Najdłuższe dni w roku spędzam z przyjaciółmi w posiadłości profesorostwa I. w Princeton. Cieszymy się widokiem poziomkowej łąki, nad którą unoszą się kolorowe ptaki i motyle. Biegają po niej zajączki i norniczki, czasem skrada się także lis przechera. Cieszymy się również cieniem rzucanym przez wielkie klony, dęby, jawory, akacje, świerki i jodły. Cały dzień harcują po nich wiewiórki, goniąc się nawzajem i uprawiając miłosne igraszki. Bywa, że się całują. Bywa, że bawią się w chowanego. Ich ekwilibrystyka jest wręcz niewiarygodna. Jedne skaczą w grupie, inne solo. Za łąką rozściąga się gęsta ściana ciemnych drzew, których nie rozpoznaję. Niektóre są tak wysokie, że mam wrażenie, iż sięgają niemal do błękitnego nieba. Wieczorem tu i ówdzie pobłyskują świetliki, czy jak kto woli – robaczki świętojańskie, dobajeczniając wszystko dookoła. Cisza i balsamiczne powietrze działa na nas kojąco. Kojąco działa też okoliczna zieleń, jakże bujna. Nie dziwię się, że kiedyś ściany w szpitalach psychiatrycznych malowane były na zielono. Ten kolor rzeczywiście uspokaja. Zaraz po przyjeździe zdejmuję sandały i szusuję boso po trawie. Pobudzone w stopach receptory pobudzają apetyt. Zatem radośnie dołączam do biesiadników na tarasie. Wspaniałe jedzenie, świetne wina i ciekawe rozmowy dopełniają reszty wrażeń. Koło północy wrażenia te wzmacniamy wódką Baczewskiego lub białą tekilą „zakąszaną” solą i cytryną. Odpoczywam. Chce się tu być, chce się tu wracać, chce się żyć!

 
Chce się być także w domu profesorostwa I. Wśród ciekawych książek z różnych dziedzin, albumów o sztuce, sztalug i farb i rzecz jasna obrazów namalowanych przez panią domu, która jest znakomitą malarką i trochę rzeźbiarką. Osoby przez nią sportretowane patrzą na nas z zaciekawieniem i z pewnym smutkiem. I obrazy, i próby rzeźbiarskie, wskazują jednoznacznie na subtelność i bogate życie wewnętrzne artystki. Kiedy poznaliśmy się w Trenton, po moim wykładzie o dziejach polskiego teatru, okazało się, że pani I. jest moją koleżanką z liceum, która maturę zdawała nieco wcześniej. Mieliśmy tych samych nauczycieli, chodziliśmy tymi samymi ścieżkami pod tymi samymi sosnami i byliśmy spowici tym samym żywicznym powietrzem Otwocka i Świdra. Czekają nas zatem wspomnienia z młodości i rozmowy o teraźniejszości.
Przyglądam się tysiącom książek w gabinecie pana domu, który jest światowej sławy matematykiem. Zastanawiam się, w której z nich jest magiczna teoria liczb, która podobno wszystko wyjaśnia i rozwiązuje. Zaglądam do jednej, drugiej, trzeciej, nie znajduję jej jednak, zatem wciąż jest dla mnie tajemnicą. Szukałem jej już w licealnej młodości wraz z śp. Sewerynem Kaczkowskim moim ówczesnym najbliższym przyjacielem, w czasie kiedy obaj byliśmy zafascynowani Einsteinem i jego teorią względności. W latach następnych Seweryn pozostał wierny Einsteinowi, ja zaś oddaliłem się w kierunku Szekspira, Dostojewskiego i Czechowa. Podziwiając matematyczny ład panujący w gabinecie natrafiam wzrokiem na reprodukcję miedziorytu W. Fischera przedstawiającego widok na Bulwar Zygmunta Augusta w Elblągu. To ciekawe dzieło pokazuje harmonijną pierzeję hanzeatyckich kamienic ciągnącą się wzdłuż Kanału Elbląskiego wraz z mostem wiodącym na Stare Miasto. Przypominają mi się miedzioryty z widokami Bremy, zapamiętane z biografii Thomasa Manna. Profesor I. pochodzi z Elbląga i odczuwa więź z tym miastem. A i miasto jest z niego wielce dumne.

