Ks. Jarosław Wiśniewski. Foto archiwum

Ks. Jarosław Wiśniewski. Foto archiwum

Z księdzem Jarosławem Wiśniewskim, misjonarzem, rozmawia Ewa Głodzińska.

Jak Ksiądz trafił do Papui i dlaczego akurat do takiej innej od naszej kultury?
Jakiś czas pracowałem na Kamczatce, niedaleko Alaski, na granicy rosyjsko-amerykańskiej. Biskup syberyjski, który obecnie jest biskupem w Ełku, poprosił abym na Kamczatce zorganizował nową parafię pod wezwaniem św. Tereski z Lisieux, patronki misjonarzy. Była chora na gruźlicę i to przeszkodziło jej wyjechać do Wietnamu, dokąd się zgłaszała, ale ogłoszono ją patronką misji za jej gotowość pójścia na „najodleglejsze wyspy”. Tak się wyraziła w swoim dzienniczku „Dzieje duszy”.

Zaraziła mnie tym pragnieniem, więc gdy tylko Rosjanie cofnęli mi kartę stałego pobytu, a biskupowi Mazurowi zabrali wizę, obaj znaleźliśmy się w bardzo trudnej sytuacji. Biskup wspiera jak może misje w Rosji, posyłając swoich wychowanków z ełckiego seminarium do pracy w swej dawnej diecezji, a ja po starej znajomości otrzymałem propozycję pracy w Papui, bo biskup Mazur widział się z papuaskim biskupem, poszukującym w Polsce księży. Był rok 2013.

– Czy wśród Papuasów są katolicy? Czy nawraca ich Ksiądz z innych wierzeń?
Bardzo wielu Papuasów z mojej parafii deklaruje, że są katolikami od dziecka, bo pierwszy misjonarz przyjechał do mojej parafii w 1927 roku, a więc niemal 90 lat temu. Pewna jednak liczba katolików trafiła w ręce adwentystów, którzy przekonali ich do swoich wierzeń, toteż moje zadanie polega m.in. na tym, żeby część dawnych katolików wróciła na łono kościoła. Niektórzy się krępują pozostawić swoje wspólnoty. Taka próba sił trwa ponad dwa lata.

– W jakich szkołach uczą się dzieci i jakie szkoły są obligatoryjne?
Mimo, że jestem w Papui od ponad dwu lat, jeszcze nie znam dokładnie miejscowych regulacji. Z oficjalnych danych wynika, że 25 proc. dzieci w ogóle nie chodzi do szkoły, a rodzice nie są za to pociągani do odpowiedzialności. 50 procent dorosłych to analfabeci. I jest to najprawdopodobniej najwyższy wskaźnik analfabetyzmu na świecie. Szkoły średnie, a raczej gimnazja, które tu trwają od 3 do 8 klasy, mają dość gęstą sieć i w miarę ładne budynki, ale wiele z nich wymaga pilnych remontów. Nauczyciele nie traktują poważnie swoich obowiązków. Nagminne są nieobecności po kilka dni czy tygodni, bez konsekwencji dyscyplinarnych. Zdarza się, że nauczyciel, który zmienił miejsce zamieszkania i od lat nie pracuje w zawodzie, nadal otrzymuje zapłatę. Bałagan w tej dziedzinie jest niesamowity.

W szkołach bardzo często nie ma elektryczności, nie ma też zwykle okien, bo klimat tego nie wymaga. Niestety, bywałem świadkiem kar fizycznych, wymierzanych bez skrępowania, pałką przez nauczyciela. Fundusze szkolne są bardzo często zawłaszczane przez dyrekcję lub komitet rodzicielski. Zdarzają się przypadki, że szkoła otrzymuje od jakiejś organizacji charytatywnej telewizor, komputer, motorówkę lub samochód, a dyrektor zabiera to do domu na prywatny użytek.

– Jakie obowiązują tu zasady w życiu codziennym? Czy istnieje coś w rodzaju savoir vivre?
Ryż jada się rękami, a zamiast talerzy używa się liści bananowych. W relacjach z nauczycielami, przyjęto się do nich zwracać per „mister”, co oznacza, że dany człowiek jest nauczycielem. Do dobrego tonu należy, by mężczyźni siadali do posiłku tylko w gronie mężczyzn, a kobiety w gronie kobiet. Nawet dziewczęta z chłopcami rzadko jadają wspólnie. Pierwszeństwo we wszystkim, mają oczywiście mężczyźni i chłopcy.

