Molo na Rockaway. Foto: Jim Henderson

Molo na Rockaway. Foto: Jim Henderson

Wiele nowojorskich dróg prowadzi nad ocean. Wybieram trasę kilka razy już pokonaną. Sprawdzoną.

W głębi za wiaduktem – skręt w lewo na Rockaway Ave. Foto: Czesław Karkowski

W głębi za wiaduktem – skręt w lewo na Rockaway Ave. Foto: Czesław Karkowski

Po kilku minutach docieram do Rockaway Ave. Jestem u początków jednej z arterii przecinających Brooklyn z północy na południe. Droga niespecjalnie ciekawa, prowadzi wzdłuż zwartej zabudowy domów czynszowych – brzydkich, zaniedbanych, typowych. Na parterze małe biznesy – deli, pralnia, warzywniak, buty, często dom modlitwy, zwany szumnie kościołem (church); przez osiedla mieszkaniowe, jakieś zakłady przemysłowe. Tereny niebogate, spory ruch samochodów w zawody z ruchem na chodnikach.

Przedzieram się przez kolejne wielkie skrzyżowania – Atlantic, Ave. D., Linden Ave. Dojeżdżam do końcowej stacji linii metra „L”. Jestem na Canarsie. Wjeżdżam w rozległe obszary dzikie, gdzie jeszcze o rowerzystach na drodze nie słyszano. Szeroka Flatlands Ave., a nie ma ścieżki rowerowej. Nawet brak znaków na jezdni o wspólnym korzystaniu z tej ulicy. To samo dalej: na szerokiej Ralph Ave mam wrażenie, że i kierowcy i piesi zdziwieni są rowerzystą na nierównej nawierzchni ulicy. Więcej nawet, rowerzysta jest tu jak ptak Dodo: trzeba go zniszczyć, zetrzeć z powierzchni ziemi. Niech zginie, przepadnie na zawsze. Skręcam we Flatbush Ave. Przejeżdżam koło budynków zespołu handlowego Kings Plaza. Kierowcy samochodów tak agresywnie chcą mnie zepchnąć z drogi, że ulegam. Połamane płyty chodnika – oto co się w tych dzielnicach oferuje rowerzyście, podczas gdy obok biegnie równa, nowa nawierzchnia szerokiej ulicy dla samochodów.

Coraz natarczywiej krzyczą mewy, mijam po lewej i prawej stronie zatoki rozlewiska między Brooklynem a mierzeją Far Rockaway. W marinach jachty – na wodzie, na lądzie – niekiedy całkiem okazałe. Cuchnie rybami. Chyba czyszczą tu pojemniki miłośników morskiego rybołówstwa z łodzi.

Wjeżdżam na Gil Dodges Memorial Bridge. Ładna, solidna ścieżka rowerowa i łatwy podjazd, dłuższy zjazd i już jestem na Far Rockaway. Prosto droga na Breezy Point. Nic tam ciekawego nie ma dla rowerzysty. Przekraczam więc ulicę na drugą stronę w kierunku na Riis Park.

Wokół wielkiego parkingu z nielicznymi samochodami amatorów plażowania, mijam brzydki, niegustowny budynek jak koszary austriackich dragonów – wejście na plażę. Jad ę dalej, świetną drogą, Rockaway Beach Blvd – równa, prosta jak strzelił, doskonale oznaczona ścieżka rowerowa. A przy tym ruch samochodów niewielki. Okazałe, pięknie utrzymane wille wokół. Wyraźnie bardzo zamożna dzielnica.

Skręcam w prawo, chyba w Beach 118 St. i wjeżdżam na molo prowadzące wzdłuż plaży.

Co za odmiana! Zapamiętałem i w oczach, i w nogach, i w uszach drewniany deptak. Teraz piękna betonowa aleja. Lubiłem wprawdzie dawny klekot desek pod kołami roweru oraz niezbędny wysiłek oczu i ekwilibrystykę, by wyminąć co wyżej sterczące gwoździe. Była to swoista sztuka i przyjemność rowerowania. Dziś szeroka, gładka, niemal wypolerowana nawierzchnia z fantazyjnymi falistymi liniami pozwala na równą, łatwą jazdę. W trzy lata po huraganie Sandy, który całkowicie zniszczył poprzednią konstrukcję, nowa, świetna zabudowa brzegu.

I co jeszcze widzę? Co pewien dystans lokale – kawiarenki, restauracje, jadłodajnie, częściowo odkryte, z ławami i drewnianymi stołami. Można wejść z rowerem, usiąść, zjeść, napić się. Kolejna, kto wie czy nie ważniejsza nowość – toalety! Brakowało ich dotychczas bardzo, teraz co kilkaset metrów.

Nowe ławki, ujęcia wody do mycia nóg, do picia. Wspaniale. Jadę, widzę młodego człowieka w złotych szortach, złotych do tego stopnia, że aż blask od nich bije; dziewczynę w tak kusym, skąpym kostiumie kąpielowym, że prawie nagą. Nie zdążyłem się przyjrzeć, przejechałem dalej; idzie para kulturystów – kobieta umięśniona wydatniej od towarzysza. Wszyscy ciężko zajęci próżnowaniem, że pot po ciałach spływa.

Jadę dalej, szukam wieloryba. To brzydka cementowa „rzeźba” obłożona kolorowymi kamykami. Dla mnie stary znak, że w tym miejscu trzeba skręcić w drogę powrotną.

Nie ma. Jadę zaniepokojony. Wydaje mi się, że jestem za daleko, minąłem zjazd. Siadam, odpoczywam, patrzę na morze. Małe fale. Na plaży niewiele ludzi, nie ma chętnych do kąpieli, choć upał powietrza wielki. Zdejmuję przepoconą koszulkę, kask, piję wodę wyciągniętą z plecaka. Odpoczywam, rozglądam się. Przemknął młodzian na pojeździe wprawianym w ruch wahaniami ciała.

Pora wracać. Wieloryba chyba zlikwidowano w ramach renowacji tego terenu. Zjeżdżam z mola i kieruję się ku Beach 92 St. Nieomylnie. Prowadzi wprost do wjazdu (przy MacDonaldzie) na pierwszy most nad zatoką. Krótki, ostry podjazd i spokojny, dłuższy zjazd na Cross Bay Bld. Nudna, parukilometrowa droga – prosta, wokół, wpierw domki, a później krzaki. Nic się nie dzieje aż do wjazdu na kolejny most nad rozlewiskami prowadzący na stały ląd. Howard Beach i dalej po przejeździe ponad wiaduktem autostrady Belt Pkway – Woodhaven Blvd. Nawierzchnia typowa dla Nowego Jorku – nierówna, zdarta, wyboista. Trzeci świat, w którym najtęższe (zakładam) głowy nie potrafią od dziesięcioleci rozwiązać problemu (?) wertepów na ulicach miasta.

Upał coraz większy, dojeżdżam do domu. Koniec interesującej wyprawy. Całość około 45 km, dla wprawnych rowerzystów wyprawa na parę godzin, dla niedzielnych kolarzy – wycieczka może nawet na cały dzień. Ale wielce przyjemna, urozmaicona. Bardzo polecam.