Foto: SSGT RICKY A. BLOOM, USAF

Foto: SSGT RICKY A. BLOOM, USAF

Wielu Polaków pamięta słowa generała Władysława Skrzypczaka, że wojska rosyjskie mogą w ciągu dwóch dni wkroczyć do Warszawy.

Generał musiał wiedzieć, co mówi, ponieważ był dowódcą sił lądowych w latach 2006 – 2009. Te osławione słowa wypowiedział już w stanie spoczynku, za rządów koalicji PO-PSL, po katastrofie smoleńskiej, i po napaści Rosji na Ukrainę.

Rząd PiS poważnie odniósł się do ostrzeżenia tak kompetentnego wojskowego. Po raz pierwszy od lat Ministerstwo Obrony Narodowej wyda na zakup sprzętu wojskowego wszystkie pieniądze przeznaczone na ten cel w budżecie. A w tych dniach przyjął projekt ustawy o powołaniu Wojsk Obrony Terytorialnej.

Od dwóch lat Polska oficjalnie przeznacza na obronę kraju fundusze w wysokości 2 procent dochodu narodowego, jaki osiągnęła w ubiegłym roku. Jedną piątą tych środków powinno wydawać się na zakup nowego uzbrojenia. W tym roku będzie tego siedem miliardów złotych na realizację podpisanych już umów lub umów na etapie kończenia negocjacji.

Polska od 15 lat przeznaczała na opłacanie obrony narodowej 1,95 procenta dochodu narodowego. Po przejęciu władzy przez rząd PO-PSL na jesieni 2007 roku, ta zasada była co roku łamana. Kiedy ówczesny minister obrony narodowej Bogdan Klich chciał ją realizować, to premier Donald Tusk spytał go na posiedzeniu rządu „na jaką wojnę wybiera się minister obrony?” Sygnał był jasny – oszczędza się na wojsku, żeby było więcej na inne cele. I oto w 2008 r. wydano prawie trzy miliardy złotych mniej niż zaplanowano. W roku następnym prawie dwa miliardy. W roku kolejnym pół miliarda itd., a w roku 2013 wydano mniej o 3,3 miliardów złotych niż przewidział plan. Ogółem w całym tym okresie wydano na modernizację Wojska Polskiego ponad 13 miliardów złotych mniej. Te niewydane środki były przewidziane na sprzęt. Natomiast wydano wszystko, co zaplanowano na bieżące utrzymanie armii, w tym płace i emerytury.

Sytuacja była tak zła, że w styczniu ubr. roku grupa żołnierzy wystąpiła z listem, gdzie pisze: „III Rzeczpospolita Polska w swojej 25-letniej historii nigdy dotąd nie była w stanie tak wielkiego i realnego zagrożenia, nie ukierunkowanego jedynie zza wschodniej granicy, ale także – po obserwacji tego co dzieje się w sojuszniczych krajach zachodniej Europy – niebezpieczeństwa wewnętrznego” i dodają, że przez ostatnie dwie kadencje Sejmu „koalicja rządząca doprowadza do sukcesywnej degradacji Wojska Polskiego, jednocześnie ukazując propagandowe „sukcesy” w świetle jupiterów”. A tymczasem: „polska armia pozbywa się wykształconych fachowców, wybitnych specjalistów oraz prawdziwych żołnierzy doświadczonych na polu walki” na misjach zagranicznych. „Wojsko Polskie z roku na rok staje się coraz słabsze i papierowe – mamy blisko 23 tys. oficerów, 41 tys. podoficerów i tylko 33 tys. szeregowych!” I dodają, że 90-tysięczna polska armia „ma więcej generałów w służbie czynnej od armii II Rzeczpospolitej Polskiej, choć wówczas dywizji było dziesięć razy więcej, niż obecnie.” Tym sposobem Wojsko Polskie rząd PO-PSL zamieniał w coś w rodzaju funduszu socjalnego dla wojskowych.

Obecny rząd PiS znalazł się w ogniu krytyki partii opozycyjnych z powodu zakończenia rozmów z francuskim AirBusem w sprawie dostawy śmigłowców Caracal za kwotę 13,5 miliarda złotych. Opozycja twierdzi, że opóźni to zakup sprzętu dla polskiego wojska zapominając, że PO będąc u władzy dopuściła się wielkich zaniedbań. A tymczasem już w przyszłym roku wojska specjalne dostaną nowe śmigłowce bojowe i maszyny do misji ratowniczych. To stanowi trzyletnie przyspieszenie programu wyposażenia wojsk w śmigłowce. Dlatego Zbigniew Kuźmiuk (PiS) oceniając powyższą sytuację mógł zarzucić krytykom rządu brak wiarygodności, mówiąc, że „poprzednia koalicja PO-PSL przez osiem lat rządzenia nie wydała na modernizację armii aż dwóch rocznych budżetów przeznaczonych na ten cel.”

W tych dniach rząd PiS przyjął projekt ustawy o utworzeniu samodzielnych Wojsk Obrony Terytorialnej, podległych ministrowi obrony, a nie dowództwu generalnemu. Mają one współpracować ze „zwykłymi” wojskami operacyjnymi, a także prowadzić działania antykryzysowe i anty-terrorystyczne. W każdym z ponad trzystu powiatów ma znaleźć się kilkuset wyposażonych i wyszkolonych żołnierzy WOT. Pierwszeństwo naboru mają członkowie organizacji paramilitarnych i absolwenci klas wojskowych w szkołach. Po trzech latach służby w WOT żołnierze ci będą mieli pierwszeństwo przy powoływaniu do zawodowej służby wojskowej. Czas służby w WOT ma wynosić od roku do sześciu lat, z możliwością przedłużenia o kolejny okres. Żołnierzom WOT przysługuje wynagrodzenie takie samo, jak rezerwistom powołanym na ćwiczenia wojskowe. Też dostaną comiesięczny dodatek „za gotowość bojową”. Będą przetrzymywać w domu ekwipunek wojskowy i umundurowanie. W roku 2018 ma być 35 tysięcy żołnierzy WOT, a docelowo ponad 50 tysięcy w roku następnym. Z rozkazu szefa MON a czele nowych wojsk stanął pułkownik Wiesław Kukuła, dotychczasowy dowódca jednostki komandosów.

Opozycja zarzuca Antoniemu Macierewiczowi, że bezpośrednio podporządkowując sobie Wojska Obrony Terytorialnej tworzy swą „prywatną armię”. Owszem, nowe wojska mają taki potencjał, skoro pierwszeństwo naboru mają związani ideowo z PIS członkowie grup rekonstrukcyjnych Żołnierzy Wyklętych. Ich znakiem rozpoznawczym będzie głowa wilka w nawiązaniu do wiersza „Wilki” Zbigniewa Herberta. A czy WOT zostaną użyte jako „prywatna armia” ambitnego ministra, należy wątpić, ale ostatecznie będzie zależeć to od rozwoju sytuacji w kraju.