Jeśli 63 procent Polaków niczego nie czyta, to znaczy, że polski system edukacyjny nie zdaje egzaminu. I to nie tylko na poziomie podstawowym i średnim, także i wyższym. Ciekawe, że media prawicowe jakoś tego problemu nie widzą. A jeśli widzą, to nie poddają go analizie. A tu już najwyższa pora bić na alarm, ponieważ Polacy są społeczeństwem, które czyta najmniej w Europie! Chwalimy się wzrostem liczby ludzi z wyższym wykształceniem, co jednak w żaden sposób nie przekłada się na wzrost czytelnictwa. Badania prowadzone m.in. przez Bibliotekę Narodową, pokazują dowodnie, że obecnie można skończyć studia nie przeczytawszy nigdy tekstu dłuższego niż trzy strony. Zatem trudno nie zadać pytania o jakość tychże studiów. Przybywa uczelni, ubywa wymagań, tyleż wobec nauczycieli akademickich, co studentów. Zdobycie wyższego wykształcenia nie łączy się dzisiaj z wejściem na wyższy poziom intelektualny, nie mówiąc już o jakiejkolwiek erudycji, etyce i kulturze osobistej. Niektóre uczelnie uganiają się wręcz za studentami, co oznacza że nie ma żadnych progów wstępnych ani progów selekcyjnych w trakcie studiów. Poziom wielu świeżo upieczonych magistrów woła o pomstę do nieba. A i ze świeżo mianowanymi doktorami też tak często bywa.
Krótko i dobitnie mówiąc – kiepska kadra nauczycieli wszystkich stopni wypuszcza w świat kolejne pokolenia ludzi niedouczonych. Jakby tego było mało, atrakcyjne programy rządowe, pedagogiczne i środowiskowe zmierzające do zwiększenia czytelnictwa także nie zdają egzaminu. Polacy czytają coraz mniej. Ba, jeśli czytają w Internecie, to także teksty nie dłuższe niż trzy strony i często bez zrozumienia. W rezultacie mamy rzesze ludzi bez elementarnej choćby wiedzy, nie umiejących poprawnie sformułować zdania ani pytania. Widzę to niemal na każdym spotkaniu organizowanym przez instytucje, stowarzyszenia, związki i placówki. Tyleż w Polsce, co na emigracji. Zamiast rzeczowych pytań i rozmów króluje myślowy chaos i potrzeba lansowania siebie.

 
Autorytetów właściwie już nie ma. Samo pojęcie: autorytet jest teraz podejrzane, zniechęcające, żeby nie powiedzieć niemodne. Nikt już też nie chce uchodzić za autorytet, bo to zbyt zobowiązujące i niewygodne. Ba – śmieszne. Wiedza i mądrość mało komu imponują. Co innego kariera, sława i pieniądze.

 
Przeciętny Polak bardzo słabo zna Stary i Nowy Testament i niemal nie wie niczego o innych religiach, począwszy od judaizmu, islamu i buddyzmu. W tej sytuacji mnożą się przesądy i stereotypy. A przecież podczas lekcji religii, które są w każdej szkole, można by choćby na poziomie elementarnym przedstawić inne religie. A jeśli byłoby to z jakichś powodów niemożliwe na tychże lekcjach religii, to można byłoby wprowadzić przedmiot religioznawstwo, wykładany choćby przez rok. Niezależnie od niego, upominam się również o lekcje etyki. Jeśli nie ma jeszcze do nich odpowiednich podręczników, to zacznijmy od dwóch dzieł profesora Władysława Tatarkiewicza – „O bezwzględności dobra” i „O szczęściu”. Mogę też wskazać m.in. odpowiednie rozdziały z „Filozofii ducha” profesora Tadeusza Gadacza oraz esej o „Sensie życia” Józefa Marii Bocheńskiego, znakomitego dominikanina i filozofa w jednej osobie.

