Piątek

 
Polskie chamy wyraźnie się pod rządami PiS-u rozbestwiły. Nabrało tałatajstwo po „pińcset za dziecko” (jak z wyższościową ironią czy raczej yroniom wymawiają elietarni nowowarszawiacy rodem z Bielawy), wsiadło w graty i hajda nad Bałtyk wypoczywać z bachorami. Toż już płakała Agata Młynarska, że jogi w spokoju nie może uprawiać na hotelowym tarasie, bo jej czerń polska widoki psuje. To i Becia Tadla (ta od czytania z telepromtera „Wiadomości” i zgrywusa od pogody Kreta) czy Jaruś Kuźniar (nowowarszawiak z Bielawy) oraz Lisa Tomasza „Newsweek” pomstowali, że wsiowe i prowincjonalne zamiast siedzieć na kasach w „Biedronkach” z pampersami na tyłkach, zaśmiecają wydmy bałtyckie, przeszkadzając elicie warszawsko-krakowskiej, przyrodzonym panom Polski, wypoczynek.

 
Ale tłuszcza polska, rozbezczelniona pod rządami Jarosława Kaczyńskiego, nie słucha. Czas więc na mocniejszą mowę. Zabrała się za nią niejaka Joanna Konieczna, jak sama pisze o sobie „certyfikowany (TROP/Polskie Towarzystwo Psychologiczne) coach i trener z dwudziestoletnim doświadczeniem w biznesie, organizacjach publicznych i pozarządowych. Pracuje również z klientem indywidualnym. Specjalizuje się w budowaniu zaangażowania, rozwijaniu talentów, przeprowadzaniu przez kryzysy, wdrażaniu mniej popularnych rozwiązań biznesowych, mediach tradycyjnych i społecznościowych oraz zmianach na poziomach: osobistym, organizacyjnym, społecznym Pracuje w oparciu o sokratyczną metodę nauczania, dyskusji i argumentacji, po której – jej zdaniem – ludzkość nie wymyśliła wiele więcej w zakresie coachingu, poza umiejętnością sprzedaży”. Uff, długie, choć to nic przy życiorysie prezesa TK Rzeplińskiego, które na oficjalnej stronie Trybunału czyta się chyba z pół godziny.

 
„Pobudka, chamie” walnęła z grubej na pewno, nie wiem czy „sokratycznej” – rury tytułem Konieczna Joanna. Dalej, jeszcze lepiej:

 
„Piszę do Ciebie bez najmniejszej nadziei na przeczytanie. Przecież Ty nie trudzisz się literowaniem – cyfry na banknotach to wystarczająca lektura. Nie, nie te na pasku z księgowości – zachłanne paszcza rząda, żeby jej dać. A jak już się nażre i napije, to zaśnie (…) Powiem Ci, ludzie słusznie oburzony, któryś się właśnie dorwał do rogu, że te piękne elity najpierw musiały kilka szkół skończyć i cieżko się narobić, żeby do towarzyskiej śmietanki dostać. To często Twoi sąsiedzi, którym się chciało zajrzeć do książek, podczas kiedy Ty gapiłeś się w telewizor. Uczyli się języka, nie tylko umiłowanego ojczystego, żeby poglądy wyrobić nie na sieczce serwowanej w Wiadomościach, ale na przeglądzie światowej prasy. Na studiach balowali, ale na nie dotarli, a często ukończyli, pracując na stażach, żeby świecić CV, a nie oczami. Co bardziej rozpustni kończyli kolejne szkoły, żeby zdobywać doświadczenie i móc zarabiać większe pieniądze na podróże dalsze, niż do najbliższego centrum handlowego. Pracowali, pracują, mają.

 
A Ty, chamie odurzony wyborczym zwycięstwem, jak zwykle pierwszy dostaniesz w dupę. Elity każdej władzy wezmą swoje i zdążą zawinąć łupy, zanim Ty się ockniesz, że znowu były jakieś wybory. Zostawią dziurawe ulice, brudne domy, unijna kasa przestanie ciurkać, a co więksi gracze biznesowi przeniosą się do mniej sfrustrowanego kraju. Na przykład na Litwę. Pobudka, rodem z Barei, będzie bolesna. Najbardziej dla Ciebie, leniwy chamie…”.

