Piję wódkę o trzeciej po południu. Ma słodkawy smak. Lepi się do języka. Pachnie ziołami. Przeszłością. Którą oglądam na dnie kieliszka. Jak w bursztynie. To była zima. Prowincjonalne kino. Słabo ogrzewane. Festiwal filmowy. Buteleczki żołądkowej gorzkiej w kieszeni budrysówki. Czekolada z karmelem. Kukurydziane chrupki. Cały dzień w niewygodnym fotelu. Niewyspaniu. Nieumoszczeniu. Śnieg pokryty sadzą. Sine niebo. Skulona przestrzeń. I to dojmujące uczucie. Że życie jest gdzie indziej.

 
Teraz jestem gdzie indziej. A tamto wydaje się nierzeczywiste. I obce. Jak gdyby zdarzyło się komuś innemu.

 
Obdarłam się z Polski jak ze skóry. Z tamtego życia. Do którego nie ma powrotu. Żeby mniej bolało tu i teraz. Żeby nie babrać się w przeszłości. Która ciągnie jak cegła uwieszona na szyi. Na dno. To się nazywa trauma imigracyjna. Pulsująca pod powierzchnią bańka bólu. Tego się nie leczy. To trzeba przeżyć. Oswoić. Ugłaskać. Albo – jak panowie pod mostem – zapić. Na śmierć. Pod klombem. Na sztywno. Jak mężczyzna mijany wczoraj. Nad którym pochylali się towarzysze niedoli. Niewoli. Szturchając jęczący kształt układający się w ludzkie ciało.

 
Latem cierpię bardziej. Na brak łąki. Nieba. Jaskółki. Mam nowojorską klaustrofobię. Miasto dusi tłumem. Zaczopowanym podziemnym przejściem. Odorem butwiejących śmieci. Oplutym chodnikiem. Uwiera. Wżyna w nieosłoniętą skórę. Kolejny rok bez prawdziwych wakacji. Gdzieś daleko. Na długo. W krajobrazie niezakłóconym człowiekiem. Muszę odpocząć, mamo! Wołam jak bohater Koterskiego. Znękany życiem bez wygód. Bez perspektyw. Bez sensu. A potem wchodzę posłusznie z powrotem do klatki. I kręcę kołowrotki donikąd.

Stoczmy się dzisiaj,
stoczmy się ciut,
zwitkaczmy się odrobinkę,
jak długo można w świecie złym
kretyńskim być motylkiem?*

 
Na dachu gorąco. Ale przynajmniej nikogo nie ma. Nawet gołębi. Ani kotów. Tylko papa wymalowana srebrną farbą. I anteny. I kawałek nieba. I gdyby zamknąć oczy i puścić wodze fantazji, albo chociaż szum fal z YouTube, można by udawać złote piaski nad lazurowym oceanem, i że sunąca na trzecim planie srebrna kolejka metra i wyjące w dole karetki to jedynie niegroźna fatamorgana. Kolega mieszkający kilka ulic dalej z kawałka dachu zrobił patio. Wstawił elektrycznego grilla. Posadził kwiaty. Kupił stół. I teraz, trochę jak na scenie, trochę jak na starej łajbie sunącej między koślawymi podwórkami, celebruje dolce far niente. Naokoło setki ślepych okien. Zaniedbane – albo przeciwnie – nad wyraz wypielęgnowane mikroskopijne ogródki. Wybiegi dla upośledzonych finansowo. Stłoczonych na niewielkich powierzchniach. Jakieś grządki. Zadaszenia. Trawniczki. Jednorazowe, dmuchane baseny dla dzieci. Porzucone, zdezelowane rowery. Resztki konstrukcji metalowych. A nad tym wszystkim, trzepoczące maszty z suszącym się praniem.

 
Pijemy zimne piwo i jemy steki z lokalnej masarni. Za dwa słuszne kawałki trzeba słono zapłacić. Ale pozwalamy sobie na tę ekstrawagancję bez specjalnych wyrzutów sumienia. Nieważne, że drogo, niezdrowo i nieetycznie. Że rak jelita. Rzeź niewiniątek. I cholesterol. Martwić będziemy się później. Gdy przyjdzie zapłacić. Za wszystkie błędy. Łącznie z dietetycznymi. Tymczasem siesta prekariatu. Ridgewoodzka riwiera dla tych, którym się nie udało. Wyjechać do lasu. Do wód. Byle dalej. Od miasta w gipsie. Gdzie tylko w pęknięciach wychyna zielone. A reszta zabetonowana. Na amen.
Alkohol łagodzi kontury. Wygładza niedoskonałości. Zaraz zapadnie wieczór. Pogrzebie całą tę nędzę. Ohydę. Brak. Zamigocze sznur lampek. I jeszcze raz stoczymy się w wielkie, kosmate nic.

 
*Agnieszka Osiecka

 

Napisz do autorki:
podwojnezycieweronikik@gmail.com