Coraz więcej słońca w całym mieście. Ptaki na moim balkonie ćwierkają radośnie, wzajemnie się przeganiając. Mięty już wzeszły, melisy przezimowały, tulipany w pełni rozkwitły. Klonik japoński i śliwy jeszcze nie puściły listków, ale już pączkują, sosenka trzyma się dobrze, tujka takoż. Wróble wydziobują ziarna pozostałe po bazyliach. Werbeny i rozmaryny uschły na amen. Raz ciepło, raz zimno, zatem jeszcze jest za wcześnie na podejmowanie gości. Ale już niedługo…

 
W Nowym Jorku zima była zaledwie symboliczna, mimo to jezdnie wyglądają jakby wyżarł je mróz i lód. Dziura za dziurą. I tak jest wiosną każdego roku. Cosik mi się widzi, że corocznie kładzione nawierzchnie mają celowo konsystencję taką, żeby podczas zimy się rozsypywały. Żeby po prostu firmy, które te nawierzchnie kładą miały zapewnioną pracę.

 
Zdumiewa mnie, że wielka Ameryka, z tak liczną i różnorodną ludnością, ma tak nieciekawą klasę polityczną i tak słabych kandydatów na prezydenta oraz kandydatów do obu izb Kongresu. Charyzmatycznych przywódców nie widać, intelektualnych autorytetów niewiele, geniuszy politycznych zero. Czyżby najlepiej wykształceni i najmądrzejsi ludzie stronili od polityki i władzy? Czyżby uciekali od pełnienia ról społecznych? Na to wygląda. Znajomi pisowcy z Nowego Jorku będą głosować na Trumpa. Wiele po nim sobie obiecują, m.in. że zlikwiduje tzw. Państwo Islamskie, spacyfikuje Arabów, wydali nielegalnych emigrantów, nie wpuści nowych imigrantów i ograniczy prawa mniejszości seksualnych.

 
Rasizm ma się znakomicie. Nacjonalizm też. Ba, w pewnych kręgach jest teraz modny.

 
Mam piękne wydanie „Świętego Koranu”. Nie znalazłem w nim nawoływania do mordowania wyznawców innych religii. Zatem to chyba nie w Koranie rzecz a w jego interpretatorach.

 
28 marca był obchodzony po raz 55 Międzynarodowy Dzień Teatru. Święto to zostało ustanowione z inicjatywy Międzynarodowego Instytutu Teatralnego (ITI) w roku 1961 dla upamiętnienia inauguracji w Paryżu w 1957 roku Teatru Narodów. Media niewiele uwagi poświęcają teatrowi, bagatelizując fakt, iż sztuka ta od początku istnienia towarzyszy człowiekowi w jego wędrówce ku samoświadomości. Zadanie teatru nie zmieniło się od wieków. Najlepiej sformułował je Szekspir pisząc, że ma być on „zwierciadłem natury i powinien pokazywać cnocie własne jej rysy, złości żywy jej obraz, a światu i duchowi wieku postać ich i piętno”. W tegorocznym orędziu na Międzynarodowy Dzień Teatru polska reżyserka Anna Augustynowicz napisała „Sztuka teatru to chwila, która pozwala przyłapać człowieka na autentyczności – pomiędzy jego intencją i pragmatyzmem gracza. Moment, kiedy można ujrzeć ludzką twarz, zanim rozpłynie się w swoim wykreowanym wizerunku”. To świetne określenie. W pełni się z nim zgadzam. Podobnie jak i ze spostrzeżeniem, że „sztuka zdolna jest przenikać przez mury autorytaryzmu, poprzez granice ideologii i wyznania. Jest zdolna przywrócić sens słowom ukradzionym na potrzeby propagandy. Zdjąć uśmiech z maski hipokryzji, by bez pogardy spojrzeć drugiemu człowiekowi w twarz”. Tak właśnie jest! Widziałem w swoim życiu kilkadziesiąt wielkich przedstawień i tyleż samo wielkich kreacji aktorskich. Wychowałem się na wspaniałym teatrze polskim z lat 60 i 70 ub. wieku. „Dziady” w reżyserii Kazimierza Dejmka uzmysłowiły mi potęgę teatru i potęgę żywego słowa. Potem widziałem wiele wspaniałych przedstawień zagranicznych, które mam w pamięci do dziś. O dziwo, w Ameryce niewielu doznałem olśnień w teatrach dramatycznych, acz mogłem w nich podziwiać sławne gwiazdy ekranu, takie jak Katharine Hepburn, Meryl Streep, czy Dustin Hoffman.

