Kilka dni oddalenia w zieleni i ciszy. Pod platanami. Wśród kolorowych ptaków i ruchliwych ssaków. Na tarasach i na łąkach. Wśród dzieł przyrody i dzieł sztuki. Wśród pól i lasów. Z dala od Wielkiego Jabłka, bez komputera i Internetu. Bez wiadomości z Ameryki, Polski i świata. Bez partii politycznych i wyborów, bez sondaży i propagandy, bez oszołomów i radykałów, bez marszów i manifestacji. Z przyjaciółmi, których lubię i którzy mnie lubią – jak wszystko na to wskazuje. A zatem dużo wesołości. A zatem rozmowy, wspomnienia i wycieczki do ciekawych miejsc. A zatem jedzonka wielce urozmaicone i dobrze przyprawione. A po nich desery, owoce i lody. Dla smakoszy jest również kawior. W robocie są wina kalifornijskie i włoskie a także meksykańska tekila „Santos” i „Monopolowa” Baczewskiego. Oleista i trzykrotnie destylowana. Jedwabista. Rozweselająca niczym pejsachówka. Szkoda, że już nie pochodzi zy Lwowa, jak przed wojną, ino z Wiednia. Zatem nie polska, tylko austriacka. Ale smakuje jak nasza. Wiadomo Baczewski jest nasz!
Cisza i soczysta zieleń sprzyjają rozważaniom. Tym elementarnym i tym w mniejszej skali. Co napisać już, a co może jeszcze poczekać? Czy wracać do Polski teraz, czy później? Czy lecieć najpierw do Paryża, czy od razu do Warszawy? Czy przed powrotem do Polski na stałe, nie przejechać raz jeszcze całych Stanów od oceanu do oceanu. Czy nie zajrzeć raz jeszcze do Kanady, czy nie przemierzyć Meksyku? A kroi się jeszcze możliwość zobaczenia Kostaryki. Skąd wziąć pieniądze? No i trzeba liczyć się z przyjaciółmi w Polsce, którzy na mnie czekają, jak wynika z ich wołań, choć coraz częściej wątpią w mój powrót. I jak to będzie po tymże powrocie, bo oni niemal wszyscy prawicowo-katoliccy z silnym odchyleniem narodowym a ja tu panie dzieju – wolnomyśliciel. A w dodatku oświeceniowiec. Oni nie wierzą w przestrogę księcia-redaktora Jerzego Giedroycia, iż największym zagrożeniem dla Polski jest klerykalizm i nacjonalizm. A mnie taż przestroga bardzo przejmuje. Bardzo! Ostatnio podsłuchałem w Amerykańskiej Częstochowie rozmowy pielgrzymów słuchaczy Radia Maryja i wiem, co im się marzy…
Skoro mowa o Amerykańskiej Częstochowie, mało kto wie, że tuż obok, w miejscowości Mechanicsville, znajduje się arcyciekawe muzeum Moravian Pottery & Tile Works. Można w nim zobaczyć wspaniałe „wypieki” ceramiczne, od mozaik podłogowych do wyrafinowanych przedmiotów, rzeźb i płaskorzeźb. Założył je sławny Henry Mercer. W kolejnych pomieszczeniach są dawne piece i narzędzia do ich produkcji i kolorystycznego zdobienia. Można także zobaczyć naocznie, jak są one „wypiekane” dzisiaj a nawet sobie coś zamówić. Tuż obok jest zamek Fonthill Castle z 44 komnatami używanymi onegdaj przez tegoż Mercera. Tam też jest wiele ciekawych dzieł ceramicznych, począwszy od ozdób sufitowych i inkrustacji ściennych. W muzealnym sklepiku nabyłem płytkę z masońskim znakiem z cyrklem, kątownicą i literą G. Powieszę w domu na widocznym miejscu, żeby podrażnić troszkę znajomych prawicowców, klerykałów i wyznawców spiskowych teorii rzeczywistości. Lubię rozbijać stereotypy i kruszyć przesądy. Lubię dobierać się do umysłów ortodoksów. Ich liczba rośnie.
