To już prawdziwa plaga z tym smartfonami na ulicach. Coraz częściej ktoś wchodzi na mnie albo pakuje mi się pod rower. I żadnych przeprosin, nic. Dalej gada, albo dalej coś ogląda w tymże smartfonie. Jakby nic się nie stało, jakby żadnego niebezpieczeństwa nie było. Wczoraj w ostatnim momencie ściągnąłem na chodnik dziewczynę z jezdni. Kierowca samochodu ledwie wyhamował z piskiem opon. A ona nic nie słyszała, bo miała słuchawki na uszach. I zamiast podziękować, spojrzała na mnie z pretensją nie wyjmując tychże słuchawek nawet na moment. Wymyślań zdenerwowanego kierowcy także nie słyszała. Poszła dalej nie świadoma, że mogła stracić życie. Wciąż patrzyła w ekran smartfona.

 
Ostatnio widziałem zabawną sytuację w Tompkins Square. Otóż pani pewnego dużego psa tak długo rozmawiała przez komórkę, że pies w pewnym momencie podskoczył i wytrącił ją z jej rąk. Potem porwał do pyska i usiłował pogryźć na drobny mak. Pani chciała mu ją zabrać, ale on uciekał coraz dalej i dalej. Pani biegła za nim, wołając rozpaczliwie, żeby wrócił i oddał, ale on wciąż uciekał, próbując rozbić komórkę o asfalt. Część przechodniów włączyła się do pościgu, część biła psu brawo, podziwiając jego determinację. Pani w ogóle nie wiedziała o co chodzi.

W tymże Tompkins Square poznałem pewną tajemniczą joginkę. Białą, subtelną, w moim typie. Uśmiechnęła się do mnie i zaprosiła, żebym usiadł koło niej na łące. Usiadłem, wymieniliśmy kilka zapoznawczych zdań, po czym rzekła – pomilczmy razem. I pomilczeliśmy ponad pół godziny. Dłużej nie mogłem. Kilka dni później znów się spotkaliśmy i znów pomilczeliśmy. Tym razem trzy kwadranse. Pod koniec milczenia wydobyłem z niej, że jest filozofką specjalizującą się w filozofii hinduskiej. Bardzo mnie to podnieciło, więc chciałem pogadać. Ale gdzie tam, znów nakazała milczenie. Przy trzecim spotkaniu na łące dowiedziałem się, że jest weganką. Zaprosiłem ją zatem na wodorosty do pobliskiej knajpki wegańskiej. Owszem skubnęła ich trochę, owszem popiła białą herbatą, ale przez cały czas milczeliśmy. Ona kręciła palcem loczki ze swych bujnych włosów, ja zaś próbowałem odgadnąć, o czym myśli. Było to niemożliwe, bo stawała się coraz bardziej nieobecna. Innym razem dała mi się zaprosić na mój ziołowy balkon. Niczego nie chciała jeść poza krakersami z rozmarynem. Miałem nadzieję, że tym razem wprowadzi mnie trochę w swoją filozofię.

 

Widoki roztaczające się z tegoż balkonu zdały mi się dobrą scenerią do tego, mimo ryku wozów strażackich i wycia karetek pogotowia. Nic z tego – siedzieliśmy w rytualnym już milczeniu, upajając się zapachem bazylii i mięty czekoladowej. Namówiłem ją jednak na degustację miodów z mojej kolekcji. Najbardziej przypadł jej do gustu tymiankowy. Po kolejnej porcji ciszy, przeszła się po mieszkaniu, popatrzyła na filmotekę, nagrania muzyczne i książki, także te filozoficzne, po czym stwierdziła dobitnie – one ci nie pomogą. Pomoże ci cisza i wejrzenie w siebie. Takie do dna. Odważne. Milczenie jest wszystkim – rzuciła mi na pożegnanie i ponownie wezwała do spojrzenia w głąb siebie. Do dna. Milczenie teraz rozważam, natomiast badać swych głębin nie zamierzam. Zwłaszcza do rzeczonego dna. Wolę obserwować innych ludzi a nawet zakochiwać się w niektórych.

Woody Allen – „Co z tego, że mamy XXI wiek i coraz lepsze techniczne cywilizacje, kiedy nie potrafimy dotrzeć do drugiego człowieka a rozwój emocjonalny i duchowy większości ludzi pozostaje na etapie kamienia łupanego”.

