Na korytarzach bloku operacyjnego w Bellevue Hospital ruch niemal jak na Canale Grande w Wenecji. Łóżka z pacjentami niczym gondole płynnie mijają się w korytarzach, salach i windach. To w lewo, to w prawo, z poczekalni do poczekalni, z piętra na piętro. Najpierw do poczekalni przygotowawczej a później do poczekalni docelowej z ostatnimi badaniami słuchawkowymi i manualnymi. Pod palcami lekarza czuję swoje wnętrzności. A potem odpowiadam, że jestem już gotów i po raz kolejny podpisuję odpowiednie oświadczenia. Po złożeniu ostatniego podpisu następuje szybka jazda na salę operacyjną. Tak szybka, jakby ktoś bał się, że jednak się rozmyślę i ucieknę. Po drodze mijają mnie łóżka z następnymi pacjentami szykowanymi do krojenia. Niektórzy modlą się w swoich językach. Ktoś odmawia różaniec, jakiś przerażony chłopak szepce wersy Koranu, przebierając koralikami. Ze strachu oczy mu wychodzą z orbit, więc mówię, żeby wierzył, że wszystko będzie dobrze. Ale on tego nie słyszy. W sali operacyjnej czeka już kilkuosobowy personel. Wszyscy w maskach. Ktoś zagląda mi do źrenic, ktoś w zęby, ktoś przywiązuje mi ręce i nogi do podpórek wyciągniętych spod materaca. Nade mną wielka lampa. Na stolikach z narzędziami, pobłyskującymi w świetle reflektorów, rozpoznaję skalpele, trzymadła, nożyczki, szczypce, igły, klamry. Więcej nie zdążyłem zobaczyć, bo zaraz założono mi maskę na nos i usta i w sekundę zapadłem w sen bez czucia. Trzy godziny poza świadomością, trzy godziny bytu-niebytu. A potem powolne kołysanie jakby w gondoli właśnie i dziwne uciskanie mięśni przedramion i łydek spowitych zaciskającymi się i rozluźniającymi poduszkami. Znowu jestem, ale czuję się bezwładny. Kable łączą mnie z pikającymi i migocącymi monitorami a igły z rurkami. Owszem, kłują, owszem szczypią, ale to nic przy dziwnym zesztywnieniu mięśni brzucha i ostrym bólu podczas każdego ruchu. Po godzinie ból maleje, świadomość się wyostrza, acz nie do końca i wjeżdżam w łożu-gondoli do poczekalni, w której przejmują mnie pielęgniarki. Tu dochodzę do siebie, choć nie mogę stanąć na nogach. Pielęgniarki przekładają mnie na fotel, podają wodę i cierpliwie czekają aż zrobię siusiu. Wtedy dopiero mogą mnie wypisać do domu. Z przykazaniem, że gdyby coś było nie tak, mam zaraz wrócić na izbę przyjęć. Zaprzyjaźniona scenografka i zarazem podróżniczka pokazuje polski paszport i podpisuje oświadczenie, iż osobiście mnie odbiera. Biedna, czekała ponad osiem godzin, zerkając co jakiś czas na monitor pokazujący, w jakiej sali teraz jestem. Chwilę później pojawia się fotel na kółkach, którym jestem odwieziony do wyjścia. Czuję się niemal jak na tronie. Ktoś z personelu łapie taksówkę i razem ze scenografką jedziemy do apteki po środki antybólowe a potem do domu. Nogi mam jak z waty i lekko się chwieję. Kładę się więc do łóżka. Zamiast obrazów, które nad nim wiszą, widzę kamienice i pałace odbijające się w owym Canale Grande. Zasypiam. Śni mi się nie tylko ów kanał, ale i cała Wenecja. Następnego dnia dzwoni pielęgniarka i sprawdza jak się czuję, dwa dni później dzwoni ponownie i nakazuje ruszanie się po domu i wokół domu. O pracy nie ma mowy. Muszę się pilnować, żeby niczego nie dźwignąć. Żadnej ciężkiej książki. A tu właśnie dostałem w prezencie „Ars Sacra: Christian Art and Architecture of the Western World from Very Begining Up Until Today” – księgę pomnikową, tyleż wielką, co solidnie ważącą. Można z niej korzystać tylko na specjalnym pulpicie. Jest tak piękna, że chciałbym się w nią zanurzyć bez reszty, ale nie mogę, nie mogę…
Świadomość jest wszystkim.
