Dwadzieścia lat temu lato było mniej gorące. I na innym kontynencie. Dojrzałe owoce leżały w wysokiej trawie. Polski sierpień, o którym pisał poeta, był miesiącem ukojenia, miesiącem zbiorów. Nie miał w sobie nic z agresywności czerwca i lipca. Ale przeczucie jesieni. Więc i trochę melancholii. Spotkaliśmy się po dwóch latach. Ale właściwie pierwszy raz. Od razu się rozpoznając. Słowem. Dotykiem. W piwnicy, gdzie zrzucano węgiel, dokładnie osiem ton, odbywały się pierwsze, nieśmiałe próby zespołu, którego nazwę kilka lat później ktoś wypisze na budce telefonicznej. Stałeś odwrócony plecami. Zawstydzony obecnością publiczności, która domagała się występu. Przez niewielkie okna wpadały promienie słońca. Drobinki kurzu unosiły się w powietrzu. Miałam rzemyk na szyi. Kolczyk w nosie. I podarte jeansy. Jest tu jakaś knajpa w okolicy? – zapytałam. To kulawe zdanie było – być może – pierwszym, z wielostronicowego scenariusza, który dopiero mieliśmy napisać. Nic nie zapowiadało tego, co nastąpiło potem. Wspólnych marzeń. Wspólnych dążeń. Chlebów rozkrajanych. Pocałunków. Wschodów. Książek. Dni, które zamienią się tygodnie, miesiące i lata. Małe życie. O którym czasem myślę, że jest najlepsze z możliwych.

 
A to są nasze ulice, tutaj się kochaliśmy, to
jjest nasz akademik, nasza stancja, pokój, to tutaj
są strychy, na których czyniliśmy miłość.
A tam jest nasz park, ponieważ nie było

 
dla nas miejsca, więc nasza była ziemia, trawa
i przedmieścia, to jest to drzewo, ono na pewno
ma ślad. A tu leżeliśmy i tutaj rósł dziki szczaw,
który jadłem jak zwierzę, i tutaj jest kawiarnia,

 
w której piliśmy kawę, tanią, marną kawę, a tu piliśmy
wódkę, marną, dobrą wódkę. Legendarne miasto.
Jest most, przez który szedłem później, most lekki jak włos,
wiał wiatr i był listopad i czarna rzeka i niebo było jak węgiel,

 
miasto było czarne, zupełnie nie jak teraz, wszystko
było czarne i trzeba było otworzyć skórę, żeby ujrzeć kolor.

 
Miasto było czarne. Opalizujące deszczem. Przyklejone jak mokry liść. Do naszej skóry. Opuściliśmy je. Bez żalu. Zamieniając na większe. A potem jeszcze większe. I bardziej obce. Gdzie mówiono językami. Uśmiechano się częściej. Ale mniej szczerze. Gdzie powietrze miało inną fakturę. I zapach. Gdzie żyje się łatwiej. Bez zapuszczania korzeni. W poczuciu tymczasowości. Permanentnej możliwości zmiany. Która jednak nigdy nie nadchodzi. A może przeciwnie. Staje się codziennie. Przez co wydaje się czymś trwałym. Stałym.

 
W połowie sierpnia Nowy Jork cierpi na udar słoneczny. Robimy sobie okłady z wody i piasku. Plaże są szerokie i ciągną się kilometrami. Bez trudu znajdujemy miejsca niezakłócone człowiekiem. Ocean jest spokojny. My również. Usypujemy mandalę. Ze słów. Białe kamyczki układają się w dwucyfrową liczbę. Trudno uwierzyć w czas, który minął. Że to wszystko się nam stało. Że staliśmy się sobie. Wieczorem pijemy lawendowe drinki w towarzystwie przyjaciół. Wieczór jest jak przejrzały owoc. Ciężki. Słodki. Krótko przed północą za oknem słychać koci lament. Cecyl wrócił! – krzyczy K. A ja mu nie wierzę. Pewnie pomylił go z Panią Matką. Są tacy podobni. Ale to on. Syn marnotrawny. Powrócił z włóczęgi po trzech tygodniach. By świętować rocznicę rodziców- żartujemy. Chudy i brudny. Głodny. I stęskniony. Ceremonia powitalna nie ma końca. Łasi się do rąk. Stóp. Ociera. Wyciąga przednie łapy w kroku paradnym, który K. nazwał kiedyś kasztanką Piłsudskiego. I opowiada bez końca. Gdzie był. I z kim. W końcu zasypia, mrucząc i przeciągając się we śnie. Pochylamy się jak nad kołyską. W tle Młynarski śpiewa Brechtem:

 

Rozświetlały burz rozbłyski
Miłość naszą ileś lat
Raz ty brałaś swe walizki
To znów ja ruszałem w świat
Lecz pokój gdzie kołyski brak
Pamięta echa dawnych burz
I słów namiętnych do szaleństwa
Więc choć porażki pierwszej smak
Z twych warg uleciał dawno już
A z mych pierwszego smak zwycięstwa

 
Czy ty wiesz
Jedyna, czuła i najmilsza ma
Że ja od wschodu, aż do zmierzchu dnia
Wciąż bardziej cię kocham **

 

 

 

*Tomasz Różycki „Żarłacze i mątwy”.

 
**Wojciech Młynarski, „Piosenka starych kochanków”.

 
Napisz do autorki:
podwojnezycieweronikik@gmail.com