Czeslaw Karkowski - Na Emigracji

Czeslaw Karkowski – Na Emigracji

Uchodźcy? Banici? Wygnańcy? Emigranci polityczni czy zarobkowi? Za chlebem, czy za wolnością?

Czesław Karkowski w swojej najnowszej i najambitniejszej książce „Na emigracji” – dziele życia w podwójnym znaczeniu – mało poświęca uwagi tym dominującym w debatach o emigracji rozróżnienieniom. Jego zasadniczym tematem nie są przyczyny skłaniające ludzi do opuszczenia rodzinnego kraju, a wpływ tej radykalnej zmiany na przebudowę osobowości emigranta. W podrozdziale „Nieważne racje” autor pisze: „Poznawczo emigracja na pewno była i jest „darem“ bezcennym. Poszerza horyzonty, pozwala widzieć siebie, własną kulturę, Polskę wreszcie, w innym świetle. Nie staliśmy się bardziej Amerykanami. To niemożliwe, ale staliśmy się lepszymi Polakami, w tym sensie, iż widzimy ostrzej, inaczej, z dystansu; innymi słowy – z zewnątrz kraj, który nas formował.”

Filozof, historyk sztuki, tłumacz z wielu literatur, Czesław Karkowski tezę o emigracji jako katalizatorze duchowych transformacji wspiera przykładami z jej odwiecznych dziejów: od Abrahama, Odyseusza i Owidiusza, Dantego i Goyi, do uciekinierów spod nazistowskich i komunistycznych reżimów, a wśród tych ostatnich wielu osób znanych jemu – i zapewne niejednemu czytelnikowi tej książki – osobicie. Nie pamiętamy (ja), że Abraham był emigrantem. Autor, świetny animator dawnych bohaterów, przypomina, że kiedy Bóg nakazuje Abrahamowi wyjść z ojczyzny przodków i udać się do wskazanego mu miejsca, „Abraham nie pojmuje sensu tego wezwania, ale posłusznie emigruje, dystansując się tym coraz bardziej od lokalnych (pozostawionych za sobą) zwyczajów, sposobów myślenia, wierzeń. Stopniowo otwiera się przed nim nowy świat, którego oczywiście nie rozumie, ale za to coraz lepiej rozumie swoją wewnętrzną rzeczywistość.” I dalej: „Mieszkaniec świata, wolny od partykularyzmów, lokalnych uprzedzeń. Staje się człowiekiem uniwersalnym.” Innym emigrantem, nie z nakazu czy przymusu, możnaby powiedzieć nałogowym, jest „wiecznie głodny wiedzy, poznania, nienasycony, niespokojny, nieustannie w drodze” – Odyseusz. Jedna się z bogiem Posejdonem, aby móc wreszcie wrócić do Itaki – gdzie natychmiast planuje kolejny wyjazd. Wielu w emigracyjnej izolacji tworzyło swoje wielkie dzieła. Dante, na wygnaniu z ukochanej Florencji, dał nam czyściec jako metaforę emigracji, konieczny w jego wizji etap przed powrotem do wiecznego domu Ojca.

Losy bliższych nam historycznie emigrantów są naturalnie mniej mityczne i rzadko kończyły się zadomowieniem w spokojnej przystani, choć wiele owocowało wybitnymi osiągnięciami w nauce, sztuce i innych dziedzinach twórczej pracy. O emigracji Polaków po Powstaniu Listopadowym pisze Karkowski, że była gorzką lekcją, mimo że dała polskiej kulturze wielką poezję i wielką muzykę Chopina. Twierdzi też, że choć emigranci wojenni, z lat 1939-45, czuli się spadkobiercami tamtej Wielkiej Emigracji, że nostalgię i pracę na rzecz odzyskania wolnej Polski uważali za swoją główną rację bytu na obczyźnie, życie zmuszało ich do rezygnacji z romantycznych ideałów. „W środowisku tym”, pisze autor Na emigracji, „dominowała raczej gorycz, zmęczenie i rezygnacja, niepokój o przyszłość.” Opinia ta, jeśli nawet w pewnej mierze słuszna, może budzić sprzeciw. Przecież zmęczenie, i gorycz – jakże uzasdniona u ludzi podle zdradzonych przez historię i jej mocodaców – mogły współistnieć z wiernością dla wysokich wartości, romantycznych, a polski romantyzm nigdy nie był sielankowy. Kontrastują z tą uogólnioną opinią liczne w tej książce portrety osób poznanych przez autora: wojaków, działaczy politycznych, uczonych, artystów, dziennikarzy. Pisał już o nich Karkowski w książce o nagrodach Fundacji imienia Alfreda Jurzykowskiego, tu powracają rozsiani wśród medytacji filozoficznych i oszczędnych relacji z własnej emigracyjnej wędrówki. Wypełniają znaczną część indeksu nazwisk, wszyscy godni wysokiego uznania: Wacław Jędrzejewicz, Feliks Gross, Witold Korsak, Karin Falencka, Felicja Krance, Jerzy Główczeski, Zdzisław Bau, Ryszard Mossin, Wiesław Domaniewski, Klara Karpińska, Halina Janiszewska, Kazimierz Wierzyński, Józef Wittlin, starzy Polonusi Henryk Archacki i Jan Pateracki – nazwiska wyrwane z długiej listy odchodzących w niepamięć bohaterów i bohaterek polskiej emigracji w U. S. A.. Bliżej: Elżbieta Czyżewska, Roman Markowicz, Jerzy Kosiński, Anna Frajlich, Janusz Głowacki, cała plejada nowszych przybyszów z kraju, tyleż uchodźców, co wyznawców wiary w American Dream. Z licznych zrozumiałych względów góruje tu człowiek-opoka, Bolesław Wierzbiański, założyciel i redaktor naczelny Nowego Dziennika, wieloletni zwierzchnik autora. Dodałabym od siebie sporą liczbę nazwisk, profesorów i profesorek, pisarzy i pisarek, na czele z Danutą Mostwin, wspaniałą kronikarką losów polskich emigrantów; tych dawnych „za chlebem” i z własnego wojennego pokolenia.
O sobie Czesław Karkowski mówi oględnie, pomiędzy eseistycznymi medytacjami w stylu Montaigne’a i Kierkegaarda, a opowieściami, we własnym czystej próby stylu, o emigrantach zapisanych w historii i pozostawionych na jej marginesach. Nie przedstawia siebie jako osoby pokrzywdzonej, tam czy tu, jakkolwiek strome były dla niego szczeble kamiennej drabiny (tytuł jednej z jego powieści) w nowojorskiej metropolii. Jest emigrantem „solidarnościowym”, a więc należy do tej kategorii uchodźców, której ani nie groziły wyroki śmierci w kraju, ani nie budziła współczucia u Amerykanów wrażliwych na cierpienia przybywających z Polski ofiar antysemityzmu.

