Niedziela
Niektórym odpoczynek od polityki służy. Należy do nich Jan Rokita. Kiedyś ważna postać polskiej sceny, prawie premier RP, obecnie – jak pisze skromnie w biogramie – „dziś wykładowca akademicki”. Od siebie dodam: sporo podróżujący, głównie do ukochanych Włoch, Sieny i tym podobnych.

 
Rokita udzielił wywiadu o Unii Europejskiej portalowi Wszystkoconajwazniejsze.pl Wrzucam tu kawałki, bo Rokita jest świetny: głęboki, filozoficzny, ale bez typowego dla jajogłowych oderwania od rzeczywistości politycznej. Dlaczego Europejczycy kochali Unię Europejską, którą utożsamiali z „Europą”? Jak by powiedział klasyk, bo „kasa, Misiu, kasa”.

 
Mówi Rokita: „Plan polityczny Europy był przez mieszkańców naszego kontynentu lubiany, kochany, akceptowany (kiedyś bardziej, dzisiaj mniej), ale nie z tego powodu, że powszechnie, emocjonalnie odczuwaliśmy Europę jako swoją ojczyznę, która jest naszym wspólnym losem, czy przeznaczeniem. Ale dlatego, że uznawaliśmy, iż EWG, a potem Unia Europejska – to projekt bardzo efektywny, który dostarcza nam wielu pożądanych dóbr. Rozmaitych dóbr. Tym pierwszym i najważniejszym dobrem, który ten projekt dostarczał, był pokój. Zaraz za nim dobrobyt. Potem cztery wolności, ułatwiające zarówno prowadzenie interesów i dorabianie się, jak i życie zwykłych ludzi. Chodzi o wolność przepływu ludzi, towarów, usług i kapitału, czyli wspólny rynek, likwidację granic. Wśród dostarczanych dóbr była jeszcze, kluczowa, zwłaszcza dla biedniejszych narodów, obietnica większej spójności. To znaczy obietnica, że biedniejsi będą upodabniać się do bogatszych, a różnice będą maleć. Europa stworzyła przecież wielkie programy równościowe, które tu w Polsce przysłoniły tak naprawdę całą resztę europejskiego uniwersalizmu. W Polsce zabraliśmy się więc za „wyciskanie brukselki”. My, Europejczycy zawsze patrzyliśmy na EWG, a potem na Unię Europejską, jak na sklep z luksusowymi artykułami.”

 
Długo powiedziane, ale jakże słusznie. Było dobrze, dopóki było… dobrze: kasa lała się strumieniami, Europa była bezpieczna, bo za bezpieczeństwo odpowiadali Amerykanie z NATO a Europa mogła się zajmować tylko soft power. Ale nagle zaczęły się schody: kryzys ekonomiczny, bałagan na całym świecie, płonący Bliski Wschód, terroryzm i miliony uchodźców u bram Cywilizowanej Europy. I nagle, znudzeni dziesiątkami lat pokoju europejscy burżuje albo pretendujący do bycia europejskimi burżujami, obudzili się z ręką w nocniku. Jak pisze Rokita: „Miliony Europejczyków czują się teraz straszliwie oszukane tym, że choć istnieje Unia, dobrobyt przestał rosnąć, trzeba robić nawet jakieś oszczędności. Uważają bowiem, że Unia to po prostu sklep z dobrobytem, w którym nagle zabrakło produktów o wymaganym standardzie. Więc zgodnie z logiką, trzeba go chyba zamknąć.”

 
Nie są to miłe słowa, choć prawdziwe. Dalej Rokita opisuje jeszcze jedno wydarzenie, które nam chyba umknęło: totalne wręcz wejście Polski do niemieckiej strefy gospodarczej. Niby nic nowego, ale trzeba przyjąć, że jesteśmy częścią zintegrowanej strefy niemieckiej Mitteleurope. Na dobre i na złe, bo nawet „gdyby pewnego dnia Unia przestała istnieć, to Polska pozostaje niemal nierozerwalnie i organicznie zintegrowana z Niemcami”. Są tego dobre i złe strony, ale z faktami się nie dyskutuje. Dlatego Polska powinna grać twardo z Berlinem, ale ze świadomością że jesteśmy partnerami i jedziemy na tym samym wózku. Mniej głośnych słów, więcej pracy za kulisami – tutaj zgadzam się z niedoszłym „premierem z Krakowa”.

