W Polsce upowszechnia się przekonanie, że wszyscy jesteśmy równi pod każdym względem. W praktyce oznacza to przeświadczenie, iż wszyscy jesteśmy jednakowo zdolni, jednakowo mądrzy, mamy jednakowe żołądki i potrzeby. Niebezpiecznie jest zapytać, czy wszyscy mamy aby jednakowe głowy? Wzorem Zachodu upowszechnia się także wychowanie bezstresowe. I w domu, i w szkole. Szkoła ma być przede wszystkim przyjemna. Obowiązuje minimalizm. Im mniej wymagań, tym lepiej. Wiedza maturzystów jest niewielka, znajomość zasad dobrego wychowania żadna. Niewiedza nie przynosi wstydu, kanonu już nie trzeba znać. Mimo wieloletniej nauki religii, znajomość Starego i Nowego Testamentu jest wciąż na żenującym poziomie. O innych religiach niż katolicka nikt nie ma bladego pojęcia. Mitologii też nie zna już nikt. O nauce historii kultury światowej i historii kultury polskiej rozmawiam podczas wywiadu z każdym kolejnym ministrem kultury i za każdym razem słyszę, że to wspaniała idea i że będzie wcielona w czyn w porozumieniu z Ministerstwem Edukacji. A tych przedmiotów, jak nie było w szkołach, tak nie ma. Zajęcia plastyczne i muzyczne w szkole podstawowej, to jednak nie to samo. W rezultacie rośnie nam kolejne pokolenie kompletnie niewychowane dla kultury. Do nauki z prawdziwego zdarzenia także nie. Oczywiście są wyjątki, ale jakże nieliczne. Tym bardziej więc cieszę się, kiedy widzę młodzież studencką szturmującą kasy z wejściówkami do teatru i filharmonii. I jeśli nie ma wolnych miejsc, pokornie stoi ona pod ścianami widowni lub po prostu siedzi na podłodze. Bywa nawet, że i na proscenium. Sam w młodości obejrzałem w ten sposób niejedno przedstawienie i wysłuchałem niejednego koncertu. Piszę o tym wychowaniu dla kultury po raz n-ty, gdyż boli mnie akulturalność olbrzymiej części społeczeństwa polskiego, poprzestającego li tylko na kulturze masowej. Ciekawe, co robią po studiach absolwenci kulturoznawstwa, które jest na wielu uczelniach? Przecież to oni mogliby nauczać tejże historii kultury!

^

Niektórzy uważają, że Maria Peszek jest nie tylko kultową piosenkarką, ale także i kultową poetką. Oto próbka jej twórczości:

„Hujawiak” –
„Poliż mnie, i’m polish,
albo jeśli wolisz,
możesz mnie posolić,
albo wymiętolić.
(…)
Nie wiem, szukam,
w różne drzwi pukam.
Puk puk, fuck fuck,
fuck you, how do you do?
(…)
Chodzę, pukam,
pukam i fukam,
fukam i fuckam,
pójdę po rozum do krowy.
(…)

Każda zwrotka, poza ostatnią, powtarza się trzy razy. Czy to jest poezja? Jakie niesie przesłanie?

^

Dyskusjom i sporom politycznym nie ma w Polsce końca. Nienawiść dochodzi do zenitu i to we wszystkich opcjach. Platformiarze nie wyciągnęli żadnych wniosków ze swej przegranej. Natomiast głośna ostatnio Niezależna jest partią bez żadnego programu. Obie potrafią tylko torpedować PiS, nie proponując ze swej strony niczego kreatywnego. Obie partie uprawiają opozycję dla samej opozycji. I to w sytuacji, kiedy ich notowania w sondażach jasno wykazują, że obecnie nie mają najmniejszych szans na przejęcie władzy. KOD jest formacją nastawioną li tylko na obalenie PiSu. Jej przywódca to ćwierćinteligent. PiS natomiast nie umie zjednać sobie tych, którzy nie są jeszcze politycznie zdecydowani, począwszy od osób, które uważane są za autorytety w różnych środowiskach. Mało tego, członkowie i liderzy tej partii są najgłębiej przekonani, że tylko jej zwolennicy są prawdziwymi Polakami i prawdziwymi patriotami. Ciekawe, czy następne pokolenie wyda z siebie polityków, którzy nie będą radykałami, tylko trzeźwo myślącymi ludźmi kompromisu? Na razie nie widzę wśród młodych ludzi kandydatów na wybitnych przywódców, ale może się mylę. Oby.