 
Z przejrzystych nauk profesora Tatarkiewicza zapamiętałem m.in. taką, że kiedy ma się do wyboru obowiązek albo przyjemność, to trzeba wybrać przyjemność, bo obowiązek i tak nie ucieknie, a przyjemność może się nie powtórzyć.

 
Nobilitowanie środowisk kibolskich, dokonane przez niektóre media prawicowo-narodowe, nie zaowocowało ani ich pogłębioną wiedzą, ani poszerzeniem świadomości, ani podniesieniem kultury osobistej. Liczą się doraźne akcje i hasła wznoszone głównie na zamówienie polityczne określonych osób lub środowisk.

 
Robert Winnicki – prezes Ruchu Narodowego opublikował w „Polsce Niepodległej” artykuł pod wymownym tytułem – „Egoizm narodowy jest cnotą”. W konkluzji napisał „Etyczne jest to, co służy interesowi narodowemu. Wszystko, co mu szkodzi musi być uznane za nieetyczne przez każdego, kto zwie się patriotą i głośno napiętnowane”. Nie ukrywam, że trzymam się jak najdalej od takiego myślenia i takichże osób. Unarodowienie nauki, sztuki, religii, sportu itd. uważam za idiotyzm. Przypomnę, że najlepsze idee doprowadzone do ekstremy stają się swoim zaprzeczeniem.

 
Przeczytałem wywiad-rzekę pt. „Truman Capote. Rozmowy”. Mimo, iż prowadził je wytrawny wywiadowca Lawrence Grobel, okazały się wielkim rozczarowaniem. Czasem nie warto poznawać pisarzy poza ich dziełami. O Capocie pisałem kilka razy, zżymając się na jego zbyt silną pasję demaskatorską. W gruncie rzeczy bodaj żadnej z demaskowanych postaci nie zgłębił. Zgłębiał za to morderców opisywanych w powieści „Z zimną krwią”, ale oni nie mieli niczego do powiedzenia i nie mieli ochoty analizować samych siebie. W rzeczonych „Rozmowach” Capote udaje kogoś, kim nie jest. Cały czas się chowa i jest nieszczery. Szczera wydaje się natomiast jego niechęć do wielu kolegów po piórze i sławnych ludzi. U Capote’a pociągał mnie talent reporterski, świeżość spojrzenia i umiejętność kreowania sytuacji. Nie mogłem się jednak oprzeć wrażeniu, że stać go na głębsze drążenie dusz opisywanych ludzi. Szukałem też jego własnego ducha w Taorminie, gdzie jakiś czas mieszkał i pisał. Na pocieszenie wyszły mi tam naprzeciw duchy Iwaszkiewicza i Szymanowskiego, które towarzyszyły mi potem również w Palermo.

 
Capote o Jacku Kerouacu – „Maszyna do pisania”.

 
3 kwietnia minęła 120 rocznica urodzin Józefa Czapskiego, malarza i eseisty, cudem ocalałego więźnia Starobielska, współpracownika Jerzego Giedroycia i paryskiej „Kultury”. Jego rozważania i obserwacje były i są dla mnie kamieniem milowym. Fascynująca postać. Równie fascynującą osobą była jego siostra Maria Czapska, publicystka i intelektualistka najwyższej klasy.

 
Dziennik Pilcha nieistotny. „Wieloryby i ćmy” Twardocha takoż. Niewiele się straci nie czytając. Płytko widzą.

 
Woody Allen o amerykańskich władcach małego ekranu – „Oni nie wyrzucają śmieci. Przerabiają je na program telewizyjny”. Oj tak, tak. Przekonuję się o tym skacząc czasem pilotem po kanałach lub czekając w poczekalniach szpitalnych.

 
Ciekawe, dlaczego w filmach amerykańskich prawie nie ma sympatycznych i pozytywnych Polaków mieszkających i pracujących Stanach? Są natomiast prymitywy i brutale tacy jak słynny Stanley Kowalski z „Tramwaju zwanym pożądaniem”. Nie ma też niemal w ogóle ciekawych amerykańskich Polek. Czyżby wynikało to z antypolskiego uprzedzenia władców Hollywoodu?