 
Z Elbląga pochodził też inny mój przyjaciel śp. Zdzisław Paweł Pozażycki, historyk sztuki i późniejszy nieustraszony reporter „Polityki”. Pamiętam jego wspomnienia o sierocym dzieciństwie spędzonym w tymże mieście i zangażowanie w powstanie słynnego wówczas elbląskiego salonu wystawienniczego. Pisał też o twórczości tamtejszych plastyków, czasem organizował im wystawy w Warszawie.
W bibliotece profesora znajduję sześciotomową „Historię Elbląga” napisaną przez znawców tak interesująco, że wciągam się w poszczególne rozdziały. Pokazują one wszechstronny rozwój tego miasta na przestrzeni dziejów Prus, Niemiec i Polski. Nie wiedziałem, że przed wojną był tam potężny teatr zatrudniający 124 pracowników i występujący nie tylko w Gdańsku, ale także Berlinie i innych dużych miastach w Niemczech. Ciekawe, że jeszcze w styczniu 1945 roku, tuż przed wkroczeniem Armii Czerwonej, wielu elblążan wciąż wierzyło w cudowną broń, która odmieni los Niemiec i Prus Wschodnich. Ratunkiem jednak była tylko ucieczka.

 
W Elblągu zostałem złapany w stanie wojennym przez SB pod pomnikiem upamiętniającym Wydarzenia Grudnia 1970 roku, kiedy fotografowałem potężną manifestację Solidarności. Razem ze mną złapana została Angielka Elizabeth R. Była łącznikiem między mną a brytyjskim historykiem Timothy’m Gartonem Ashem, dla którego sporządzałem reportaże i fotoreportaże z akcji przeprowadzanych przez Solidarność m.in. w Trójmieście, Nowej Hucie i Wrocławiu. Esbecja zorientowawszy się, że jesteśmy przyjezdni, chciała nas wrobić w szpiegostwo na rzecz Anglii, ale powiedziałem, że przyjechałem do Elbląga w sprawie reżyserskiej współpracy z tamtejszym teatrem. I w rzeczy samej, zaraz po przyjeździe, zameldowałem się w sekretariacie teatru w celu umówienia się z dyrektorem. Sekretarka zapisała moje dane i to właśnie uratowało mnie przed aresztowaniem. Kłamaliśmy oboje z Elizabeth, wedle wcześniejszych ustaleń, że jesteśmy kochankami i dlatego razem podróżujemy jej samochodem. Ona przywiozła mnie do tegoż teatru i w drodze powrotnej niby to niespodziewanie trafiliśmy na manifestację zorganizowaną w rocznicę Porozumień Sierpniowych. Przesłuchiwano nas osobno przez kilkanaście godzin. Co jakichś czas pojawiali się nowi przesłuchujący, coraz bardziej „fachowi”. W końcu wziął mnie na spytki esbek zorientowany nieźle w teatrze. On zamknął mnie samego w pokoju bez okna i przez kolejne godziny sprawdzał swoimi kanałami, kim jestem. W końcu uwolnił mnie, wręczając stosowną przepustkę i ostrzegając przed powrotem do Elbląga, bo wtedy… Zakaz przyjazdu do tego miasta otrzymała też Elizabeth. Opuszczaliśmy je w asyście milicji, za którą musielismy jechać do rogatek. Później mieliśmy ogon w postaci samochodu z tajniakami aż do hotelu „Posejdon” w gdańskim Jelitkowie. Tam nadal udawaliśmy parę kochanków… Elizabeth nie dostała później zezwolenia na wjazd do Polski. Ja natomiast omijałem Elbląg szerokim łukiem. Do dziś pamiętam krzyki bitych manifestantów przesłuchiwanych w sąsiednich pomieszczeniach.

 

W latach uniwersyteckich poznałem trzech fenomenalnych matematyków. Wydawali mi się osobami z innego wymiaru, może nawet z innej planety. Byłem przekonany, że mają dostęp do owej magicznej teorii liczb i zarazem elementarnej tajemnicy, ale jakoś jej nie wyjawiali, choć lubili ze mną rozmawiać. Pewnie byli przekonani, że i tak nie zrozumiem. A może po prostu czekali na pytanie, którego nie umiałem zadać. Bo w gruncie rzeczy dobrze sformułowane pytanie jest równie ważne, jak dobrze sformułowana odpowiedź.