Podczas rekowalescencji oglądam dawne filmy amerykańskie ze swej filmoteki. Realizm niektórych z nich zdaje mi się wręcz poetycki. Naiwny, bo naiwny, ale jakoś swoiście piękny i mi bliski. Tak jest w „Na wschód od Edenu”, „Harfie traw”, „Ostatnim seansie filmowym”, „Nocy iguany”.
Bardzo rozczarowała mnie „Historia Roja”. Film ten powstał z najszlachetniejszych intencji jako hołd złożony żołnierzom z Narodowego Zjednoczenia Wojskowego i jako dzieło propagujące model patriotyzmu wyrażanego hasłami „Bóg, Honor i Ojczyzna”. Niestety chaos narracyjny i mielizny scenariusza, pełnego wzniosłych sloganów i banalnych symboli, czynią zeń dzieło chybione i ocierające się o kicz. Nie ma w nim głębszej analizy postaw i wyraźniej zarysowanych postaci młodych ludzi, którzy nie złożyli broni po 1945 roku. A przecież motywy, którymi się kierowali i idee, w które wierzyli są tu najważniejsze. Zamiast owej analizy, mamy wyświechtane slogany, wypowiadane tak nieprawdziwie, jakby nikt w nie nie wierzył. Bohater tytułowy nie niesie tego filmu, bo jest zupełnie nijaki. Nijacy są też jego koledzy bezrefleksyjnie czekający na wybuch III wojny światowej i opiekę Najświętszej Panienki. Każde zwątpienie nazywają zdradą a samych siebie widzą jako uosobienie prawdziwej Polski. Nie zmieniają się ani na jotę, choć lata lecą. Nie widzą, że coraz mniej ludzi im sprzyja. Owszem, dalej dzielnie zabijają wrogów, modlą się w kościele i przeprowadzają udane akcje, ale to wszystko. Dokręcone później sceny erotyczne i alkoholowe, które mają ich pokazywać także jako młodzieńców z krwi i kości, rażą sztucznością. Papierowe dialogi wołają o pomstę do nieba, podobnie jak pomysły takie np., żeby Rój przysłuchiwał się rozprawie sądowej przebrany za starą kobietę, lub żeby ubek z kulą utkniętą w czole brał czynny udział w dalszej akcji. Sceny batalistyczne są niewiarygodne i tak zagmatwane, że trudno się zorientować w nich przebiegu. Cały film ten jest bezładną składanką obrazów nie pokazującą ani autentycznych losów samego Roja, ani autentycznych akcji przeprowadzanych przez leśne oddziały Narodowego Zjednoczenia Wojskowego. Zatem nie może być traktowany jako zaległa lekcja historii, można natomiast nań patrzeć jako na próbę mitologizacji. Szkoda, że aż tak nieudaną.
Wiara w wybuch III wojny światowej podtrzymywana w 1951 roku i w latach późniejszych nie świadczy o szczególnej przenikliwości politycznej i intelektualnej.
Naród i narodowe. Tak często szermuje się ostatnio tymi pojęciami, że obawiam się, iż niebawem zostaną zdewaluowane. Ciekawe, że narodowcy, którzy słowem „naród” wycierają sobie usta przy każdej okazji, nie walczą o jakość moralną ani o edukację tegoż narodu. Jakoś nie włączają się do akcji propagujących polskie dziedzictwo narodowe i wysoką kulturę, nie mówiąc już o programach na rzecz rozwoju czytelnictwa, takich choćby jak wspólne czytanie arcydzieł.
Im bardziej poznaję dzieje kultury polskiej, tym bardziej ją rozumiem i jestem z niej dumny. Nie oznacza to jednak, że nie podziwiam także innych kultur, które także staram się poznać i zrozumieć. Do fenomenu naszej kultury można dotrzeć przez porównanie. Do fenomenu, powtarzam, a nie do przekonania, że jest ona lepsza lub gorsza.
Król StanisławAugust Poniatowski wręczając Order Orła Białego jednemu z ówczesnych łajdaków miał powiedzieć – „Wieszam go teraz na piersi waszmości, ale proszę go zdjąć, kiedy będą waszmość wieszać”.