Lubię opływać Manhattan statkiem. Wyspa ta widziana z poziomu Rzeki Wschodniej, Hudsonu i Zatoki Nowojorskiej wydaje się wręcz jakimś surrealistycznym snem. Co chwila pojawia się coś ciekawego w polu widzenia. Tu dawny port, tam magazyny zmienione na mieszkania, tu trasy dla biegaczy, tam ogródki na dachach i tarasach. Tu Wyspa Roosevelta a tam kolejka linowa. Tu Wyspa Więzienna, tam zielony cypel z plażowiczami. Tu most zwodzony, tam obrotowy. Dalej znowu mosty, kolejowe i drogowe. Wszystkie są ciekawe, każdy inny. Tu zadbany park przy prywatnej rezydencji burmistrza a dalej zaśmiecony Harlem, gdzie wciąż nie wszędzie jest bezpiecznie. A po drugiej stronie ponury Bronks z imponującym Yankee Stadium. Potem dawny High Bridge przypominający jako żywo rzymskie akwedukty a dalej śmierdzący nieco kanał odcinający gęstwę dżungli na Inwood od rzeczonego Bronksu. Później na prawo skaliste wybrzeże Hudsonu a na lewo – zespół klasztorny The Cloisters. I sporo zieleni, wbrew pozorom Manhattan nie jest kamienną pustynią, o czym się można przekonać patrząc na bulwary ciągnące się nad Hudsonem. Gorzej jest przy brzegach Wschodniej Rzeki, ale i na nich się są parki i zielono-kwietne ciągi.

 
Polski Greenpoint wciąż prezentuje się prowincjonalne i nieefektownie. Natłok magazynów widzianych z rzeki sprawia wrażenie, że jest to dzielnica trzeciej kategorii. Jeno wieże kościołów wyglądają imponująco. Jakże inaczej prezentuje się po drugiej stronie Manhattan – strzeliste wieżowce przeglądają się nawzajem w sobie i w rzece. Można by rzec – dwa światy. A przecież to jeden organizm miejski.
Na Hudsonie statki płyną wolniej, pozwalając nacieszyć oko wspaniałymi perspektywami wodnymi i pięknym Mostem Waszyngtona. W wodzie odbijają się dzielnice biedne, średnie i bogate. Na brzegach New Jersey wieżowce i niskie osiedla wyłaniają się z zieleni niczym zabawki z klocków lego. Tak jak i we Wschodniej Rzece i w Zatoce. Ileż już objechałem cały Manhattan rowerem, ileż razy przejechałem nim przez most Brooklyński! Teraz pod nim płynę. Płynę również i pod innymi mostami kręcąc szyją w lewo i prawo. Która to już moja wyprawa rzeczna? Chyba szósta. Przewodnik wskazuje, gdzie mieszkał Truman Capote, gdzie Greta Garbo, Gregory Peck czy Josif Brodski. W dali są miejsca związane ze mną, nieskromnym wyrobnikiem słowa – tam mieszkałem, tu pracowałem. Tu „Nowy Dziennik”, tam „Nasze Radio” tu „Głos”, tam „Kurier Plus”. Tu Liceum Polskie, tam Instytut Piłsudskiego. Oczywiście nie widać ich ze statku, ale mijam nadrzeczne wyloty ulic, przy których się te instytucje znajdowały lub znajdują. Po drodze były także inne miejsca pracy – okresowe i mniej prestiżowe. Płynę i wspominam. Przez 27 lat różnie mi się w tym Nowym Jorku wiodło. Najcenniejszym moim osiągnięciem jest szacunek czytelników. Niektórzy czytają mnie ponad ćwierć wieku, co usensownia moje trwanie na Manhattanie.

 
Dopływamy do lotniskowca Intrepid u wylotu 47 Ulicy. Po dawnemu mnie zaciekawia. Ustawione na nim samoloty sprawiają wrażenie, jakby za chwilę miały odlecieć. Kiedyś zwiedzałem jego podwodne kajuty, które były tak niskie, że nabiłem sobie w jednej z nich potężnego guza na czole. A przecież nie jestem najwyższy. Z podziwem patrzę na wielkie statki wycieczkowe przycumowane w porcie pasażerskim. Tarasy, balkony, maszty, kominy, okna weneckie, okna okrągłe, baseny… Wyglądają jak pływające miasta. Popłynąłbym do Australii, na Tasmanię i do Nowej Zelandii, popłynąłbym do Japonii i na różne wyspy na Atlantyku i Pacyfiku, ale za co?… Chciałbym – jak Rudolf Nurejew, czy Ingmar Bergman – mieć własną wyspę i zapraszać na nią tylko tych, którzy mnie kochają i których ja kocham. Wciąż są tacy. Wciąż dostaję listy miłosne. Tam stworzyłbym swój własny świat. Nie mam jednak na to szans, stworzyłem zatem swój własny świat w sobie. Sam jestem swoją własną wyspą. I świetnie się na niej czuję. Zwłaszcza wtedy, kiedy wyłączam telefon i nie śledzę wiadomości politycznych. Pejsachówka nie jest już konieczna.
