W mojej rodzinie określenie „przedwojenne” znaczyło po prostu lepsze. Zazwyczaj bezdyskusyjnie, choć próbowałem podważać to przekonanie korzystając z prawa do młodzieńczego buntu. Lepsze były przedwojenne szkoły i uczelnie. Przedwojenna matura była o wiele bardziej ceniona od powojennej, powojenny magister nie dorastał do magistra przedwojennego. Przedwojenni politycy byli uczciwsi od powojennych, urzędnicy i sprzedawcy uprzejmiejsi, dozorcy bardziej dbający i pomocni. Oficer sprzed 1939 stał w hierarchii społecznej o wiele wyżej od tego po 1945 i to nie tylko w opinii rodziców.

Normą była grzeczność. Taka wyprzedzająco-salonowa. Można zobaczyć ją w przedwojennych filmach. Dziś wydaje się sztuczna i przesadzona, a wtedy była czymś zupełnie naturalnym, jak wynika z wielu wspomnień. Ktoś, kto chciał awansować musiał przyswoić sobie język i maniery elit.

W przekonaniu mojej mamy, przedwojenny rzemieślnik odznaczał się solidnością, zatem zamawiała buty u przedwojennych szewców i ubrania na miarę u przedwojennych krawcowych. Bywało, że jako przedwojenna klientka była traktowana ze specjalną atencją i miała zniżkę. Bo to panie przedwojenna dama… i tu następowało morze wspomnień, a bywało, że i łez.

Jako dziecko słyszałem stale, że powojenny chleb, to już nie ten sam, co przed wojną. To samo dotyczyło wyrobów fabryki Wedla przemianowanej na „22 Lipca” i różnych firm cukierniczych. Pączki Bliklego nie były już takie, jak kiedyś, ale po dawnemu ustawiały się po nie największe kolejki. Zdaje się, że rodzice i przedwojenne alkohole cenili wyżej niż powojenne, szczególnie te Baczewskiego. Piszę „zdaje się”, bo o alkoholu i osobach go nadużywających nie mówiło się wtedy przy dzieciach.

Mama na Centralny Dom Dziecka, mieszczący wówczas przy się przy ulicy Brackiej, mówiła niezmiennie „U Braci Jabłkowskich”, choć miał się on nijak do odebranego im przedwojennego domu towarowego.
Hotel „Warszawa” to „Prudential”, plac Zwycięstwa był niezmiennie placem Piłsudskiego, plac Napoleona, pozostał placem Napoleona, ulica Świerczewskiego – Lesznem, a Rutkowskiego – Chmielną. Nie, nie – mama wcale nie była w tym odosobniona, tak mówili ci, którzy przeżyli wojnę i powrócili do Warszawy w 1945 roku.

W dzieciństwie i młodości zdumiewały mnie ogłoszenia w prasie i szyldy uliczne, w których było słowo „przedwojenny”. Rozumiałem je wówczas jako wskazanie wieku, dopiero z biegiem lat dostrzegłem, iż chodziło o jakość i reklamę. Przedwojenny szewc, przedwojenny kuśnierz, przedwojenny rymarz, przedwojenny stolarz… Meble przedwojenne były zawsze solidniejsze od powojennych, ma się rozumieć. Drewniane.

Spośród moich nauczycieli najszybciej dogadywałem się z tymi przedwojennymi właśnie. Opisałem ich w cyklu opowiadań „W Alei Kochanych Belfrów” i „Mieszkańcach mojej pamięci”. I prawdę mówiąc, oni też najwięcej mnie nauczyli. Byli przykładami. Po latach sam wzorowałem się na nich w swej praktyce nauczycielskiej. Także na studiach najwięcej skorzystałem od przedwojennych absolwentów wyższych uczelni. Na uniwerku m.in. od profesorów: Janiny Kulczyckiej-Saloni, Marii Straszewskiej, Eugeniusza Sawrymowicza, Zdzisława Libery, Artura Sandauera, Jana Zygmunta Jakubowskiego, zaś w szkole teatralnej od Bohdana Korzeniewskiego, Aleksandra Bardiniego i Erwina Axera. Pisania rozpraw uczyłem się wcześniej od profesora Władysława Tatarkiewicza. To on mnie zaraził greckim klasycyzmem jako formą wypowiedzi i wykładu.

