Przebojem tegorocznego lata nie jest kolejna piosenka o „ciele opalonym prawie nieosłonionym” czy „tekstylnych nudziarzach”, którzy na plaży nudystów chcą „opalać sztruks” ale… bieganie po mieście w poszukiwaniu wirtualnych stworków. „Pokemon GO” to gra, której fenomen bazuje na połączeniu technologii rozszerzonej rzeczywistości z tęsknotą obecnego pokolenia 20- i 30 latków za popularną serią z lat 90-tych”- czytamy. Wystarczy odpowiednia aplikacja na telefon, by na ulicy, w parku, biurze czy pod pomnikiem zobaczyć kolorowego japońskiego stworka i go pojmać. „Pokemon GO już zdobyła miano najpopularniejszej gry mobilnej w Stanach Zjednoczonych” – donosi prasa. „W pierwszym tygodniu po debiucie kieszonkowych potworów gra przyćmiła nie tylko konwencję Partii Republikańskiej czy konsekwencje Brexitu. W wyszukiwarkach liczba pytań o pokemony przebiła nawet wiecznie popularne pytania o seks”. Jednym słowem: świat oszalał na punkcie Pikachu i reszty bandy. Popularność gry ma jednak swoje dobre strony. „Dzięki „Pokemon GO” rzesze Amerykanów zaczęły więcej chodzić, a nowojorski Central Park stał się nagle centrum wirtualnej rozrywki. Zdolność do odciągnięcia internautów od komputera, telewizora i wygodnej kanapy jest jedną z jej największych zalet”- czytamy. Według wyliczeń, które opublikowała BBC mężczyzna polujący na japońskie stworki przez 43 minuty dziennie, siedem dni w tygodniu, spala dodatkowo 1750 kalorii, a kobieta – 1503. Trzeba jednak uważać, by podczas obławy (z nosem w telefonie) nie wpaść pod koła samochodu, roweru albo – jak w przypadku kilku nastolatków w angielskim hrabstwie Dorset – do jaskini. Polowanie na pokemony może nawet grozić śmiercią. W okolicach San Diego dwóch 20-latków chcąc dopaść kolorowe stwory, spadło z urwiska. Doszło do wielu stłuczek i wypadków samochodowych, kiedy kierowcy raptownie hamowali widząc pokemona w bocznej uliczce, na drzewie albo w rowie. Zdarzyły się też przypadki postrzelenia „łapaczy”, którzy w amoku pościgu wtargnęli na prywatne posesje. Dlatego producenci gry przestrzegają: grajcie, ale z głową!

 
Z pewnością głowę – do interesów – ma niejaka Sophia Pedraza, która rzuciła pracę w szkole, by zostać profesjonalną „pokemonistką”. „Plan na biznes jest prosty: Pedraza przeczesuje miasto i wyłapuje Pokemony, a następnie sprzedaje swoje konta na eBayu. Ceny wahają się w zależności od zebranych postaci. Od 50 funtów za najbardziej pospolite, aż do kilku tysięcy za najrzadsze okazy z mnóstwem punktów siły bojowej”- czytamy. Podobno jako nauczycielka matematyki, angielskiego i muzyki Sophia zarabiała „tylko” dwa tysiące funtów miesięcznie. Teraz za jedno tylko konto potrafi zainkasować kwotę 7300 funtów, czyli… 37 tysięcy złotych. „Są dni, kiedy spędzam w pracy nawet 18 godzin dziennie, ponieważ gram nawet, gdy wychodzę ze znajomymi na kolację”- stwierdza. „Moja mama myśli, że zwariowałam, ale ja nie widzę w tym nic złego. To łatwy zarobek”- deklaruje. Komentatorzy zaś całe to wirtualne szaleństwo kwitują jednym zdaniem: „Gdy rozum śpi, budzą się… Pokemony”.

 
A rozum, cóż, u wielu śpi i to snem kamiennym. Kilka tygodni temu internet obiegło wideo, na którym jedna z blogerek nakłada na twarz… sto warstw kosmetyku zwanego fluidem. Zaraz potem inna „blondynka” wysmarowała ciało samoopalaczem, również sto razy, zmieniając odcień swojej bladej skóry w mahoń. „Przypominam kolorem mój stolik w jadalni”- wyznała inteligentnie. I poszła pod prysznic. Z kolei Artur Szpilka, polski bokser znany z niewyparzonego języka i silnych porywów patriotycznych, zaprezentował koszulkę z orzełkiem i głęboki brąz bicepsów, w otoczeniu egzotycznej flory. Natychmiast zareagowali internauci, dodając złośliwy komentarz do zdjęcia: „Gdy za wszelką cenę chcesz być jak Muhammad Ali”. „Tylko nie zmieniaj wiary”- zażartował jeden z fanów. „Mówi ci coś: „Bóg, Honor, Ojczyzna?” wbił w odpowiedzi internetową szpilkę Szpilka.

 
Sądząc po tabloidowych doniesieniach, by uzyskać mahoniową opaleniznę, polskie gwiazdy muszą wyjeżdżać do ciepłych krajów, bo lokalnie to raczej kiepsko. „Koroniewska i Dowbor bawią się nad morzem”- czytamy. „Maciej gra w siatkówkę, Joanna opala się w sukience z siatki i… puchowej kurtce”. Sukienkę „z siatki” można jeszcze zrozumieć (serialowa aktorka chciała pewnie nawiązać do sportowych zainteresowań męża), ale puchowa kurtka? W lipcu? No właśnie.
*
Innym sposobem na wakacje w Kraju może być nieustająca koncertowanie. Zbigniew Wodecki jest w trasie odkąd skończył… 16 lat. „Tyle jeżdżę, że już zlewają mi się te miejsca w jedno”- mówi. „Czasami przyjeżdżam do uroczego miasteczka i myślę sobie: szkoda, że tak późno je odkryłem. I w tej chwili zjawia się kierownik sali: – A witamy ponownie, panie Zbyszku. To ja tutaj byłem? – No rok temu!”. Po 50 latach na scenie muzyk przyznaje, że nie potrafi żyć bez występowania, braw, prób, nagrań, hoteli i „wódek w barze”. „Jak nie ma koncertu, to jest dramat”- wyznaje Wodecki. „Dwa dni wytrzymam, trzeciego czuję się niepewnie, czwartego jestem zagubiony, piątego siadam w auto i jadę dzień wcześniej na miejsce koncertu. Tłumaczę sobie, że muszę się wyspać, bo mam sztukę. I tak od weekendu do weekendu”- zwierza się artysta. O którym wszyscy przecież wiedzą, że jest pracowity jak pszczółka. Maja.