 
26 marca minęła 105 rocznica urodzin Tennessee Williamsa, sławnego amerykańskiego dramatopisarza. Kiedy byłem młody jego sztuki do mnie przemawiały, zwłaszcza „Szklana menażeria”, „Tramwaj zwany pożądaniem”, „Kotka na gorącym blaszanym dachu” i „Noc iguany”. Dziś, kiedy wiedza o naszej podświadomości bardzo się rozwinęła, psychologizm Williamsa wydaje mi się niekiedy naiwny i zbyt uproszczony. Niemniej jego dramaty są wciąż świetnym materiałem teatralnym, zwłaszcza dla aktorów. Portrety kobiet są w nich bardzo interesujące. Film z powodzeniem przeniósł na ekran najbardziej cenione sztuki tego autora, utrwalając kreacje aktorów tak wielkich jak Vivien Leigh, Deborah Kerr, Marlon Brando, Paul Newman, czy Richard Burton.

 
Odwiedził mnie młody kandydat na reżysera telewizyjnego. Mimo, że ukończył jakieś wstępne studia w tym kierunku, pomysły miał infantylne a przesłań w ogóle. Podobno przesłania już nie są potrzebne. Chodzi o to, żeby było hecnie, żeby działo się dla samego dziania. O kompozycji obrazu nie słyszał, Felliniego, Viscontiego i Bergmana nie widział, Tołstoja, Dostojewskiego i Czechowa nie czytał, o Szekspirze ledwie coś tam wiedział ze szkoły. Rozmowa zatem się nie kleiła. Czekał na pochwały, których nie mogłem z siebie wydobyć, bo nie było czego chwalić. Filmiki, które mi pokazał niczym szczególnym się nie wyróżniały. Ot dziecinne etiudki kręcone dla zabawy z kolegami. Dałem mu kilka uwag technicznych, przypomniałem klasyczne zasady budowania narracji, uświadomiłem rolę przedmiotu. Był rozczarowany, kiedy dowiedział się, że byłem reżyserem teatralnym a nie telewizyjnym. Bo telewizja ma jego zdaniem największą przyszłość. I najbardziej oddziaływuje na masy. Ano ma, ano oddziaływuje – utwierdziłem go w tym. Ino te masy wciąż jakieś takie nijakie, ciekawe zatem dlaczego? Może właśnie dlatego, że tak kształtuje je głównie telewizja. Nie miał odpowiedzi na to pytanie.

 
Bardzo cieszą mnie sukcesy odnoszone w Metropolitan Opera przez naszych śpiewaków. Piotr Beczała zebrał świetne recenzje za rolę w „Rigoletcie”, Mariusz Kwiecień za rolę w „Poławiaczach pereł” i obecnie w „Roberto Devereux”, Artur Ruciński w „Madame Butterfy”. A teraz triumfy święci także Aleksandra Kurzak jako Adina w „Napoju miłosnym”. W „Madame Butterfy” występuje również z powodzeniem Edyta Kulczak. Słowem pięcioro Polaków w jednym sezonie na scenie najsławniejszej – obok La Scali – opery świata. Jakby tego było mało, nowy sezon otworzy Wagnerem reżyser z warszawskiej opery Mariusz Treliński. Serce rośnie – jakby napisał mistrz z Czarnolasu.

 
Theatre Laboratoire de Paris wystawił gombrowiczowską „Iwonę księżniczkę Burgunda” jako widowisko dramatyczno-baletowe. Sądząc ze sfilmowanych fragmentów z przedstawienia w paryskim Cartoucherie au Théatre de l’Aquarium jest to bardzo atrakcyjna inscenizacja. Z rozbudowaną akcją, ze wspaniałą scenografią i z równie wspaniałą choreografią oraz świetnie dobranymi wykonawcami. Inne medialne relacje to potwierdzają. Reżyserem całości jest Elizabeth Czerczuk. Warto byłoby sprowadzić to przedstawienie do Nowego Jorku i pokazać jako uzupełnienie szkieletowej zaledwie „Iwony”, prezentowanej tu niedawno przez Omara Sangarę i jego studentów. Wyobraźnia sceniczna Gombra w tejże paryskiej inscenizacji jest pokazana w całym jej bogactwie, dowcipie i mądrości.