tylko jeden i od razu martwy,

 
ktoś na niego nadepnął na pierwszym schodzie,

 
jeśli liczyć od dołu, lub na ostatnim, jeśli z góry liczyć.

 
Coś z niego wypływało, gdy tam leżał. Córka

 
spytała, czy to jego miałam na myśli,

 
gdy mówiłam o wiosennych cudach i o nowym życiu.

 
Akurat dokądś szłyśmy, a dookoła było

 
jak po wielkiej wojnie grzybów: nie zmieniło się nic,

 
ale i nic nie było takie samo. Tak, to jego

 
miałam na myśli, w mowie i w sercu. I patrz,

 
co się stało.

 
Wieczorem ktoś go sprzątnął. Nieliczni go widzieli,

 
ja, córka i sprzątacz. Większość z nas żyje dotąd,

 
niektórzy zaś pomarli.*

 
* Justyna Bargielska, Chrabąszcz, z tomiku „Nudelman”, Wrocław 2014.

 

Napisz do autorki:
podwojnezycieweronikik@gmail.com