^

W Pałacu w Radziejowicach oglądam wystawę pejżaży Józefa Chełmońskiego. Bardzo lubię tego malarza, większość jego obrazów wciąga mnie w głąb. Mimo, że obcuję z nim na codzień, w nowojorskim Instytucie Piłsudskiego, stale widzę w jego dziełach coś nowego. Działa na mnie przestrzeń wykreowana na płótnach i uwieczniony na nich polski duch. Onegdaj chciałem zwiedzić dworek malarza w Kuklówce, ale obecni właściciele poszczuli mnie psami.

^

Nałęczów po razy n-ty. Przelotem do Kazimierza. Razem z przyjaciółmi Bożeną Krzyżewską i Markiem Latoszkiem. Piękny park rozmarza mnie jak zawsze. Trawy niemal tak wysokie jak ja. Wszak jest tu czarnoziem. Ożywają w pamięci klechty domowe o przodkach ze strony mamy, którzy z tej ziemi się wywodzili. I o Eugenii Glasse, która przybyła tu z dalekiej Francji i poślubiła seniora rodu Wojciechowskich. Ożywają wspomnienia o wywodzącym się z tegoż rodu Aleksandrze, zamordowanym przez Niemców w Wąwolnicy, o szwagrze babci Marii – Andrzeju Grzywaczu, działaczu AK zamęczonym w Mauthausen i o samej babci, mamie mamy, zwanej w Nałęczowie Manią Leśniczanką, jako że jej tata, a mój prapradziadek był tu leśniczym. Po I-ej wojnie zginął na Wołyniu z rąk Ukrainców, kiedy zagospodarowywał tamtejsze lasy. Przypominają się wspomnienia o Prusie i Żeromskim snute przez prababcię Agnieszkę Wojciechowską, która dobrze znała obu pisarzy i ich żony. W tymże Nałęczowie bardzo polubiłem pracownię pisarską Żeromskiego, zwaną Chatą. Zaprojektował ją w stylu zakopiańskim Jan Koszczyc-Witkiewicz, nadając jej idealne proporcje. Chciałbym mieć taką pracownię. Na dole urządziłbym salon do przyjmowania gości. Z wódeczką, a jakże, na piętrze zaś zastanawialnio-pisalnię. Tam nikt nie miałby wstępu, poza moją wyobraźnią. Tam też zanurzałbym się w ciszy lub słuchał ulubionych kompozytorów. Tam napisałbym może w końcu to, najbardziej mi w duszy gra.

^

W moim dziecięcym Świdrze – Michał Elwiro Andriolli i w rodzinnym Nałęczowie moich przodków – też Andriolli. Tu jest pochowany. Obok leży część moich przodków. To połączenie jedną osobą Świdra i Nałęczowa odczuwam jako zadanie dla siebie. Tylko, że w Świdrze już nic po nim nie zostało. Nawet zaprojektowane przez niego świdermajery przestały istnieć lub dogorywają. O świdermajerach rozmawiam w Otwocku z Hanią Szymańską, koleżanką z liceum, działająca dzisiaj na rzecz tego miasta. Jestem pesymistą, zatem nie sądzę, że te świdermajery przetrwają. Ale trwa akcja, żeby ratować te, które jeszcze wegetują. Może uda się je pokazać na fotograficznej wystawie w Nowym Jorku przygotowanej przez Tomasza Brzostka. Sam mam też sporo zdjęć umierających świdermajerów.

^

W Kazimierzu Dolnym nad Wisłą odwiedzam ze wspomnianymi przyjaciółmi Kasię Siemińską, architekta wnętrz, absolwentkę poznańskiej rzeźby i wdowę po zmarłym niedawno malarzu Andrzeju Siemińskim. Pogodziła się z wolą Najwyższego i słucha jego rozkazów. Szczęśliwa istota. Ta jej symbioza z Bogiem jest iście imponująca. Uwielbiam słuchać o jej przygodach z nim. Odczuwam brak Andrzeja. Na tle Kazimierza dobrze nam się milczało wśród jego obrazów. Niektóre z nich wiszą wokół mnie.

^

C. K. Norwid – „Przeszłość to jest dziś, tylko cokolwiek dalej”.