Inauguracja nowego ruchu politycznego,
„Our Revolution”, który na bazie
poparcia zabudowanego podczas kamapnii
prezydenckiej utworzył Bernie
Sanders, zbiegła się z rewoltą w gronie
jego współpracowników.
Część z nich, w tym wielu zagorzałych
zwolenników Sandersa postanowiło odejść,
oskarżając go o sprzeniewierzenie się własnym
ideałom.
Dla wielu obserwatorów sceny politycznej
w USA sukces Berniego Sandersa, który
w trakcie walki o nominację prezydencką
Partii Demokratycznej otwarcie przedstawiał
się jako „socjalista”, był ogromnym zaskoczeniem.
Mało kto spodziewał się, że głoszone
przez niego hasła, będące w istocie wezwaniem
do wprowadzenia w USA systemu
podobnego do socjaldemokracji działających
w Szwecji czy Finlandii, napotkają na tak żywy
odzew i że Sanders zdoła w trakcie kamapnii
wyborczej zbudować tak liczną grupę
zwolenników. Senator z Vermont, wcześniej
raczej mało znany, na przekór politycznym
komentatorom, odwołując się do ludzi
młodych i kusząc wizją społecznej sprawiedliwości,
pobudził jednak autentyczny ruch,
który chce utrzymać także po wyborach.
Wszystkim, którzy się dziwią jak to możliwe,
by w USA popularność zdobył „socjalista”,
warto przypomnieć czasy Franklina Delano
Roosevelta i jego „New Deal”. Roosevelt
zdobył nominację prezydencką demokratów,
a później wprowadził się do Białego Domu,
wzywając do „redystrybucji dochodów”, proponując
zdecydowane zwiększenie roli rządu
federalnego i wprowadzenie ścisłych regulacji
dotyczących gospodarki. Za jego prezydentury
realizowano szereg kompleksowych programów
socjalnych, doszło do zwiększenia roli
związków zawodowych, utworzenia przy pomocy
prezydenckich dekretów dziesiątek
agencji rządowych, wprowadzenia płacy minimalnej
czy ubezpieczeń dla robotników. Roosevelt
dał też pracę milionom Amerykanów
realizując program robót publicznych na niespotykaną
wcześniej skalę.

 

Wśród ekonomistów do dziś trwają
spory co do oceny skuteczności tych dzia-
łań i ich długofalowych konsekwencji.
Faktem jest jednak, ze politycznie Roosevelt
osiągnął  ogromny sukces. Dzięki niemu
doszło do wielkiego przegrupowania
sil. Partia Demokratyczna stała się większości
a, w latach 1933-1969 siedem
na dziewięć  razy wprowadzając do Białego
Domu swojego prezydenta.
Bernie Sanders nowym Rooseveltem
z pewnością nie zostanie. W świetle przytoczonej
powyżej historii nie jest on jednak
takim radykałem jakim chciałoby go widzieć
wielu politycznych komentatorów.
Sanders to raczej demokrata z czasów Roosevelta,
przekonany do idei progresywizmu.
Jako radykała można go dziś przedstawiać
tylko dlatego, ze scena polityczna
w USA zdecydowanie przesunęła się
na prawo. Konserwatywni republikanie
stali się tak prawicowi, ze niemal przebijaj
a ścianę. Dzisiejsi demokraci to zaś dawni
liberalni republikanie. Po lewej stronie sceny
politycznej wytworzyło się wiec sporo
miejsca i to wlaśnie miejsce zagospodarowuje
Sanders.
Co będzie z jego nowego ruchu, który
jak przystało na socjalistę nazywał – „Nasza
Rewolucja”? Czy ponad 70-cio letni
polityk będzie w stanie nadal skupiać
na sobie uwagę i przyciągać ludzi
młodych?
Początki trudno uznać za udane. W dniu
oficjalnej inauguracji nowego ruchu od senatora
z Vermont odwróciło się wielu jego
bliskich współpracowników. Powodem jest
miedzy innymi podatkowy status nowej organizacji
(tzw. 501 (c)(4), który będzie pozwala
l jej na zbieranie dużych donacji ze
źródeł, które mogą pozostać anonimowe.
Dla wielu zwolenników Sandersa decyzja
ta to sprzeniewierzenie się ideałom z czasów
kampanii wyborczej podczas której
senator głosił, ze nie będzie brał pieniędzy
od wielkiego biznesu i miliarderów.
Niesnaski wywołała również osoba nowego
szefa, Jeffa Weavera, który na co
dzień ma kierować „rewolucjonistami”,
pozostawiając Sandersowi role przywódcy
duchowego. Weaver to były szef kampanii
senatora z Vermont, który według wielu jego
przeciwników nie sprawdził się, marnuj-
ąc pieniądze na telewizyjne ogłoszenia,
zamiast inwestować w bezpośrednie docieranie
do wyborców.
Sam Sanders zraził tez niektórych swoich
zwolenników popierając ostatecznie
kandydaturę Hillary Clinton, którą wcześniej
zacięcie zwalczał. Zaskoczeniem był
tez fakt, że zaraz po zakończeniu własnej
kampanii wyborczej senator za 600 tyś. dolarów,
kupił sobie nowy dom w Vermont,
w pobliżu malowniczego Lake Champlain.
W gruncie rzeczy są to jednak drobne
sprawy, które „Naszej Rewolucji” raczej
nie utraca. Nowy ruch polityczny może
przetrwać jeśli będzie angażował się w bie-
żącą politykę i próbował aktywnie wspierać
kandydatów bliskich jego ideałom, buduj-
ąc w ten sposób podwaliny pod przyszłą
kampanie prezydencką.