Albrecht Duerer – Złożenie do grobu.

Albrecht Duerer – Złożenie do grobu.

Wielokrotnie pisałem o losach dzieł sztuki zrabowanych w czasie wojny i o komplikacjach związanych z ich odzyskiwaniem przez prawowitych właścicieli. Ale chyba nie ma bardziej zawikłanej sprawy – i politycznie, i prawnie – niż kwestia 27 rysunków Albrechta Duerera z kolekcji Zakładu Narodowego im. Ossolińskich we Lwowie.

Polska stara się o ich odzyskanie, ale wydaje się, że ma małe szanse, mimo sprzyjającej międzynarodowej atmosfery w związku ze zwrotem zabytków skradzionych przez Niemców w czasie wojny.

Kłopot ze zwrotem rabunku
„Polska” kolekcja 27 rysunków uważana jest za jeden z najwspanialszych zbiorów rycin wielkiego malarza XV/XVI wieku. Przechowywano ją w zbiorach Biblioteki Zakładu Narodowego im. Ossolińskich. Trochę w zapomnieniu. Dopiero angielski historyk sztuki w podróży po Polsce międzywojennej „odkrył” Duerera dla świata. O rysunkach tych zrobiło się głośno na Zachodzie; Polska wypożyczyła je nawet na olimpiadę w Berlinie. Między innymi przy ich pomocy Hitler chciał uświetnić osiągnięcia narodu niemieckiego.

W 1941 roku, po rozpoczęciu wojny niemiecko-sowieckiej, Niemcy zarekwirowali rysunki. Wcześniej, naturalnie, „upaństwowili” je Sowieci, czyli zagarnęli dla siebie. Hitler osobiście był nimi zainteresowany, miały w przyszłości stanowić ozdobę jego planowanego muzeum w austriackim Linzu.

Po koniec wojny amerykańskie wojska odnalazły tysiące dzieł sztuki, w tym prace Duerera, na terenie Austrii, ukryte w opuszczonych sztolniach. Przewieziono je do Monachium, gdzie znajdował się jeden z punktów gromadzenia zrabowanych rzeczy. Ostatecznie władze amerykańskie przekazały tę kolekcję Jerzemu Rafałowi Lubomirskiemu – synowi Andrzeja, ostatniego kuratora literackiego Ossolineum. Polski arystokrata, utracjusz i birbant, natychmiast – mimo sprzeciwów członków rodziny – wystawił je na sprzedaż. Nie jako całą kolekcję, ale handlował osobno poszczególnymi pracami niemieckiego artysty. I w ten sposób trafiły do muzeów europejskich i amerykańskich oraz do zbiorów prywatnych.

To ogólny zarys wydarzeń z tamtych lat. Skomplikowana sytuacja prawno-polityczna wymaga cofnięcia się wstecz do początków Zakładu Narodowego imienia Ossolińskich.

Utworzenie Zakładu Narodowego
Instytucja ta powstała we Lwowie w 1817 roku jako fundacja finansowana z dochodu z majątków hrabiego Józefa Maksymiliana Ossolińskiego. Pod koniec życia arystokrata ten zawarł umowę z księciem Henrykiem Lubomirskim, który miał sprawować opiekę nad zbiorami po śmierci bezdzietnego Ossolińskiego. Jednym z warunków porozumienia była zgoda Lubomirskiego na włączenie jego kolekcji do Biblioteki i finansowanie tej samoistnej części z własnych pieniędzy. Tak powstała fundacja przeworska zasilająca pieniężnie Muzeum Lubomirskich i całą Bibliotekę Ossolineum.

W ten sposób w zbiorach tej placówki znalazły się rysunki Albrechta Duerera. Ale skąd wzięły się w posiadaniu Lubomirskich? Nie wiadomo. Istnieją na ten temat dwie główne hipotezy. Pierwsza powiada, że z… kradzieży. Zrabowane z wielkiego zbioru-muzeum, wiedeńskiego Albertinum. Była to ogromna kolekcja rycin założona przez księcia cieszyńskiego Albrechta, syna króla Augusta III Sasa. Porządki napoleońskie zaprowadzone w Wiedniu po zwycięstwie Francuzów nad Austriakami spowodowały, że Albertinum w dużej mierze rozszabrowano. Być może wtedy rysunki Duerera znalazły się w posiadaniu Lubomirskich, kupione od jakiegoś złodzieja.

Druga hipoteza zakłada, że skoro w Krakowie mieszkał i pracował brat słynnego artysty, Hans Duerer (zmarł w 1543 roku), być może miał on tekę rysunków brata ze sobą. Innymi słowy, znajdowały się one w Polsce od XVI wieku i Lubomirscy po prostu weszli w ich posiadanie.
Mówi się, że na początku XIX wieku. Tak naprawdę, nie wiadomo – kiedy. Katalog zbiorów opracowano dopiero w drugiej połowie XIX wieku. Z duerowskiej kolekcji trzydziestu rysunków, tylko 27 uznano za autentyczne; trzy odrzucono.