Ruszamy w stronę Downtown – Wieża Wolności wręcz oślepia w słońcu. Owszem, efektowna, ale w pamięci mam wciąż dwie wieże należące do World Trade Center, które runęły w wyniku pamiętnego zamachu. Ileż razy wjeżdżałem na taras widokowy ulokowany na dachu jednej z nich. Niemal z każdym moim gościem z Polski. Spędzałem na nim czasem i trzy godziny, bo nie mogłem się nasycić widokami, bo nie mogłem ich wszystkich zapamiętać. Lubię patrzeć z góry, lubię widzieć z lotu ptaka, żałuję się nie mam skrzydeł i nie latam tak, jak zdarza mi się to w snach.
Przy Battery Park tłumy czekają na statki płynące na wyspę ze Statuą Wolności. Mój statek także na nią płynie i – nie powiem – coś radosnego odczuwam zbliżając się do niej. Zawsze. Nie ja jeden, jak zauważyłem obserwując innych pasażerów.
Mam sporo przewodników po Nowym Jorku, ale są one z konieczności niepełne. Teraz nabyłem czwartą już edycję „Klasycznego przewodnika po nowojorskiej architekturze” („The Classic Guide to New York’s Architecture”). Mam zatem to, czego długo szukałem – przewodnik po wszystkich dzielnicach i obiektach architektonicznych godnych uwagi z różnych powodów. Nie brakuje w nim również uwag o detalach architektonicznych, ozdobach, rzeźbach i płaskorzeźbach. Autorzy, dwaj architekci – Norman White i Elliot Willensky opisali ponad pięć tysięcy budynków. Bagatela! I to opisali świetnie, z wielkim znawstwem. Ponad trzy tysiące obiektów jest uwiecznione na zdjęciach. Małych, bo małych, ale jednak dość czytelnych. Do tego dochodzi 130 map. Przewodnik ten liczy 1056 stron. Wygląda więc na to, iż będę miał do czego zaglądać przez wiele następnych lat… O tym, że wszystkie opisane budynki zobaczę nie ma nawet mowy. Cieszę się jednak, że będę je „miał” w swojej bibliotece. Potem „zabiorę” je do Warszawy.
To wielka przyjemność chodzić boso wśród pól lawendowych i wdychać ich zapach. Ostatnio znana malarka Ewa Zeller i zarazem niestrudzona przewodniczka po ciekawych miejscach na pograniczu New Jersey i Pensylwanii, zawiozła mnie tam w towarzystwie innej zaprzyjaźnionej malarki – Magdaleny Zawadzkiej i fotografika Jacka Szymuli. Czułem się prawie jak w środkowej Prowansji, słynącej uprawami różnych rodzajów lawendy. Oprócz lawendy zobaczyć można było zwierzęta – lamy, egzotyczne odmiany kóz i bawoły. Znajdowały się one na ogrodzonych pastwiskach należących do gospodarstwa Carousel Farm Lavender w Mechanicsville w stanie Pensylwania. Nie byłbym sobą, gdybym nie wetknął nosa do pobliskiego lasu – a tam borsuki i inne gryzonie. W miejscowym sklepiku kupiłem ziarenka lawendy i będę je dosypywał do pomidorów, owoców oraz do miodu lawendowego, którym podejmuję znawców. Może jakaś lawendka wyrośnie mi na balkonie. Narwałem też sobie trochę lawendowego kwiecia i powsadzałem do kieszonek koszul. Teraz cały pachnę lawendą i – nie powiem – lubię czuć od siebie tę woń. Po powrocie do Nowego Jorku dopełniłem swoją miodną kolekcję miodami: kasztanowym, tymiankowym, sosnowym, eukaliptusowym i truflowym. Rzecz jasna kupiłem również miód lawendowy. Na zapas. Jak szaleć, to szaleć.