Calcinardi - wizja Św. Anieli Merici

Calcinardi – wizja Św. Anieli Merici

Bracia: Modlimy się stale za was, aby Bóg nasz uczynił was godnymi swego wezwania i aby z mocą wypełnił w was wszelkie pragnienie dobra oraz działanie wiary. Aby w was zostało uwielbione imię Pana naszego, Jezusa Chrystusa – a wy w Nim – za łaską Boga naszego i Pana Jezusa Chrystusa.

W sprawie przyjścia Pana naszego, Jezusa Chrystusa, i naszego zgromadzenia się wokół Niego prosimy was, bracia, abyście się nie dali zbyt łatwo zachwiać w waszym rozumieniu ani zastraszyć bądź przez ducha, bądź przez mowę, bądź przez list, rzekomo od nas pochodzący, jakby już nastawał dzień Pański.

2 Tes 1, 11 – 2, 2

Zapewne każdy z nas spotkał w swoim życiu smutasa. Kto to taki? Ktoś kto nie potrafi się cieszyć i śpiewać radośnie nawet na przyjęciu weselnym. Ciągle jest niezadowolony, coś go uwiera coś mu się nie podoba, coś mu przeszkadza.

Najczęściej ktoś staje się smutasem, bo nie rozpoznał i nie zrealizował swego powołania. Mówimy nieraz „lekarz z powołania”, „kapłan z powołania” to znaczy, że z oddaniem wykonują swoją pracę, ona daje im zadowolenie i radość. Rzadziej, a może wcale nie mówi się „ojciec z powołania”, „żona z powołania”. A szkoda, bo to ważne, może najważniejsze powołanie. Uczciwe podążanie drogą swego powołania, staje się źródłem radości życia. A zatem rozpoznanie i wierność swemu powołaniu, to sekret ludzkiego szczęścia. Ale jak tu być szczęśliwym, gdy czujemy powołanie do małżeństwa, a zamiast dotyku ukochanej dłoni czujemy czterdziestkę na karku? Nawet, gdy tej dłoni nie czujemy teraz, to przecież spotykamy ludzi, którzy będąc w takiej sytuacji potrafia być szczęśliwi.

W tym cudownym i pięknym świecie jest tyle możliwości odnajdywania swego miejsca, sposobu życia, aby się nim zachłysnąć i dziękować Bogu za to że żyjemy. Oto kilka podpowiedzi gdzie można odnaleźć szczęście i rozpoznać swoje powołanie, nadające sens naszemu życiu. „Ta odrobina szczęścia, która pozwoliła nam mieć nadzieję, polega na pewności, że wyrządziliśmy największe dobro i najmniejsze możliwe zło sercu naszych przyjaciół” (U. Foscolo). „To, co najbardziej liczy się w życiu, to wprowadzenie chociaż odrobiny szczęścia do życia innych” (Powel). „Jestem szczęśliwy, że urodziłem się w czasach, w których jest tak wiele do zrobienia i wiele do wywalczenia” (F. Ozanam). „Jesteś bogaty, jeżeli masz to, co ci konieczne; wszechwładny, jeżeli jesteś panem siebie samego; mądry, jeżeli wiesz, co sprawia, że żyjesz dobrze; szczęśliwy, jeżeli żyjesz cnotliwie” (F. Rapisardi). Wpisywanie tego rysu powołania w nasze życiowe sprawy bywa trudne, ale za to szczęście jest pełniejsze, sięgające nieba.

Z pewnością takiej radości doświadczyła urodzona w 1474 r. we Włoszech św. Aniela Merici. Po śmierci rodziców zamieszkała z młodszym bratem u swego wuja. Zrezygnowała z dostatniego życia i w trzecim zakonie św. Franciszka poświęciła się służbie biednym i chorym. Pewnego dnia Aniela miała wizję drabiny łączącej niebo z ziemią i wstępujących po niej aniołów i młode dziewczęta. Ta wizja pomogła jej rozpoznać życiowe powołanie. W 1516 r. franciszkańscy przełożeni wysyłali ją do Brescji, aby zamieszkała tam u pewnej zamożnej damy, niosąc jej pociechę po stracie męża i dzieci. Aniela nie tylko wniosła nadzieję w życie wdowy, ale swoją misją niesienia pomocy, pociechy, rady ogarnęła wszystkich, którzy stanęli na drodze jej życia. Z czasem wokół Anieli, żyjącej w duchu pokuty i modlitwy skupiło się liczne grono pobożnych przyjaciół. Aniela, pod natchnieniem Ducha Świętego założyła zgromadzenie kobiet żyjących w dziewictwie, które pozostawały w świecie, we własnych rodzinach, w środowisku pracy. Celem tej wspólnoty było wychowanie żeńskiej młodzieży, niesienie pomocy chorym, cierpiącym, potrzebującym. Za patronkę zgromadzenia obrano św. Urszulę, dziewicę i męczennicę z IV wieku, która imieniem nazwano to zgromadzenie. Święta cieszyła się wielką popularnością wśród wiernych. W 1493 r. Krzysztof Kolumb nazwał odkryte przez siebie wyspy na Morzu Karaibskim Archipelagiem Świętej Urszuli i Jedenastu Tysięcy Dziewic. Dziś znane są one pod nazwą Wysp Dziewiczych.