Kiedy po wojnie Amerykanie zastanawiali się, co z tym zbiorem zrobić, mieli do wyboru: postępować zgodnie z przyjętą regułą, czyli zwrócić dzieła sztuki do kraju, skąd je Niemcy zrabowali. Zakładano, iż władze danego państwa będą wiedziały lepiej, komu konkretnie należy je następnie oddać. Ale do którego kraju? Do Polski czy na Ukrainę, gdzie Lwów znalazł się w wyniku wytyczenia nowych granic? Jednocześnie, nieoficjalnie sprzyjano wskazówce, aby nie przekazywać odzyskanych dzieł do krajów zajętych przez Armię Czerwoną, ale raczej indywidualnym właścicielom, najlepiej na Zachodzie.

Do Lwowa zwrócić ich nie chciano, do Polski – nie było podstaw, choćby z tej prostej przyczyny, że władze PRL nie upomniały się o te dzieła. W ówczesnych czasach nie sposób było wdawać się w rozważania: Lwów, Wrocław, Ossolineum – inne, czy jednak to samo?

Ostatecznie wybrano wariant personalny, zwłaszcza że na zwrot „duererów” nastawał od 1945 roku potomek rodu, Jerzy Lubomirski ze Szwajcarii. Wprawdzie wbrew stanowisku rodziny, ale doprawdy nie wiedziano, co z tym fantem zrobić. Ostatecznie, na skutek natarczywych nalegań księcia Jerzego oddano mu 27 rysunków, między innymi dlatego, żeby wreszcie zakończyć sprawę zwrotów zagrabionych dzieł sztuki. Kwestia Duerera była bodajże ostatnią, którą Amerykanie zamknęli proces oddawania prawowitym właścicielom ich rzeczy. Był początek 1950 roku.

Polska i Ukraina chcą Duerera
I to jeszcze nie koniec. W grudniu 1991 r. nieoczekiwanie władze sowieckie wystąpiły o zwrot rysunków Duerera. Jednak ZSRR zaraz się rozpadł, ale wkrótce inicjatywę w sprawie Duerera przejęła Lwowska Biblioteka Naukowa im. Stefanyka. Zupełnie samodzielnie, bez informowania o tym strony polskiej. Dla Ukrainy podstawą prawną jest sowiecki dekret z 1940 r. o likwidacji Muzeum Lubomirskich w związku z nacjonalizacją Ossolineum. A zatem dzieła niemieckiego artysty należą prawnie do Ukrainy, jako kraju, który przejął na własność zrabowane dzieła sztuki.

Polacy kontrargumentują. Na mocy ustawy Sejmu z 1995r. przywrócono Ossolineum formę fundacji. Jednocześnie regulacja ta nałożyła nań te same zadania i cele, jakie zostały określone na początku XIX w. przez jego założycieli, Józefa Maksymiliana Ossolińskiego i Henryka Lubomirskiego. Wrocławska placówka jest tedy prawnym spadkobiercą i kontynuatorem fundacji przedwojennej i jako taka rozpoczęła starania o odzyskanie rysunków Albrechta Dürera. Wysiłki Zakładu Narodowego poparli członkowie rodziny Lubomirskich. Roszczenia lwowskiej placówki Polacy odpierają przypominając, że zaraz po wojnie zaplanowano przeniesienie zbiorów Ossolińskich do Wrocławia. Ukraina, jako wówczas część ZSRR, zadeklarowała zwrot całości. W istocie do Wrocławia trafił tylko księgozbiór (i to nie cały). Resztę zatrzymano we Lwowie, bezprawnie, wbrew własnym zapewnieniom.

Słabą stroną polskiego stanowiska jest fakt, że sami Polacy (PRL-owscy komuniści) zlikwidowali w 1946 r. wszelkie ordynacje, w tym przeworską, która nie tylko utrzymywała Ossolineum. Cały status formalno-prawny Zakładu opierał się o tamtejsze, dawne porozumienie między polskimi arystokratami. Porządkowanie bałaganu polityczno-prawnego po 50 latach jest mocno spóźnione.

I co teraz z tym zrobić? Amerykanie długo zwlekali z oddaniem kolekcji księciu Jerzemu, ale w końcu co mieli począć, skoro naprawdę starali się o jak najlepsze rozwiązanie. Arystokrata ów wszedł w posiadanie rysunków, choć nie miał prawa ich sprzedać. Zabraniał mu tego statut ordynacji przeworskiej, ale kto ów dokument w pierwszych latach po wojnie znał, czytał i respektował? Nabywcy kupili dzieła Duerera w jak najlepszej wierze, więc dziś nie są skłonni oddawać cennych nabytków, tym bardziej, że nie wiadomo – komu: Polakom, czy Ukraińcom? Aby odzyskać kolekcję musi wpierw nastąpić porozumienie i zgoda wszystkich obecnych właścicieli tych rysunków. A ile razy od sprzedaży przez księcia Lubomirskiego zmieniły one właścicieli?

Dwanaście muzeów, które posiadają „polskie duerery” spotkało się po raz ostatni w sprawie uzgodnienia stanowiska bodaj w 2002 roku. Zapewniono się o woli rozwiązania problemu i na tym się skończyło. Impas w tej sprawie trwa już dziesięciolecia.