Ja zawsze byłem za wiosną. Bez względu na porę roku. Jeremi Przybora.

 
Piąta Aleja w słońcu. I ferworze. Pod Katedrą Świętego Patryka tłumy wiernych nowej, świeckiej tradycji celebrowania Wielkanocy w fikuśnym nakryciu głowy. Festiwal Kapeluszy w latach 20. ubiegłego wieku przyciągał miliony, dzisiaj tysiące chętnych, by włożyć na głowę klatkę dla ptaków, uszy królicze albo koszyk pisanek. I dumnie pozować do zdjęć. Mężczyźni w błękitnych perukach, sztucznych rzęsach, brokatowych ustach, garniturach w motyle, na rowerach, na szczudłach. Kobiety obsypane kwiatami. Z koszykami owoców, żywym inwentarzem (psy, koty, zające), przemienione w chińskie cesarzowe, greckie posągi, rozchełstane flamandzkie wieśniaczki, które na drewnianym pałąku, zamiast wiader z wodą, noszą miniaturowe pekińczyki w sukienkach. Wszyscy radośni i nieskrępowani. Rozdający uśmiechy jak cukierki. Przyjaźni. Łatwo dajemy się ponieść tęczowej fali. Atmosferze karnawału. Pielęgnując przypadkową życzliwość i piękne czyny pozbawione sensu – jak głosił napis w jednej z czeskich toalet publicznych. Ćwiczymy pozycję dystansu. Do świata. Który ostatnio tak bardzo na serio. Na smutno. I naprawdę. Że chciałoby się przełączyć kanał. Odciąć 24-godzinny przekaz. Wyemigrować w odmienne stany świadomości. Gdzie zamiast wybuchających bomb i zacietrzewionych polityków, zielone, falujące pola i miętowa mgła. Ale nie mamy przy sobie żadnych zakazanych substancji. Oprócz poczucia humoru. Eksplodującego na widok faceta z młotkiem na głowie. Dwumetrowy „kapelusz” ze srebrnej pianki, żółta marynarka i okulary słoneczne wyglądają rozbrajająco niedorzecznie. Mężczyzna pochyla się nad piszczącym z uciechy dzieciakiem i udaje, że zamiast gwoździa, wbija główkę chłopca w chodnik. A gdybym był młotkowym, w fabryce z młotkiem szalał, to co byś powiedziała, czy coś byś przeciw miała? Drżałabym, drżała… – przypomina się Olek Klepacz z Formacji Nieżywych Schabów. Nucę pod nosem zapomniany przebój wczesnych lat dziewięćdziesiątych: a gdybym był krogulcem to co byś powiedziała? I gdybym przyszedł z teczką do łóżka i twego ciała? Dzisiaj z teczkami mogą przyjść tylko panowie z IPN-u, śmieje się K. i ustawia mnie do zdjęcia z „młotkowym”. Za chwilę pojawia się niedźwiedź brunatny, Szalony Kapelusznik, grupa różowych flamingów i człowiek, który zamienił się z koniem na łeb. Kiedy wydaje się, że nic już nie może nas zaskoczyć – pod hotelem Waldorf Astoria spotykamy Jezusa. Ma brodę, długie włosy i sandały. A także – przytroczoną do ciała maskotkę – której znaczenia boimy się nawet domyślać. Dżizas wznosi ręce do góry i błogosławi pieszych oraz policjantów, którzy próbują nakłonić go do zejścia na chodnik. Może chce przejść suchą stopą przez morze samochodów – żartuje starsza kobieta. I robi zdjęcie. Wszyscy robimy zdjęcia. Bo nowojorska ulica dzisiaj, jeszcze bardziej niż zwykle, przypomina scenę. Na której miesza się sacrum z profanum. W niekończących się odsłonach, epizodach. Rozpisanych na miliony drugo i trzecioplanowych ról.

 
John Tamola też chce zostać aktorem. Zapisał się do amatorskiego teatru i teraz chodzi po dzielnicy z wymiętym scenariuszem i powtarza w kółko te same kwestie. Na wizytówce, w miejscu gdzie zwykle wpisuje się zajmowane stanowisko, ewentualnie nazwę firmy, John ma jedno słowo: Problems? I numer telefonu. Prosty komunikat byłego gliniarza z Little Italy, który przeszarżował i znalazł się po drugiej stronie. Ma tatuaż pod okiem. Dwa metry wzrostu. Dwieście kilogramów i początki łysiny. Czasem prosi, by uczyć się z nim roli. – Już mnie nie kochasz, Jerry? Nie zostawiaj mnie samej, w tym wielkim i pustym domu – czytam. Tyle, że po angielsku. Za to z polskim akcentem. John odpowiada: – Cathy, czeka na mnie świat. Muszę iść. I wychodzi. I wraca. I mówi, że powinnam zapisać się na zajęcia z aktorstwa. I występować z nim na scenie. W nagrodę dostaję skręta z najlepszego gatunku marihuany. Którą John nosi przy sobie zawsze. Razem z oficjalnym pismem wydanym przez tutejszy szpital, potwierdzającym, że chory ma prawo do leku z konopi, bo bardzo cierpi. Na życie.

 
Często najlepsze chwile w życiu to te, kiedy nic nie robisz, tylko zastanawiasz się nad swoim istnieniem, kontemplujesz różne sprawy. I tak kiedy na przykład mówisz, że wszystko nie ma sensu, bo przecież jesteś świadom, że nie ma sensu, to nie może do końca nie mieć sensu, bo przecież jesteś świadom, że nie ma sensu, a twoja świadomość braku sensu nadaje temu jakiś sens. Rozumiecie o co mi chodzi? Optymistyczny pesymizm. Charles Bukowski.

 
Napisz do autorki:
podwojnezycieweronikik@gmail.com