Muszę mieć taki pojemnik na śmieci, w którym się zmieści cała rzeczywistość – zapisałam 8 czerwca 1994 roku. Na żółtej karteczce, wsuniętej między kartki pamiętnika. 365 dni. I każdy z notatką, myślą, wierszem, kawałkiem piosenki, cytatem z filmu, szkicem, zdjęciem, biletem, pocztówką. Dwadzieścia dwa lata temu, 7 kwietnia, byłam na wagarach. Słuchałam pierwszej płyty Kasi Kowalskiej i pisałam złą poezję. Za kilka dni miała przyjść wiosna. Wielkanoc. I zmiany. Zmiany. Przewracam kolejne kartki. I czytam o sobie. Jak o kimś bliskim. Ale dzisiaj już obcym, zapomnianym. Kim była tamta, osiemnastoletnia dziewczyna? Czego chciała. Za czym tęskniła? To wszystko jest. Zapisane. Wystarczy tylko przewrócić stronę.

 
Rok zaczął się od wyjazdu do Paryża. Rue Cardinet 56. Guilhem Boillot. Mam adres i numer telefonu. Wpisuję w wyszukiwarkę. Z nadzieją, że zobaczę zapamiętaną twarz studenta politologii, którego ślady (listy, kartka z wakacji w Afryce, notatka o telefonie) tropię na kolejnych stronach pamiętnika. Jeśli żyje, ma dzisiaj 45 lat. Jeśli żyje? Oczywiście, że żyje. Jest nawet na Facebooku. Ale bez twarzy. Bez jednego zdjęcia. Zgadza się nazwisko i rok urodzenia. Wysyłam wiadomość. Zza światów. Rzucam kulką pożółkłego papieru. „Prowokacja kosmosu”- jak powiedziałby Janusz Kapusta. Grzebanie patykiem w pamięci.

 
W czerwcu z przyjaciółką jedziemy do Bydgoszczy. Klub „Gong” i rave party. Wejście na „Jungle Speed” kosztowało trzy złote, o czym mówi przedarty, chałupniczo wyprodukowany bilet. W sierpniu pierwszy, legalny wyjazd pod namiot. „Uderzamy nad morze”. Czytam na głos codzienne sprawozdania. O chłopcach z Dzierżoniowa (Pigmej, KuKu, Łysy, Oskar, Miron, Moses, Kasztan, Gregu, Niuniek, Kowczu!), klubie „Keja” gdzie bawiłyśmy się przy Faith No More, ogniskach na plaży i powrotach nad ranem. „Do 7.00 siedziałyśmy w barze”, „impra trochę się przesunęła, dopiero o 8.00 poszłyśmy spać”. Przypominam sobie twardą, ubitą ziemię. Mikroskopijny, nagrzany popołudniowym słońcem namiocik. Telefonowanie z budki do rodziców. Z prośbą o pieniądze. Suche bułki popijane maślanką. Piasek. We włosach. Butach. Majtkach. A najbardziej poczucie nieśmiertelności. Że jeszcze wszystko jest możliwe. Każdy scenariusz. Najbardziej zuchwały i niedorzeczny. Że świat stoi przed nami otworem. Nie potworem – jak pisał Świetlicki.

 
Niepokoję się nie wiedząc kim będę. Nie wiem nawet, kim chcę być. Ale wiem, że trzeba wybierać. Andre Gide. 4 września. Trzecia klasa liceum. „Czytam „Noce i dnie”, śpię i wspominam wakacje”. „Przyklejają nam gębę. Jak u Gombrowicza”. „Życie to przechodzenie z jednej Formy w drugą”- notuję. We wrześniu wycieczka klasowa do Trójmiasta. I cały czas tęsknota. Za życiem w wielkim mieście. Uczucie klaustrofobii. Wykluczenia. Poczucie, że to, co ważne, atrakcyjne, lepsze toczy się 45 kilometrów stąd. Albo dalej. Że życie jest gdzie indziej. Że marnujemy czas w „prowincjonalnym, małym mieście”- jak śpiewał Turnau. Ograniczone do kilku ulic, barów, jednego Domu Kultury, małego kina, w którym nie grają dobrych filmów. Stąd niezliczone wypady do Poznania. Do klubów. Na koncerty. Ciągły głód wydarzeń kulturalnych. Wymyślanie alternatywnych scenariuszy. Na ławce pod blokiem.

 
I kolejna pierwsza miłość. Późny listopad. „Rozmawialiśmy o martwych ptakach na śniegu i ludziach, którzy topią się w przeręblach”. Słuchamy Joy Division. Nosimy buty z blachą. I kontestujemy. Zaskakuje radykalność poglądów. I dziwi zdolność do pogłębionej autorefleksji. „Piekło to inni”. Sartre. Piekło to niemożność ucieczki od tych, którzy udowadniają nam raz za razem, że jesteśmy tacy, jakimi nas widzą. Piekło to niemożność istnienia w samotności, niemożność widzenia się takimi, jakimi postrzega nas własna jaźń”. Jerzy Kosiński.

 
Studniówka. Ferie. Zbliżająca się, wielkimi krokami, matura. Niepewność. A może bardziej niechęć do dokonywania wyborów. Na „całe życie”. Na zawsze. Na amen. 25 kwietnia 1996 roku: „Ostatni dzień w szkole. Ostatni raz siedzieliśmy całą klasą na lekcjach. Ostatni raz wszyscy razem. Tak młodzi, naiwni. Nieskalani brudem dorosłości”. I cytat z Felliniego: „Młodzi ludzie nie wiedzą czego chcą, ale są absolutnie zdecydowani to osiągnąć”.

 
Na stole leży kilkanaście lat mojego życia. Spisanych drobnym maczkiem. Frenetycznych, szczęśliwych, kruchych jak zielone, ledwo wyklute pędy. Lat dorastania. Niewzruszonej wiary, że świat jest dobry. I to, co najlepsze dopiero się zdarzy. Podnoszę każde zdanie, słowo, jak kamyk. Oglądam pod słońce. Głaszczę. A potem wrzucam z powrotem. W studnię (nie) pamięci. I przyglądam się jak toną. I liczę okręgi na wodzie.

 
* cykl humorystycznych, kilkuminutowych skeczy radiowych autorstwa Ewy Szumańskiej.

 
Napisz do autorki:
podwojnezycieweronikik@gmail.com