Obudziłam się ze smakiem świeżego szczawiu w ustach. Śniła mi się łąka. Gdzieś daleko. Gdzieś dawno. W oddali majaczyły nowo postawione bloki z wielkiej płyty. Pod oknami leżał jeszcze biały grysik. Wszystko było pierwsze. Młode. I miało wyraźny kształt. Zbieraliśmy liście babki i przykładaliśmy do krwawiących ran. Bo był to czas zdartych kolan i przeciętych kawałkiem szkła opuszków palców, którymi pieczętowaliśmy przyjaźń na zawsze. Drewniany wiatrak na osiedlowej piaskownicy pachniał lasem. Niestarannie oheblowane deski zostawiały ślady pod skórą. Weszła mi drzazga – mówiliśmy z dumą. Zasypując podwórkowe relikwie piaskiem. Cierpki smak niedojrzałego agrestu, kieszenie pełne mirabelek, zapach kwitnącego bzu, buszowanie w zbożu, polach kukurydzy. Wszystko odkłada się. W słojach pamięci. I przesącza się. Przenika. Przez kotarę snu. Przez czas.

 
Innym razem śni mi się małpa. Że koleżanka z Polski przywozi ją w walizce. Wychodzi nieco ogłupiała. Z rozbieganym wzrokiem i spoconym futrem. Ale już zaraz skacze po kuchni. Przewraca meble. Huśta na żyrandolu. Sprawdzam w senniku. „Widzieć małpę: proces stawania się dojrzałym człowiekiem napotyka przeszkody”. To prawda. Czterdzieści lat i ciągle nie wiem. Po co. Jak. I którędy.

 
Stara kotka, matka przygarniętego Cecyla, powiła kolejną miauczącą dwójkę. Każdego ranka stawiają się pod oknem. Jak na komendę. Patrzą wyczekująco. Prosto w oczy. Właściciel budynku jest niezadowolony. Nie pozwala dokarmiać. Przegania koty hasające po ogródku. Bo tratują sadzonki. Strącają gliniane doniczki. Użyźniają glebę odchodami, przy okazji wykopując cenne nasiona. Burzą ład i porządek. Ustalony przez człowieka. Gdzie pomidory rosną od linijki. I wszystko ma cel. I sens.

 
Mimo próśb i gróźb Jerrego, pod jego nieobecność, karmię wygłodniałą drużynę. By nie zostawiać śladów- zamiast, jak wcześniej, rozrzucać jedzenie- spuszczam miskę na sznurku. K. żartuje, że jeszcze trochę, a zostanę ridgewoodzką Violettą Villas. Że wszystkie koty z okolicy będą przychodzić pod nasz dom. A ja, podrapana, rozczochrana, w brudnej podomce, z szaleństwem w oczach będę obsługiwać wrzeszczącą gromadę. A przecież nigdy nie lubiłaś kotów – mówi. To prawda. Być może nadal nie lubię. „Kotów”. A tylko jednego z nich. Tego, któremu nadałam imię. Oswoiłam. Czyli wzięłam odpowiedzialność.

 
„[…] jeśli chodzi o moją różę, to zwykły przechodzień mógłby pomyśleć, że jest ona do was podobna. Ale ona jest ważniejsza niż wy wszystkie razem wzięte, bo tylko ją podlewałem. Bo ją jedną nakrywałem kloszem, bo ją jedną osłaniałem parawanem. Bo tylko na niej tępiłem gąsienice (zostawiając dwie czy trzy na motyle). Bo tylko jej słuchałem, jak się żali, jak się przechwala, czy nawet jak milczy. Bo to jest moja róża”.
Antoine de Saint-Exupéry. „Mały Książę”.

 
Cecyl wskoczył nam do życia przez uchylone okno. Wypełnił pustkę, o której nie wiedziałam, że jest. Zagospodarował uczucia magazynowane przez lata. Poruszył ogonem strunę, która – choć wątła- wydała dźwięki. I teraz muszę się konfrontować. Ze sobą. Raz jeszcze. Odpowiadać na pytania z tych raczej fundamentalnych. O prokreację. Przekazywanie genów. Późne macierzyństwo. (Lepsze późne niż żadne – podpowiada znajoma, co najpierw kupiła kota, a potem powiła dziecko. I poczuła pełnię szczęścia. Przynajmniej tak twierdzi.) Więc choć klamka zapadła, to jeszcze ciągle kopniakiem można wyważyć te drzwi. Tylko po co. Po co? To pytanie nadal pozostaje bez odpowiedzi.

 
Kot śpi na plecach i wygląda jak nieżywy. Czasem tylko poruszy łapą. Parsknie. Syty. Spokojny.

 
Młodsze rodzeństwo, ledwie odsunięte od matczynego cycka, próbuje – jak Cecyl- wskoczyć przez okno. Do ludzkiego świata. Na razie bez powodzenia. Ale już niedługo.

 
Dla najmłodszej, Szarej, znalazłam dom. Za kilka dni rozpocznie się Wielka Akcja Łapania Kociąt. I włochata kulka na czterech łapach zostanie uratowana. Nad czarnym, mniej urodziwym, pewnie nikt się nie pochyli. Na zawsze pozostanie ulicznym cwaniakiem. Chyba, że wcześniej wpadnie pod samochód. Taki scenariusz wydaje się całkiem możliwy. Może nawet nieuchronny. Na razie leżą w cieniu brzoskwiniowego drzewa. Gonią między wypielęgnowanymi irysami Mary. Gryzą sznurki, po których mają wspiąć się pędy pomidorów. I nic nie wiedzą o świecie.

 
Patrzę na nie z czułością. O którą się nie podejrzewałam. Tęskniąc do czasu, kiedy łaziliśmy po drzewach i skakaliśmy przez płoty. Nie robiąc sobie krzywdy.
Niezniszczalni. Nieustraszeni. Wolni.

 
Napisz do autorki:
podwojnezycieweronikik@gmail.com