Kilka razy pisałem o dawnych żołnierzach Armii Krajowej i Powstańcach Warszawskich, z którymi miałem zaszczyt spotykać się dziennikarsko i towarzysko, ale przypomnę raz jeszcze – zawsze wydawali mi się najpełniejszymi ludźmi, z jakimi los mnie zetknął i zarazem patriotami, którzy mało mówią a dużo robią. Patriotami z otwartymi umysłami, bez nacjonalistycznych odchyłów. Gotowymi do konspirowania i walki za ojczyznę, ale też ciekawymi świata i ludzi. Do tańca i przysłowiowego różańca. Swoją drogą, jak wielkie musiały być umiejętności pedagogiczne przedwojennych belfrów, skoro wykształcili tak liczne zastępy – jak się okazało – patriotów zdających egzamin w latach okupacji i stawiających czoła straszliwemu losowi.

Dziś martwi mnie poziom polskiego szkolnictwa wszystkich szczebli, które nie dają ani wiedzy, ani do niczego nie wychowują. I to w dobie tak łatwego dostępu do informacji i właściwie do wszystkiego. 26 z 27 rektorów szkół wyższych stwierdziło, że absolwenci liceów są nieprzygotowani do podjęcia studiów. Wyniki nauczania wciąż wykazują bardzo duże zróżnicowanie uwarunkowane miejscem zamieszkania. Uczniowie z większych miast osiągają rezultaty lepsze niż młodzież mieszkająca na wsi lub w małych i średnich miejscowościach. Z kolei szkoły wyższe z powodu niżu demograficznego uganiają się za studentami, co w praktyce oznacza obniżenie wymagań wobec nich, zarówno podczas przyjęcia, jak i w trakcie studiów. Rzadko słyszy się o uczelniach, które wypuszczają dobrze wykształconych i równie dobrze wychowanych absolwentów. Wychowanych wedle wartości sprawdzonych przez wieki. Nie słychać też o wiekopomnych pracach czy dokonaniach kadry wykładowców. Stąd zapewne biorą się niskie notowania tychże uczelni. Jedynie uniwersytety Warszawski i Jagielloński mieszczą się pod koniec piątej setki najlepszych szkół wyższych na świecie. I sytuacja ta nie zmienia się od lat.

Ten stan rzeczy jakoś nie niepokoi ani Polskiej Akademii Nauk, ani Ministerstwa Szkolnictwa Wyższego, które po prostu nie przyjmuje do wiadomości, tych jakże kompromitująco niskich notowań. Od czasu do czasu w środowiskach naukowych słychać przebąkiwania, że oceny te są niewiarygodne lub niesprawiedliwe, ale nie ma do tej pory żadnych ich analiz i odpowiednich przeciwdziałań. W końcu już pora najwyższa odpowiedzieć sobie na pytanie: dlaczego wciąż przodują uczelnie amerykańskie i amerykańska nauka? Pieniędzmi, owszem, można wytłumaczyć wiele, ale jednak nie wszystko. Pora też zauważyć, iż polscy badacze najczęściej stają się twórczymi uczestnikami międzynarodowych projektów naukowych dopiero wtedy, kiedy zwiążą się z ośrodkami badawczymi za granicą. Zatem coś chorego jest w polskim systemie, w którym pracują. Czy nie jest to aby przesadna kastowość i uświęcony tradycją feudalizm panujący na uczelniach i w ośrodkach badawczych? Czy nie są to aby wciąż niejasne kryteria oceny i awansu pracowników naukowych? Czy nie jest to także środowiskowe osamotnienie i wyobcowanie umysłów najwybitniejszych, jakże często zdanych głównie na siebie?

Stosunki i układy? Kryteria partyjne i polityczne? Sympatie i antypatie osobiste? Ależ tak! One wciąż mają się świetnie. I żadna to pociecha, że nie tylko w Polsce.