Do takiego rozpoczęcia niedzielnych rozważań zainspirował mnie jubileusz 50-lecia profesji zakonnej siostry Kathleen, celebrowany w kościele Narodzenia NMP w Ozone Park. W sali pod kościołem po uroczystej Mszy św. było przyjęcie w czasie którego zaprezentowano slajdy z życia siostry Kathleen, należącej do zgromadzenia Urszulanek. Widać było na nich młodą, piękną, roześmianą dziewczynę. Zmieniały się slajdy, a na nich zmieniał się strój młodej dziewczyny, zmieniała się także jej twarz, pozostał tylko ten sam uśmiech radości, spełnionego życia, uśmiec h szczęścia. Ten uśmiech towarzyszył jej w czasie spotkań rodzinnych i przyjacielskich, na wakacjach, ale najbardziej był przemawiający, gdy pochylała się nad chorymi i potrzebującymi. Jej życie, jej powołanie wypełnione było służbą chorym i niedołężnym. Wypełniając to powołanie odnajdywała najgłębszy sens i radość życia. Siostra Kathleen w czasie Mszy jubileuszowej czytała wezwania modlitwy wiernych. Zapamiętałem pierwsze wezwanie, w którym siostra prosiła o zbawienie wieczne dla swoich rodziców, którzy pomogli jej odkryć powołanie, a później ugruntowywać się w nim. Realizacja tego powołania miała swoją cenę. Zrezygnowała z miłości małżeńskiej i życia rodzinnego. Dla niej, jak dla każdej kobiety życie rodzinne miało wielką wartość. Zmagając się ze sobą poszła za głosem swego powołania i tu odnalazła radość życia.

Celnik Zacheusz z dzisiejszej Ewangelii rozpoznał swoje powołanie, siedząc na drzewie sykomory w Jerychu. Chciał koniecznie zobaczyć Jezusa, który przechodził przez miasto. A ponieważ był niskiego wzrostu wspiął się na sykomorę. To był dobry pomysł. Zacheusz widział Jezusa a i Jezus go zauważył. Zatrzymał się pod drzewem i powiedział: „Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu”. To był moment zwrotny w życiu Zacheusza. Zacheusz był zwierzchnikiem celników, którzy należeli do najbogatszych ludzi w mieście. Nie byli lubiani z powodu nieuczciwych sposobów gromadzenia bogactwa. Zacheusz, tak po ludzku sądząc miał wszelkie powody, aby być szczęśliwym i zadowolonym z życia. Był bogaty, miał rodzinę. Czego więcej trzeba. A jednak czegoś mu brakowało. Po spotkaniu z Jezusem, bogactwa przestało być dla niego najważniejsze. Uradowany powiedział do Jezusa: „Panie, oto połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogoś w czymś skrzywdziłem, zwracam poczwórnie”. Tu rodziło się szczęście, które dawało przedsmak nieba, co Jezus potwierdził swoimi słowami: „Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu, gdyż i on jest synem Abrahama. Albowiem Syn Człowieczy przyszedł odszukać i zbawić to, co zginęło”. Każde nasze życiowe powołanie realizowane w blaskach nauki Chrystusowej staje się źródłem ogromnego szczęścia, które ma swoją kontynuację w wieczności.

Czasami zapominamy do czego Bóg nas powołuje i idziemy na łatwiznę życiową. I gdy się opamiętamy i wrócimy na prostą drogę naszego powołania możemy być pewni, że czeka na nas Bóg ze swoim wybaczeniem i pokojem. W pierwszym czytaniu słyszymy słowa mędrca biblijnego: „Panie, świat cały przy Tobie jak ziarnko na szali, kropla rosy porannej, co opadła na ziemię. Nad wszystkimi masz litość, bo wszystko w Twej mocy, i oczy zamykasz na grzechy ludzi, by się nawrócili. Miłujesz bowiem wszystkie byty, niczym się nie brzydzisz, co uczyniłeś, bo gdybyś miał coś w nienawiści, nie ukształtowałbyś tego”. A św. Paweł w Liście do Tesaloniczan zapewnia nas, że jest to przedmiotem troski i modlitwy Kościoła: „Modlimy się stale za was, aby Bóg nasz uczynił was godnymi swego wezwania i aby z mocą wypełnił w was wszelkie pragnienie dobra oraz działanie wiary”.

Niedzielne rozważania w wersji audio znajdują się na stronie www.ryszardkoper.pl w sekcji Audio-Video