 
Piękny obrazek polskiej elitki zapisany w portalu polskich Ubermenschów, NaTemat. pl Tomasza Lisa. Więcej takich świadectw potrzeba, więcej. A PiS będzie rządził nie cztery, ale może i dwanaście lat…

 

Sobota

 
Gdy dotknąłem tylko przekrojonego owocu z przydomowego oródka moich gospodarzy, pojawił się w powietrzu szybko przemieszczający się punkt. Mucha owocówka. Jakże to tak? – głośno zapytałem, bo w głowie nie mieści mi się szybkość reakcji owada. Wystarczyły przecież sekundy od przecięcia skórki i dotarcia do miąższu, a zaalarmowa istota już brała prawidłowy kurs na żer. Jakim cudem? Przez zapach czy jak? Ale przecież muszka jako taka, nie ma tak wysublimowanego zmysłu czy narządu jak choćby człowiek? Co mówię, każdy inny ssak stojący niżej w hierarchii. A jednak, ta latająca kropka w sekundy wykrywa co dobre i leci na spotkanie. Żyjątko, których tysiące, żyjące ja wiem, raczej godziny niż dni, a jednak…

 
To zupełnie jak kleszcze. Zahibernowane gdzieś w liściach czy na gałęziach, mimo chłodu, mrozu czy dżdżu. Tkwią dniami, tygodniami. I w tym momencie, gdy stworzenie żywe nadchodzi (a jaka jest szansa, że w całym lesie czy zagajniku przejdzie obok tego drzewa, pod tą właśnie gałęzią?) „odżywa” pod wpływem impulsu cieplnego i spada na żywiciela. Przecież nie ma oczu, nie widzi nadchodzącego, od zbliżenia obiektu do instynktownej reakcji znów może upłynąć sekunda, może dwie, jeśli nie jakieś ułamki. Jak to się dzieje?

 
A ponoć jeszcze żaden z gatunków muszek nie ma takich samych oczu czy tego, co tam odpowiedzialne jest za „widzenie” a dla nas ludzi jest oczyma. To brzmi zupełnie jak historia o tym, że nie ma dwóch takich samych płatków śniegu. Przecież tego nie da się sprawdzić – bo trzeba by przepatrzyć wszystkie „oczka” musze i płatki, a to niemożliwe. Więc jest jakieś, pewnie statystyczne, założenie. Skoro w danej próbce się nie powtarza, możemy to ekstrapolować na cały świat…

 
Muszki, płatki, kleszcze… po co o tym piszę? Bo nie chce mi się wierzyć, że to wszystko powstało z jakiegoś wielkiego bum, które potem przetworzyło się w kompilację gazów i chemikaliów o odpowiednich proporcjach, aby po ewolucjach – przez muszki i kleszcze – skończyć na tak skomplikowanym urządzeniu jakim jest człowiek. Nie, nie, naprawdę takie bogactwo, różnorodność i zatrzęsienie ilościowe z połącznia wody z czymś tam? Nie panowie superracjonaliści, to brzmi jak bujda na resorach. Nie trzyma się kupy, za tym musi kryć się Plan.

 

Poniedziałek z rana

 
„Świtać już zaczyna.
Jak zwykle, nie możesz wstać.
Znów do biura. Czeszesz pióra,
Pod nosem klnąc,
Zakładasz płaszcz”

 
-tak śpiewał niezapomniany „Oddział Zamknięty” w czasach mojej młodości. Nie, nie to, że zarabiać na chlebek dla rodziny się nie chce, bo trzeba. Ale w taki drobny sposób chciałem przypomnieć Drogim Czytelniczkom i Czytelnikom, że czasami „się nie chce”. Ale trzeba się przełamać i do roboty!