Marzy mi się Europa bez granic i bez państw narodowych. Powtarzam ­ Europa bez granic i bez państw narodowych! Wiem, że narażam się wielu zwolennikom takich właśnie państw, ale nie ukrywam, że ciągłe podkreślanie odrębności narodowej uważam za przeżytek, nie mówiąc już o nacjonalizmie, który postrzegam jako idiotyzm. W Polsce mamy już trzy ugrupowania nacjonalistyczne, ochoczo wspierane przez narodową prawicę. Mamy również i nacjonalizm kibolski promowany i inspirowany m.in. przez media proPiSowskie. Nazwy takie jak Młodzież Wszechpolska (czyli jaka?) i Obóz Narodowo­Radykalny kojarzą mi się jak najgorzej. Ich dzisiejszy sposób istnienia i mentalność ich zwolenników budzą moje przerażenie. Wiem, że pisanie o Europie bez granic jest utopią w sytuacji, kiedy szturmuje ją islam, ale wiem też, iż wzrost nastrojów nacjonalistycznych problemu tego na pewno nie rozwiąże.
Właściwie do czego dąży PiS? Do narodowego kapitalizmu, czy narodowego socjalizmu? Bo pewne jest, że do narodowego. Już wiadomo, że media publiczne mają być narodowe.
Rozmaszerowała się nam nasza Polska, rozmaszerowała. Marsze stały się bardzo modne, podobnie jak i kontrmarsze. Taka radosna zabawa społeczna zamiast kompromisu. Bo kompromis to wiadomo ­ klęska.
U Amerykanów najbardziej lubię uśmiech. Ich uśmiech wywołuje mój oduśmiech i od razu jest jaśniej i przyjemniej. Nic nowego, ale zawsze mnie to zdumiewa. Uśmiech miewa moc wręcz nieprawdopodobną. Przekonałem się o tym wielokrotnie. Bywały uśmiechy, w których z miejsca zakochiwałem się na zabój. I to na długo.
Mieszkam w Nowym Jorku od już 27 lat i nadal miasto to mnie fascynuje. Tu detal architektoniczny, tam pokręcony wieżowiec, tu gęstwa parkowa, tam widok na zatokę, tu przesmyk, tam promenada. Zawsze widzę coś nowego, zawsze dostrzegam coś innego. Nie wchłonę tego miasta w siebie, choćbym nie wiem jak się starał. Wrasta ono we mnie mnie niemal tak mocno jak dawniej Warszawa.
Louis Ferdinand Celine – „Nowy Jork żyje stojąc”. Przytaczałem to spostrzeżenie już kilka lat temu, ale nic się w tej mierze nie zmieniło. Ciekawe, czy np. aptekarz, portier, sprzedawca itp. pracują gorzej, kiedy siedzą?
Kiedy patrzę na zdjęcia dawnej Warszawy, na ulice, place i budynki, których już nie ma, czuję kłucie w sercu i dziwną tęsknotę za czymś, czego przecież nie znam i czego bezpośrednio nie doświadczyłem. Dawność wciąż silnie do mnie przemawia.
Na cyplu Breezy Point, w ogromie przestrzeni i powietrza, kusi mnie ocean i kusi. Woda zimna, ale przecież mam tyle tłuszczu pod skórą, że przez kilka minut mógłbym popływać nie marznąc. Rozbieram się zatem w ustronnym miejscu do naga, ale… prawda przecież jeszcze nie powinienem… No i ten napis na plażach ­ „Plaża niestrzeżona. Kąpiel surowo wzbroniona pod karą”. Wskakuję pokornie w majtki i całą resztę odzieży. Jestem jednak niepocieszony, jak na prawdziwego wodnika przystało.