 
Rokita nie jest, niestety optymistą w sprawie Unii Europejskiej, bo nie widzi polityków europejskich patrzących dalej, niż tylko ich nos. „To jest zresztą typowe dla mentalności polityków w demokracji: owszem, tam jest bomba podłożona, ale nie wydaje się, by w najbliższym czasie miała wybuchnąć. Więc dajmy spokój! Jak zacznie dymić, to się tym zajmiemy” pisze o reakcjach eurobiurokratów na kryzys tożsamościowy UE. Ot, paradoks demokracji…

 

Środa
Synowie Ciemności, Synowie Zła atakują bez ustanku. Przynajmniej takie ma się wrażenie, słuchając o kolejnych zamachach. Bronią palną, maczetą, bombą, nożem… prawie każdego dnia w Europie, na świecie atak. Ostatni mord to francuska Normandia, gdzie dżihadyści zarżnęli 86-letniego proboszcza Jacquesa Hamela. Dwóch Synów Ciemności wkroczyło do kościoła, gdy duchowny odprawiał mszę świętą. Jak opowiadała siostra, będąca świadkiem: „Zmusili księdza by klęknął. Próbował się bronić. Wtedy doszło do tragedii”. Poderżnęli księdzu gardło, nagrywając siebie, po czym „przy ołtarzu po arabsku wygłosili coś w formie kazania”.

 
Kilkanaście minut później, ciała obydwu zamachowców rozerwały kule policyjnych snajperów. Dalej okazało się, że jeden z nihilistów to 19-latek arabskiego pochodzenia. Na zdjęciach wygląda jak niewiniątko – tymczasem znany był policji jako ekstremista, który chciał dołączyć do Państwa Islamskiego w Syrii. Został skazany na dozór policyjny: musiał mieszkać z rodzicami i miał elektroniczną bransoletkę monitorującą. Ale to Francja, więc nie można było zbytnio naruszać „wolności osobistej” chłopaka, pozwalano mu wyłączać sygnał między 8:30 a 12:30 rano. No więc wyłączył i poszedł mordować po 9:00 rano.

 
Nie będę się tutaj zajmował samobójczymi nihilistami z ISIS czy samobójczymi w istocie, poprawnościowymi politykami z Europy, którzy odmóżdżeni Polityczną Poprawnością, szykują zgubę swoim narodom. Ważniejszy jest 85-letni Jacques Hamel. Ksiądz z 58-letnim stażem, męczennik za wiarę w Europie, która za największe zagrożenie zdaje się uważać właśnie… wiarę chrześcijańską. Znając życie i doświadczenie księdza, ginąc nie czuł do morderców nic ponad miłość. Siostra Danielle, świadek krwawego zdarzenia, powiedziała że „nie chce czuć złości”. – Będę się modlić. Nasz proboszcz kochał wszystkich ludzi, bez względu na religię, którą wyznają – powiedziała podkreślając, że ksiądz Hamel współpracował przez lata z miejscowym imamem na rzecz dialogu międzywyznaniowego, a nawet udostępnił teren pod budowę meczetu. Nihiliści swoim czynem chcieli posiać nienawiść, podzielić ludzi… ale coś mi się zdaje, że dzieło Synów Ciemności zostało unieważnione przez siłę miłości i wybaczenia. A Francja i szerzej Europa być może zyskały nowego męczennika – w Afryce czy Azji takich mordów chrześcijan pełno, ale na Starym – zsekularyzowanym niemal doszczętnie – Kontynencie to mimo wszystko rzadkość. Ostatecznie, jak napisał Tertulian, „krew męczenników jest posiewem chrześcijan”.