Michel Montaigne – „Wszystkie opinie świata godzą się co do tego, że przyjemność jest naszym celem”.
Okazuje się, że wciąż jestem bardziej naiwny niż powinienem. Idealizuję ludzi i widzę ich w korzystniejszych barwach niż niekiedy należałoby. Czas weryfikuje to postrzeganie zazwyczaj in minus. I wtedy czuję się zawiedziony, czasem nawet oszukany. Ale nie zawsze, bo zdarza się, że ktoś okazuje się z biegiem czasu kimś pozytywniejszym niż się spodziewałem. Odkrywanie tego jest miłe. Jednak nieczęsto tak bywa. Na ogół sprawdza mi się stwierdzenie, że nikt i nic nie jest takie, jakie się wydaje.

Nikt i nic we mnie nie umiera. Na mojej życiowej drodze pojawiło się kilka osób, które z zawiści, zemsty, czy braku dobrej woli uniemożliwiły mi kontynuowanie tego, co mi się udawało, czy było moim sukcesem. Niektórzy po latach mnie za to przepraszali, ale losu to nie odwróciło. Dziś jestem już uwolniony od zawodowych i ambicyjnych oczekiwań i usiłowań. Nie muszę też udowadniać, kim jestem, co mogę a czego nie.
Lansowanie siebie staje się celem samym w sobie.
Przybywa specjalistów od autokreacji. I nie dziedzina, w jakiej to robią jest ważna, tylko oni sami. Oni jako oni. Wierzą, że są najlepsi. A niech tam. Szkoda jednak, że nie mają zazwyczaj niczego istotnego do powiedzenia i zajmują się głównie sobą.
Wciąż nowe dyskusje o dawnych relacjach polsko-żydowskich. Rozpalają emocje, a jakże. Zatruwają stosunki międzyludzkie, powodując urazy i wzniecając podejrzenia. Kiedy mówi się o Polakach ratujących Żydów od zagłady, od razu Żydzi mówią o tych, którzy ich wydawali. I zaraz następuje licytacja. Trzeba gwoli prawdy pamiętać trzeba o jednych i drugich. Gwoli tejże prawdy, trzeba także mówić o Żydach, którzy wydawali Niemcom swoich rodaków i współpracowali z Gestapo. A jakoś Żydzi o nich nie mówią, albo niechętnie, chętnie natomiast mówią o tychże Polakach. Prawie nigdy nie wiedzą, że zginęło ich podczas wojny ponad trzy miliony. Zgadzam się, że trzeba pamiętać nie tylko o bohaterach, ale także o zdrajcach i szmalcownikach, nie wiem jednak, dlaczego to ma się odnosić tylko do Polaków, a nie również i do Żydów.
Po co biednej wciąż Polsce takie dublowanie władzy jak obecne gabinety prezydenta i premiera? Najwyższa już pora, bez oglądania się na tradycję i Europę, przejść na system amerykański. Prezydent i jego ludzie biorą władzę na okres kadencji i odpowiadają za swoje decyzje czyny. Sejm i Senat trzeba by zmniejszyć co najmniej o połowę. Ławy sejmowe świecą zbyt często pustkami, co wyraźnie wskazuje na fakt, że zasiada w nich niemało darmozjadów. Poziom umysłowy wielu z nich pozostawia wiele do życzenia. W Senacie też nie jest lepiej.
Zdumiewająca jest w polskich mediach potrzeba pogromów, nokautowania, miażdżenia, masakrowania i zaorywania. Jakże znamienna. Razi szczególnie w mediach prawicowych i proPiSowskich. Pisałem już o niej i piszę ponownie, ponieważ zjawisko to się nasila. Bez zmasakrowania i zaorania ani rusz. „To jest pogrom! Nowy sondaż TNS Polska: PiS wyraźnie dystansuje partie opozycyjne” – cieszy się portal „wPolityce”. „PiS nokautuje w sondażu” – triumfuje „Niezależna. pl”. Tygodnik „Do Rzeczy” oznajmia radośnie, iż Rafał Ziemkiewicz „masakruje Lecha Wałęsę”.
Już coraz mniej we mnie cierpliwości do wszystkiego.
„Góralu, czy ci nie żal?” – Nie.