Zaglądam do galerii sztuki na SoHo i Lower East Side i sztuki zazwyczaj nie widzę. Nie znam się zapewne. Tak też twierdzi zaprzyjaźniona scenografka Barbara Zawada. Dogryza mi na każdym kroku, przypominając, że to, co lubię jest już stare. Odgryzam się przypomnieniem, że nic tak szybko się nie starzeje jak nowoczesność. Ale ona temu zaprzecza. Ceni to, co nowe, nowsze i najnowsze. I tak dogryzamy sobie dzień po dniu, przekomarzając się bez końca. W rzeczy samej, Baśka sztukę najnowszą zna i czuje jak mało kto. Z jej mężem Janem Maciejowskim, wybitnym reżyserem teatralnym i profesorem krakowskiej i łódzkiej PWST, wspominamy dobry czas teatru polskiego, znaczony także i jego osiągnięciami, tyleż reżyserskimi, co pedagogicznymi. Krystian Lupa, Krzysztof Warlikowski, Grzegorz Jarzyna, Maja Kleczewska to jego uczniowie. Oboje z Baśką nie dadzą złego słowa o nich powiedzieć. O innych absolwentach krakowskiej reżyserii także nie. Pilnie śledzą każdy ich krok. Po ojcowsku i po macierzyńsku, co mnie ujmuje. Oglądamy razem telewizyjne przedstawienia Janka: „Ojca” Strindberga, „Rosmersholm” Ibsena i adaptację powieści Odojewskiego „Zasypie wszystko, zawieje” pt. „Tu się urodziłem”. Wszystkie trzy są znakomicie wyreżyserowane, ze świetną scenografią Baśki i wybitnymi kreacjami m.in. Gustawa Holoubka, Tadeusza Łomnickiego, Jerzego Treli, Jerzego Radziwiłowicza, Krzysztofa Globisza, Teresy Budzisz­Krzyżanowskiej, Izabeli Olszewskiej, Adriany Biedrzyńskiej… Z Baśką i Jankiem czuję się rodzinnie. Dorodzinnia nas nie tylko teatr, który był moim światem w młodości, ale i podróże, o których zawsze marzyłem. A oni byli już wszędzie i to po kilka razy. Słucham zatem i słucham. Oboje tak wiele widzieli i tak wiele pamiętają! Podsłuchuję czasem próby „Pernambuko”, prowadzone przez Janka z młodymi studentami aktorstwa Ewą Szewczyk i Maksymilianem Kubisem, którzy chłoną każde jego słowo. A potem patrzę jak sympatycznie bawią się oni wraz z Andrzejem Walczakiem ironią i sarkazmem tegoż poematu, który Janek napisał wraz ze swymi przyjaciółmi. Publiczność zgromadzona w pięknym domu Janiny i Pawła Krasuckich słucha i patrzy ze skupieniem. Nie widziałem, że na pograniczu New Jersey i Pensylwanii mieszka tak wielu ciekawych rodaków. Z przyjemnością wsłuchuję się w rozmowy o muzyce i egzotycznych miejscach na świecie. Na szczęście nie dominują rozmowy o polityce. Z Romualdem Antonim Romanem wspominamy jego stryjenkę Janinę Romanównę, wspaniałą aktorkę teatralną i jej męża Mieczysława Mierzejewskiego, wybitnego dyrygenta Opery Narodowej w Warszawie. Opisałem ich oboje w „Mieszkańcach mojej pamięci”. W oczach stają mi przyjęcia w domu Elżbiety Barszczewskiej i Mariana Wyrzykowskiego, podczas których pani Janina bawiła całe towarzystwo anegdotami i wesołymi historyjkami ze swego życia. Jej sztuka żywej narracji była niebywale finezyjna, w dodatku okraszana autoironią i kobiecym wdziękiem.
Stare? Ależ tak! Przypominam jednak, że „Kartki z przemijania” to nie felietony, tylko fragmenty dziennika, w których próbuję m.in. zatrzymać choćby na chwilę ludzi, sytuacje, myśli i spostrzeżenia. Wyrywam je z przemijania zanim spoczną na cmentarzu niepamięci.
Cieszę się, że na warszawskiej Białołęce postały ulice Elżbiety Barszczewskiej i Mariana Wyrzykowskiego, rodziców mojego nieżyjącego przyjaciela Julka i zarazem bardzo bliskich mi osób. Są tuż obok ulic Mieczysławy Ćwiklińskiej i Hanki Ordonówny. Towarzystwo najlepsze z możliwych, choć wciąż niepełne.
Odgruzowałem częściowo biurko, przekładając gdzie indziej stosy książek, papierów, wycinków, gazet, notatek, zeszytów, kalendarzy. Nawarstwiły się już tak bardzo, że musiałem wiecznie wszystkiego szukać. Ze wstydem to wyznaję. Pod nimi znalazłem listy od czytelników, na które powinienem odpisać, ale potem przywaliłem je kolejnymi papierzyskami i księgami. Zatem teraz przepraszam najserdeczniej wszystkich, którym nie odpisałem. Zapewniam, że to nie ze złej woli, ani lenistwa, tylko z powodu natłoku spraw i natłoku na tymże biurku. Proszę o wybaczenie.