Usunięty z pracy asystenta na wydziale filozofii Uniwersytetu Wrocławskiego, wraz z usuniętą z pracy w sekcji sportowej wrocławskiej telewizji żoną Julitą, oraz nieświadomym usunięć psem Supłem – trzydziestotrzyletni Czesław Krakowski wyruszył małym fiatem 126p na Zachód, do Berlina. Nikt tam na nich nie czekał, prawie nie znali niemieckiego, jechali – jak mawia Julita – na chrapy. (Łatwo się domyślić, że Supeł będzie problemem przy szukaniu mieszkań.)

Etap berliński autor opisuje w lżejszym tonie niż kolejne części książki: młodość, przygoda. W Berlinie przeżyli dobrze wspominane blisko trzy lata, stworzyli tam, z pomocą nielicznych, znakomity jak na ówczesne warunki tygodnik Pogląd. Historia to mało, także mnie, znana – a jakże fascynująca! Ale każdy czytelnik, niekoniecznie emigrant, znajdzie tu miejsca szczególnie dla siebie interesujące, nowojorskie pokoiki, pięterka, ulice i parki, po których biegał pan Karkowski i gdzie spotykał legendy. Instytut Piłsudskiego, Nowy Dziennik z redagowanym przez Julitę Karkowską Przeglądem Polskim (sznur gości z Kraju!), Polski Instytut Naukowy, redakcja Radia Wolnej Europy… Wbrew obecnej modzie, autor nie porusza spraw ściśle osobistych, ledwie napomyka o rozstaniu z Julitą i powtórnym małżeństwie. Chwała mu za to!

Czytelnik tej olśniewającej bogactwem myśli i portretów książki nie znajdzie tu teorii emigracji. Taka teoria, twierdzi autor, nie jest możliwa, każdy los emigranta jest inny, inne są okoliczności po obu stronach granicy, inne cechy charakteru uchodźcy, odporność psychiczna, więzi społeczne lub ich brak w nowym środowisku. Inne początki i inne zakończenia, sukcesy i klęski. Zarazem elementy wspólne, jak nieunikniony zamęt poczucia tożsamości, niepewność własnych ocen czy, przeciwnie, skłonność do ferowana ostrych opinii. Wiele tu paradoksów, z którymi Czesław Karkowski się boryka, sam z sobą prowadząc dialog, czym skłania czytelnika do uczestnictwa w tej rozmowie na tak wszystkim nam bliski temat. Mnie korciłaby rozmowa o nostalgii. Autor jest jej przeciwny i kilkakrotnie ten wątek porusza. Przypomina XVII-wieczną definicję nostalgii jako choroby umysłowej, po czym przyznaje, że w XX wieku tę diagnozę usunięto z podręczników medycznych, a niektórzy psycholodzy społeczni dostrzegli pozytywne aspekty nostalgii, pomocne w zapewnieniu ciągłości między przeszłością a teraźniejszością. Niemniej jednak, Czesław Karkowski uważa, że emigrantom nostalgia przeszkadza w adaptacji do nowej rzeczywistości, a w wersji zakładającej wrodzoną więź z ziemią i krwią może mieć destruktywne skutki. „Nie znoszę tego XIX-wiecznego emocjonalizmu,” pisze autor „podszytego tanim szowinizmem. Ilu wysłał na śmierć? Ilu złamał życie?” A ilu, wtrącam od siebie, tęsknota za domem rodzinnym, do irytujących Czesława Karkowskiego „leśnych pagórków”, pomagała przetrwać obozy, biedę i morderczą pracę w obcym kraju, traconą wiarę w sens życia?

Więc i tak – i nie. Niech góral tęskni do stron ojczystych, ale niech się tą tęsknotą nie upija. A zresztą, góral po ośmiu godzinach lotu jest już u swoich, jakkolwiek on ich widzi, a oni jego. Może przestał być emigrantem i stał się ekspatem, jak zaczyna teraz myśleć o sobie autor Mojego Metropolitan i Iliady współczesnej? Jednym z tych, co nie czują już potrzeby powrotu. Obywatelem świata, który czasem śni po polsku. I po polsku pisze wiersze, powieści, wspomnienia…

Czesław Karkowski pisze coraz lepsze książki, coraz głębiej sięgające w istotę własnego i uniwersalnego człowieczeństwa. Bo Na emigracji jest nie tylko o emigracji.

Joanna Rostropowicz-Clark

Czesław Karkowski: Na emigracji. Nowy Jork 2016, s. 451. Książka dostępna w księgarni internetowej Amazon, www.amzn.to/2dPW2Ff