Dawanie – branie. Branie – dawanie. Symetrii nie ma, bo bywa, że innym daję a od innych dostaję. Bywa, że więcej daję niż dostaję, ale bywa i odwrotnie. Dostaję sporo, nie mogę się uskarżać, daję także sporo. Lubię dawać. A najbardziej lubię dać to, na co ktoś czeka, albo potrzebuje. Czasem to, co komuś może sprawić przyjemność. Zdarzają się jednak pomyłki – to, co uważam za piękne, wartościowe lub ciekawe, niezbyt podoba się osobie obdarowywanej. Bywa i tak, że chciałaby ona dostać coś, co mi się nie podoba i co kompletnie nie pasuje do mnie jako prezentodawcy. Co wtedy robić? Najczęściej ulegam. Ważniejsza bowiem jest przyjemność obdarowywanego od mojej przyjemności. Czasem prezent nietrafiony, okazuje się trafiony po latach. Ja sam nie mogę narzekać, albowiem dostałem w życiu bardzo wiele. Książek, obrazów, rzeźb, nagrań muzycznych, listów i dobrych słów… O dobrych słowach i prezentach od czytelników nie powinienem już pisać, bo byłoby to samochwalstwo, podobnie jak i o listach od nich. Mam je jednak w pamięci. Do niektórych listów, także tych z Polski, wracam w chwilach zwątpienia, na darowane przedmioty patrzę codziennie, bo umieściłem je w polu mojego widzenia. Są piękne, po prostu piękne, tak piękne jak podtekst, czy intencja, z jaką były darowane.

Skoro mowa o dostawaniu, nie mogę nie napisać, że kiedy jako student zostałem bez rodziców, wielka aktorka Elżbieta Barszczewska wpłaciła potrzebną kwotę na moją książeczkę mieszkaniową. Uniwersytet (Wydział Polonistyki) płacił pielęgniarkom za nocne dyżury przy mojej mamie walczącej o życie w warszawskim szpitalu, taż uczelnia pomagała mi później przetrwać finansowo najcięższy czas. Wciąż mam potrzebę o tym mówić, by słowami spłacić dług.
Paradoksalnie najlepszy okres finansowy miałem w młodości podczas podyplomowych studiów w warszawskiej PWST (obecnie Akademia Teatralna). Otrzymywałem rentę po rodzicach, stypendia za dobre wyniki w nauce, honoraria za artykuły w dwutygodniku „Teatr” i miesięczniku „Scena”. Później doszło jeszcze wynagrodzenie za pracę sekretarza literackiego w Teatrze Dramatycznym m. st. Warszawy. Nie powiem, Gustaw Holoubek nie był skąpym dyrektorem… W dodatku wraz z rektorem Tadeuszem Łomnickim pomógł mi zdobyć tymczasowe mieszkanie przy ulicy Wiejskiej. „Tymczasowe”, czyli na 36 następnych lat. Jako samodzielny reżyser pracowałem na zasadzie „umowy o dzieło”. Zaczynałem od najniższych stawek, by po kilku latach otrzymywać najwyższe honoraria, tzw. ministerialne. Nigdy jednak nie wiedziałem, na jak długo mi one wystarczą, bo w jednym sezonie miałem aż cztery premiery, w innym zaś dwie. Trzeba też było odkładać na czas różnych nieprzewidzianych teatralnych opóźnień i przestojów. W stanie wojennym zajmowałem się działalnością podziemną i czasem wspierał mnie potajemnie Andrzej Szczepkowski, ówczesny prezes Związku Artystów Scen Polskich (ZASP-u) przekazując pewne sumy zebrane cichaczem przez tę organizację, zawieszoną wówczas przez władze.
Na emigracji jako polski publicysta, redaktor i prezenter radiowy nie zaznałem kokosów, choć otrzymywałem wynagrodzenia podobno całkiem duże. Podobno wyższe od innych… Najwyższe w „Przeglądzie Polskim” śp. dodatku literacko-społecznym do „Nowego Dziennika”, cenionym w kręgach polskiej inteligencji w Ameryce i przez księcia Jerzego Giedroycia – redaktora niedościgłej „Kultury” paryskiej.
