Wyjechać. Ręce wytrzeć o liście. Cały kurz, tłuszcz miasta. Wyjechać. Wyjechać natychmiast.* W zielone. Odkryte niebo. Bez betonowych firanek. Stalowych żaluzji. Które przesłaniają. Przeszkadzają. Naturze, która mimo wszystko. Między płytami z kamienia. Niepostrzeżenie. Wygląda. Kruchym pędem. Wątłą trawką. Skazanym na zagładę drobnym płatkiem. Przypomina, że jest lato. Bo można by zapomnieć. W klimatyzowanym powietrzu. W drodze do pracy. Przejściach podziemnych. Ciemnych tunelach. Ruchomym schodach, windach, szybach wystawowych. Spiesząc oplutymi chodnikami. W niedzielny poranek. Gdy całe miasto wyjeżdża za miasto. Zostają tylko nieliczni straceńcy. I spoceni turyści. W wygodnych butach. Z maczugą wody źródlanej butelkowanej w ręce. Determinacją w oczach. By zobaczyć. Zapamiętać. Przeżyć. Jak najwięcej. Nachapać się widoków. Odurzyć nowojorskim zapachem. Mieszaniną perfum, rozkładających się śmieci, oceanicznej bryzy i prażonych orzeszków. A w Little Italy, obowiązkowo: parmezanu, bazylii i czosnku. W knajpach naprzeciwko niestrudzeni zaganiacze podwijają rękawy białych koszul i z udawanym, włoskim akcentem zagarniają zdezorientowanych klientów do środka. Obiecując podniebienne rozkosze. A tak naprawdę ersatz. Włoską kuchnię prowadzoną przez Albańczyków. W wersji amerykańskiej. Gdzie każde danie smakuje identycznie. I zawsze jest za słone, za tłuste, za duże.

 

Na rogu otwarto nową kafejkę. Podobno właściciel jest przyjacielem Leonardo DiCaprio. Podobno laureat tegorocznego Oscara bywa tam często. Zawsze w otoczeniu modelek. Zwykle w czapeczce baseballowej. Wygląda całkiem zwyczajnie – mówi Yves. Zamawia „matcha” w wersji mrożonej i spuszcza wzrok, gdy ktoś próbuje rozpoznać w nim gwiazdę. Jest serdeczny – twierdzi właściciel psa o imieniu Sammie. Którego zna cała dzielnica. Kilka tygodni temu ukochana suczka została potrącona przez samochód. Od tej pory Yves wozi ją w wózku dziecięcym wyściełanym poduszkami i namawia do podpisywania petycji o zaostrzeniu kary w przypadku zabicia bądź zranienia czworonoga przez czterokołowca. Zwierzę to nie rzecz – mówi. I ma rację. Choć pewnie małe szanse, by cokolwiek zmienić.

 
Frank is losing it – mówi Gianna o emerytowanym trzecioplanowym aktorze filmów kultowych reżyserów, który zagląda czasem, by powspominać dni tryumfu, kiedy miał wszystko: pieniądze, kobiety, sławę i młodość. A teraz zostały mu jedynie spacery po tych kilku ulicach składających się w kwadrat występujący pod nazwą Małe Włochy i mamrotanie pod nosem zapamiętanych kwestii. Co innego Francesco, który kiedyś grał w teatrze, potem pił, a teraz leczy trzustkę i twierdzi, że zostały mu trzy, cztery lata na tym łez padole, ale kompletnie się nie przejmuje. Bo ile można żyć? – mówi. I po co tak długo? – śmieje się. I tak się dziwię się, że dociągnąłem do 70-tki. Ale nie ma co przesadzać – szczerzy w uśmiechu pożółknięte od tytoniu zęby. Za chwilę pojawia się eks-mafioso, w rozchełstanej koszuli odsłaniającej imponujący, siwy zarost i ukryty w nim złoty łańcuch, na którym dynda rewolwer wysadzany – jak twierdzi – prawdziwymi diamentami. Uśmiecha się od ucha do ucha, prowadzony zwykle przez młodą, gibką dziewczynę. W lipcowym, bezlitosnym słońcu błyska sygnet na prawej dłoni, którą wznosi w geście pozdrowienia. Dym z cygara spowija łysą głowę, przywodząc na myśl figurkę otyłego buddy, okadzanego egzotycznym zielem.

 

Obserwuję świąteczną krzątaninę, która tym różni się od codziennej, że ulica zostaje zamknięta dla ruchu samochodowego i wszystkie sklepiki z pamiątkami, knajpy i kramy z lemoniadą, wstępują na chodniki. A środkiem przewala się rozgorączkowany tłum. Nieustająca procesja. Na czele której, co czas jakiś, kroczą przewodnicy wycieczek zorganizowanych, trzymając nad głową parasol, czasem tubę albo mikrofon. Przystają pod kamienicami opowiadając przejmujące dzieje schodów przeciwpożarowych albo koślawych jadłodajni, które najlepsze czasy mają już dawno za sobą. Ale mimo wszystko trwają nadal. Siłą rozpędu. Z przyzwyczajenia. Odgrywając przed oniemiałą publicznością codzienny teatr. Zaaranżowane upuszczanie tacy na chwilę przed pojawieniem się na stole tortu z napisem happy birthday (albo przynajmniej kawałka tiramisu, z przytroczoną niezdarnie świeczką), przygrywanie na akordeonie sycylijskich „siberków”, tudzież tematu z „Ojca chrzestnego”, gestykulowanie na włoską modłę, wykrzykiwanie „ciao bella” do przechodzących dziewcząt, rozkładanie obrusów w czerwoną kratę, by było „autentyczniej”. Większość „Włochów” z Little Italy, z którymi rozmawiałam, nigdy nie było w kraju urodzenia swoich rodziców czy dziadków. Nie mówią po włosku. I nie są ciekawi. Jak naprawdę wygląda świat, który tak nieudolnie próbują odtworzyć. W dzień powszedni. I w niedzielę.

 

Oglądam przedstawienie sama będąc statystką. Ale obsadzoną i słabo opłacaną. Ale ciągle dającą się uwieść ferii barw; spektaklowi, który dzieje się na moich oczach.

 

*Marcin Świetlicki, Franek Chrzonszcz.

 

Napisz do autorki:
podwojnezycieweronikik@gmail.com