Cały dzień w dolinie Amiszów wokół Lancaster City. Alternatywny świat. Bez prądu, bez nauki w zwykłych szkołach, bez urządzeń cywilizacyjnych ułatwiających codzienne życie, produkcję i obróbkę pól. Zamiast samochodów – jednokonne powoziki, malutkie jak zabawki, zamiast rowerów – hulajnogi na kołach z oponami, zamiast traktorów – zaprzęgi polne złożone aż z czterech koni. Ubiory takie jak przed wiekami. Na głowach dziewcząt i kobiet obowiązkowe czepeczki, panowie w słomkowych kapeluszach. Ludek to miły, rumiany i uśmiechnięty. Zaprawiony w walce o zachowanie swej odrębności niemal we wszystkim, nie wyłączając świadczeń na rzecz stanu i państwa. Amiszowie pobierają się tylko ze sobą, co skutkuje skazami genetycznymi widocznymi u niektórych osobników. Wszyscy wyglądają jak jedna rodzina. Domy w ogródkach Amiszów zachwycają porządkiem i ukwieceniem. Tak samo jest w zabudowaniach gospodarczych. Żadnego chaosu, żadnego bałaganu. Pola uprawiają bez jakichkolwiek nawozów sztucznych. W sadach także ich nie stosują. W sklepach ustawiają się kolejki po ich wyroby, mimo że ceny wysokie. Co ciekawe, ich uprawy i przedsiębiorstwa nie przynoszą strat. Miasteczko Lancaster jest przykładem wysmakowanej a zarazem ascetycznej estetyki i sprawia wrażenie ilustracji do bajki. Po prostu chce się w nią wejść! To samo można powiedzieć o sąsiednim Strasburgu. Nie bez powodu jedna z ulic nazywa się tu Paradise Ln a jedna z alej – Precision Ave. Przezroczystość powietrza jest w całej dolinie idealna a widoki we wszystkich kierunkach wręcz zachwycają. Pola i pólka przypominają te, które pamiętamy z Polski. Drzewa to często pomniki drzew. Należałoby je opisywać i malować. Podobnie jak i wiele innych obiektów w Pensylwanii.
W weekendy miasteczka – Lamberville i New Hope, odcinają kupony od artystowskiej legendy. Po prostu zalane są wieloma turystami z Nowego Jorku. Tłum jest taki, że trzeba się przeciskać na uliczkach i na brzegach rzeki Delaware. I co tu kryć, nie są to turyści nastawieni na sztukę, tylko na puby i niewyszukane rozrywki. Głównie jedzenie i picie. Ulice handlowe przypominają zakopiańskie Krupówki; istne kiczowisko. Z podziwem patrzę jednak na różne harley’e, zaparkowane przed piwiarniami. Niektóre mają kształty wręcz kosmiczne. Mam wrażenie, że za chwilę uniosą się nad szosą i pofruną w przestworza. Harley’owcy to specyficzni ludzie, zwłaszcza ci w specjalnych strojach. Niektórych polubiłem, kiedy zjeżdżali się do Side Walk Bar & Restaurant, w pobliżu której mieszkam. Hałasowali wprawdzie okropnie, zanim ruszyli w drogę tymiż harley’ami, ale wyglądali na nich wspaniale. Niemal jak władcy przestrzeni. Byli tak dobrym obiektem literackim, że opisałem ich w opowiadaniu „A”, poświęconym alei A. Ukazało się przed wieloma laty w „Przeglądzie Polskim” i było przedrukowane bodaj w „Przekroju”. Dzisiaj większość z nich ma wytatuowane ręce i inne części ciała, co jest zupełnie niepoetyckie. Okropne wręcz. Dotyczy to także kobiet, które ze sobą przywożą.
Z Ewą Zeller i Jackiem Szymulą odwiedzam w Filadelfii Macieja Szczepanowskiego, znakomitego malarza, rzeźbiarza, konserwatora i lotniarza. Postać iście renesansowa. Czego się nie tknie, wychodzi mu świetnie, nie wyłączając wspaniałych ram do obrazów. Jego pejzaże wciągają mnie bez reszty, podobnie jak i miniaturki o tematyce religijnej. Jakby tego było mało, ma on jeszcze dar żywej narracji. Opowiada całym sobą. Jak tancerz. Z zapartym tchem słucham opowieści o unoszeniu się na lotni. Zawsze chciałem fruwać, ale zdarza mi się to tylko w snach.
m