Wsłuchuję się w opowieści o naszych losach w Ameryce. Są na ogół powikłane, niezbyt malownicze, pełne upokorzeń. Wiele z nich jest świetnym materiałem na książkę, ale jakoś niewielu z nas je spisuje. Na ogół przemilczamy wstydliwe rozdziały, czasem na wyrost chwalimy się sukcesami, zatem te opowieści rzadko kiedy są w pełni prawdziwe. Nasz wzajemny stosunek do siebie też jest zbyt często daleki od miłości bliźniego pochodzącego z kraju ojczystego. Jesteśmy w Ameryce od niemal 190 lat i wciąż nie mamy epopei o naszym tu bytowaniu. Sienkiewicz jest nadal nieprześcignionym literatem, który o nas pisał. Ojczyzna interesuje się stanem naszego posiadania a nie naszym dniem codziennym. Pisarze znad Wisły nie biorą nas na warsztat, reporterzy i filmowcy także nie, z góry zakładając, iż nie jesteśmy dla nich ciekawym tematem. I może rzeczywiście nie jesteśmy, z tą naszą harówą ponad siły, walką o przetrwanie, brakiem ambicji intelektualnych i kulturowych. Ale dalibóg i o nich warto byłoby napisać, analizując przedtem przyczyny, dlaczego tak jest. Podobnie jak i o naszych tu sporach i podziałach nie mniejszych od tych w Kraju. To powinno zastanawiać. A nie zastanawia nawet socjologów. Redliński, owszem, pokazał nas karykaturalnie w „Szczuropolakach”, na podstawie których powstał śmieszno-gorzki film, ale to zaledwie wycinek naszej tu rzeczywistości i ułamek prawdy o nas. Zwłaszcza o tych, którzy osiedli tu na stałe.
Nie pójdę na tegoroczne wybory prezydenckie w Ameryce, bo nie mam na kogo głosować. Dziwię się rodakom, którzy popierają kandydaturę Trumpa. Nie dziwię się tym, którzy boją się, że zmieni on sytuację obronną w Europie Wschodniej, dogadawszy się przedtem z Putinem. Trump zwalcza dziś nielegalnych imigrantów, którzy wykonują robotę, jakiej nikt inny nie chce się podjąć. Przed laty sam zatrudnił na czarno 200 Polaków do rozbiórki budynku, na miejscu którego stanął później jego słynny wieżowiec przy 5 Alei. Polacy pracę wykonali, ale nie dostali zapłaty. W końcu oddali sprawę do sądu i czekali kilka lat na wyrok. Ostatecznie otrzymali 325 tysięcy dolarów odszkodowania. To nie była jedyna sprawa przeciw Trumpowi; miał ich 3500. Czy on się teraz zmienił? Miliony republikanów w to wierzą i oczekują od niego nie tylko rozprawy ze skrajnym islamem, ale i wysiedlenia 11 milionów nielegalnych imigrantów. On to obiecał, ale nie powiedział jak to zrobi.
Dobrze się stało, że wymordowanie tysięcy Polaków na Ukrainie podczas II wojny światowej nazwane zostało w końcu ludobójstwem. Był to taki sam Holokaust jak zagłada Ormian z rąk tureckich oraz Żydów i całych grup z innych nacji zamordowanych przez Niemców.
Coraz częściej słyszę o amerykańskich uczelniach, które dostają odgórne wytyczne, by nauczać o polskim antysemityźmie i o profesorach zobowiązywanych do rozszerzania tego tematu na zajęciach ze studentami. Rzecz jasna nie ma mowy, by nauczać także o udziale dużej części Żydów w Holokauście i wspieraniu przez dziesiątki tysięcy Żydów-bolszewików najeżdżających Polskę w latach 1919-20 i w roku 1939. Nie ma także mowy o współdziałaniu wielu z nich z NKWD na terenach okupowanych przez Sowiety. Polski antysemityzm jako zjawisko masowe jest tematem obowiązkowym, zaś antypolskość dużej części Żydów tematem nieistniejącym. Jak to zmienić? Kłamstwo wtłaczane w amerykańskie i (nie tylko) głowy może mieć fatalne skutki dla Polski i Polaków.