Piątek
Uroczystości Zgromadzenia Narodowego z okazji 1050 rocznicy Chrztu Polski. Podniosła celebra, rocznicowo, czyli powinno być razem, ponad podziałami. Ale jak to zwykle bywa, podział na pisiory kontra reszta świata trwa. Nie o to chodzi, zdążyliśmy się przyzwyczaić. Ale jest też Ryszard Petru. Lat 44, wschodząca gwiazda polskiej polityki, wręcz czasami przymierzany na lidera opozycji a kto wie, czy nie przyszłego premiera. No i Ryszard Petru otwiera usta. Cytuję w całości: „Zabrakło mi w tym przemówieniu [prezydenta] rzeczy najważniejszej: myśmy przystąpili do Europy i głównie mówił o przeszłości, a nie wspomniał o przyszłości. Dzisiaj to, co się dzieje w polskim państwie, jednak oddala nas od Europy i tak naprawdę nierespektowanie standardów europejskich, o których marzył Mieszko I. Bardzo słabe przemówienie i przyznam – trochę smutne. To powinien być wielki dzień, a prezydent tylko odwoływał się do historii, nie mówiąc nic o tym, jak możemy budować silną wspólnotę”.
Słowem, gdyby Mieszko żył, wspierałby Unię Europejską. To kolejny raz, kiedy pan Petru mówi takie rzeczy, z poważną miną, co świadczy o tym, że to nie żadna zgrywa, że ona tak na poważnie. Lider opozycji mówił wcześniej o „święcie sześciu króli”, także o tym, że „Jarosław Kaczyński przejechał się już na Rubikoniu” a dopytywany dodawał ze znawstwem, że chodziło mu o „konia Cezara”. Lista wpadek Petru-narcyza jest długa i wynika z faktu, że uważa iż może się wypowiadać na każdy temat. No więc był i „zamach majowy z 1935 roku”, który – wedle daty podanej przez lidera Nowoczesnej – został zorganizowany przez Piłsudskiego pośmiertnie, czy prorokowanie upadku PiS „jak Imperium Rzymskie”, które – w opinii polityka – upadło w dniach największej chwały. Był też i „Sejm Głuchy”, bo poseł chciał efektownie zaatakować PiS porównaniem historycznym z Sejmem Niemym z 1717 r.

 
Cytaty można by mnożyć. Nie sposób nie zauważyć, że Petru jest jakby „z innego świata”. Intelektualnie po prostu z innego świata niż dotychczasowi premierzy jak Mazowiecki, Olszewski, Miller, Kaczyński, nawet Tusk. To już nie jest tradycja inteligencka, cechująca się mimo wszystko odwoływaniem do jakiejś wspólnoty wiedzy, archetypów, wykształcenia ogólnego. Już Ewa Kopacz sygnalizowała zerwanie, będąc ilustracją tezy Lenina, że „państwem może zarządzać nawet kucharka”. Ale Petru, obcykany we wszystkich terminach ekonomicznych i banksterskich, zatopiony po uszy w nowomowie unijno-biurokratycznej to jednak nowa jakość. Myślę, że to lider tzw. gimbazy czyli wychowanków polskich gimnazjów, dla których nawet Lech Wałęsa to jakiś przybysz z krainy deszczowców a może współczesny króla Łokietka. Słowem idealny przywódca dla mas bez tożsamości, którym resetują się mózgi za każdym razem, gdy następuje zmiana czołówek w internecie.

 

 

Wtorek
Z serii cytatów. Wrzuca się takie do czytania przy najróżniejszych okazjach, żeby ludzie mogli się pocieszyć. Ale ten cytat ciekawy, zwłaszcza ze względu na osobę autora, Marka Edelmana (1922-2009). „Co trzeba robić, gdy w życiu jest ciężko? Nie zwracać na to uwagi. Iść dalej. Jeżeli wiesz, co jest dobre, co jest złe, po prostu idziesz swoją drogą”.

 
Środa
Na pewno szedł swoją drogą ksiądz Jan Kaczkowski. Świętej Pamięci, bo zmarł na Wielkanoc. Zostawił po sobie książki, więc czytam. Po wywiadzie-rzece, książka gdzie ksiądz Kaczkowski przemawia poprzez swoje kazania w „Grunt pod nogami”.
Kazania czytane nie brzmią tak dobrze, ale jednak liczy się treść. Ksiądz, bioetyk, dyrektor puckiego hospicjum, sam zmagający się ze śmiertelnym rakiem-glejakiem, wyrywając każdą godzinę życia (miał żyć pół roku, dociągnął prawie do trzech). Sam walczący, nie płaczący nad losem, i „złym Bogiem”, który nie lubił Kaczkowskiego, więc zesłał mu raka. Charakterystyczne zaufanie Bogu i spokój, bo choroba wyleczyła go ze wszystkich lęków:

 
„Zanim zachorowałem, bałem się wielu rzeczy, wielu więcej niż dziś. Przestałem za przyczyną raka, a także – jak sądzę – Jerzego Popiełuszki , który mówił, że największą tragedią człowieka jest strach, który go paraliżuje, zwłaszcza moralnie.”
Ale tu nic nie jest łatwe, bo jak mówił ks. Kaczkowski:
„My, chorzy, od najbliższych wcale nie potrzebujemy głupiego pocieszactwa. Potrzebujemy, żebyście się nie bali z nami o tym rozmawiać. To często w zdrowych jest strach: jak ja mu to powiem? Tylko proszę zwrócić uwagę, że wtedy zawsze jestem „ja”, nigdy ten drugi. W Ewangelii padają słowa: Byłem chory, a nie przyszliście do mnie, czyli nie usiedliście przy moim łóżku, nie pogadaliście ze mną. Potrzebujemy od was takiego przekazu: Boję się o ciebie, jak nie wiem co. To jest trudna sytuacja, zrobimy wszystko, żebyś wyzdrowiał, będziemy walczyć, ale nie bój się. Wszystko jedno jak będzie, czy dobrze, czy źle, ja z tobą będę, nie zostawię cię, bo cię kocham”.

 
Dalej z grubej rury:
„Wierność i czuwanie nad własnym sumieniem, które może podlegać napięciom, to coś, nad czym musimy pracować. Wyobraźcie sobie noc sumienia, które jest naciskane przez jakąś pokusę i nie widzi Boga. Obroni się tylko tą siłą, którą wypracowało, kiedy miało światło. Dlatego, kończąc, posyłam wam całusa, kocham was bardzo, ale kładę wam na sumienie odpowiedzialność za życie. Bardzo proszę, abyście się za mnie modlili, żebym niczego na Panu Bogu nie wymuszał i żebym mógł umrzeć godnie, z klasą, bez jakichś wariactw. I żebym gdzieś na końcu, moralnie przede wszystkim, nie przywalił gębą w błoto. O to bardzo proszę. Amen.” Apel z kazania sprzed kilkunastu miesięcy, a my już wiemy, że się udało.

 
I ten apel, już zza grobu:
„Bardzo was proszę, byście wymagali od siebie w najmniejszych sprawach, byli trochę więcej niż przeciętni, dawali z siebie coś ponad przyzwoitość. Bo to, że nie zabijamy, nie kradniemy, że ja zachowuję celibat, to jeszcze żadna chwała. A co: miałbym się łajdaczyć? To, że państwo kochają swoje dzieci, że ich nie katują, to tylko wychodzenie na zero. Róbmy coś ponad to, dawajmy innym, tym najmniejszym, najsłabszym z naszego życia więcej.”
-Trzydzieści osiem lat życia a ile mądrości…