Donald Trump w ostatnich tygodniach kampanii wyborczej wydaje się być bardziej skupiony na promocji własnej osoby niż walce o poprawienie niekorzystnych dla niego sondaży.

Jeśli wierzyć badaniom opinii publicznej już za kilka dni Hillary Clinton zostanie następnym prezydentem USA. Kandydatka demokratów wyraźnie prowadzi we wszystkich sondażach. Według ostatniego badania ABC News z 26 października, w skali kraju ma nad swoim rywalem przewagę 9 punktów procentowych.

Zwycięstwo dają jej również sondaże uwzględniające udział w wyborach dwójki pozostałych kandydatów: Jill Stein z Partii Zielonych i libertarianina, Gary’ego Johnsona.

Badania opinii publicznej czasem mogą się mylić. W przypadku tej elekcji prawdopodobieństwo pomyłki zwiększa jeszcze fakt, że część wyborców Donalda Trumpa może nie chcieć się przyznać, że będzie głosować właśnie na niego.

Kandydat Partii Republikańskiej prawdopodobnie jest więc nieco niedoszacowany i rzeczywiste poparcie dla niego może okazać się nieco wyższe niż pokazują to obecne liczby. Na pewno jednak nie jest dla niego dobrym prognostykiem fakt, że wielu przedstawicieli GOP zastanawia się czy po wyborach ich partii uda się utrzymać większość w Senacie.

Senatorowie, którzy muszą poddać się reelekcji jak mogą dystansują się od Trumpa. John McCain zaczął na przykład podkreślać różnice jakie dzielą go z nowojorskim przedsiębiorcą w kwestii reformy imigracyjnej.
„Byłem w stanie przeprowadzić tę reformę przez Senat” – mówił na jednym ze spotkań wyborczych McCain, przypominając swoje wysiłki z 2013 roku.

Różnice w kwestii polityki imigracyjnej z Donaldem Trumpem uwypuklą również inni republikańscy senatorowie: Marco Rubio z Florydy, Mark Kirk z Illinois, czy Todd Young z Indiany.

Wszyscy podkreślają, że kwestię nielegalnej imigracji trzeba rozwiązać inaczej niż proponuje kandydat GOP, który mówił o szwadronach deportacyjnych, a z budowy muru na granicy z Meksykiem uczynił sztandarowy punkt swojego programu wyborczego.

Sam Donald Trump również wydaje się po cichu akceptować porażkę, a przynajmniej dopuszczać taką możliwość. W ostatnich dniach kampanii kandydat republikanów więcej czasu poświęca na promocję swoich własnych przedsięwzięć biznesowych niż walkę o odwrócenie niekorzystnych sondaży.

We wtorek 25 października Trump powitał dziennikarzy w Trump National Doral, swoim ośrodku wypoczynkowym na Florydzie, którego pracownicy podkreślali wypowiadając się do kamer, jakim jest wspaniałym szefem.

W środę Trump wziął z kolei udział w przecięciu wstęgi i uroczystości poświęconej oddaniu do użytku świeżo wyremontowanego hotelu Old Post Office w Waszyngtonie.

Oficjalnie Donald Trump zaprzecza tego rodzaju spekulacjom i podkreśla, że imprezy, o których mowa miały na celu pokazanie jego zdolności w tworzeniu miejsc pracy, co – jak mówi – wyraźnie odróżnia go od Hillary Clinton.

Warto jednak przypomnieć, że nowojorski przedsiębiorca kiedy 20 lat temu, po raz pierwszy wspominał o możliwości startu w wyborach prezydenckich mówił, że być może będzie pierwszym kandydatem w historii, któremu uda się jeszcze na tym zarobić.

W 2016 r. faktycznie robi dużo, by na kampanii wyborczej zbyt wiele nie stracić. Oszczędnie wydaje pieniądze na reklamy wyborcze, z datków zbieranych na kampanię opłaca loty swoim prywatnym samolotem, pokrywa koszty udziału w wyborczych wiecach swoich dzieci, część środków przeznaczył nawet na zakup swojej książki pt.: „The Art of The Deal”.

Kampania, którą prowadzi Donald Trump nie zawsze jednak jest dobra dla jego przedsięwzięć biznesowych. Swoimi kontrowersyjnymi wypowiedziami przedsiębiorca w niektórych wypadkach zaszkodził wręcz swojej marce. W Nowym Jorku na przykład mieszkańcy luksusowych budynków apartamentowych przy Riverside Boulevard na Manhattanie, w specjalnej petycji domagają się zdjęcia z nich napisu „Trump Place”.

„Wstyd się przyznać gdzie się mieszka” – tłumaczy Marjorie Jacobs, jedna z mieszkanek, która podpisała petycję.
„Jeśli przegram nic się nie stanie. Wrócę wówczas do bardzo dobrego życia, które miałem” – powiedział w chwili szczerości Donald Trump.

Jeśli do jego porażki rzeczywiście dojdzie tego samego nie będzie mogła jednak zrobić Partia Republikańska. GOP będzie musiała poszukać odpowiedzi na pytanie co zmienić, by następnym razem wygrać Biały Dom.