Gdy się je, to tylko lepszym gościom daje się talerz, a reszta jada z liścia lub z dużej miski. Na wielkich uroczystościach, do jednej miski wkłada się jedzenie dla konkretnego zespołu czy wioski i oni te ziemniaki, mięso czy ryż jedzą siedząc w kucki w krzakach.

– Czy Papuasi mają świętych i błogosławionych?
Bardzo szanowany w Papui jest Piotr Channel, misjonarz Marysta zabity w okolicach Fidżi i Wysp Salomona za to, że wystawił na pośmiewisko jednego z miejscowych wodzów. On, jak również błogosławiony Jan Mazzuconi, mimo że pochodzą z Europy, uważani są za świętych patronów Oceanii. Z samej Papui pochodzi Piotr Torot, katecheta zabity przez żołnierzy japońskich zastrzykiem z trucizny za to, że wbrew zakazowi okupantów prowadził katechezy, chrzcił dzieci i asystował przy zawieraniu sakramentalnych związków małżeńskich, które wpisywał do ksiąg parafialnych, mimo że księża byli internowani. Główny powód męczeństwa to śmiała obrona świętości małżeństwa. Podczas gdy Japończycy promowali poligamię wśród tubylców, Piotr się jej sprzeciwiał. To piękna postać. Miał zaledwie 33 lata. Beatyfikował go w 1995. roku Jan Paweł II podczas odwiedzin w tym kraju.

– A czym najczęściej i najbardziej lubią zajmować się dzieci?
Najpopularniejsza w Papui jest piłka nożna i rugby. Dziewczęta lubią futbol tak samo jak chłopcy, ale z różnych powodów w mojej parafii grają raczej w siatkówkę. Co ciekawe, gdy jest ulewa, nie przestają grać. Inną ciekawostką jest, że grają najczęściej na bosaka. Bawią się kamykami, tak jak ja w dzieciństwie. Przypuszczam, że to przywędrowało z Europy. Lubią godzinami siedzieć w morzu, czasem bez powodu, ale często dla zbierania małży morskich, które są jadalne. W niektórych okolicach są jadalne, słodkie trawy morskie. Zabawą chłopców jest nurkowanie w poszukiwaniu ryby. Starsi chłopcy potrafią upolować żółwia. Dobra, ale niebezpieczna zabawa to włażenie na kokosowe drzewa, które czasem mają po dziesięć metrów wysokości. Dzieci potrafią zbudować drewniany szałas w ciągu jednego dnia i można w nim jakiś czas mieszkać. W jednej z moich wiosek z pomocą dzieci powstała bambusowa kaplica Jana Pawła II o nazwie Meto. Owszem, starsi nadzorowali jej budowę, ale materiał z buszu przyniosły dzieci. One też ustawiły konstrukcję z użyciem minimalnej ilości gwoździ. W środku kaplicy może się zmieścić 50-100 ludzi.

– Z czego żyją tubylcy i co jest wyznacznikiem ich bogactwa?
Tubylcy-wieśniacy stanowią 85-90 procent mieszkańców kraju. O ich zamożności świadczy najczęściej ilość żon. Wójt naszej gminy ma na przykład cztery żony, ale w innych okolicach zdarzają się przypadki i ośmiu żon i wszystkie są ze sobą bardzo skłócone tak, że mąż stara się dla każdej o oddzielny dom, bywa, e mieszkają nawet w różnych wioskach.

Innym wyznacznikiem zamożności jest posiadanie motorówki. Ponieważ duży procent Papuasów to wyspiarze, bardzo ważne jest posiadanie dużej łodzi lub najlepiej motorówki. Najczęściej jest jedna motorówka na całą wieś i wszyscy się zrzucają, by czasem na niej popłynąć do miasta. Ten, kto ma klucz od silnika, uważa się za bogacza. Mimo, że w papuaskich wioskach jest silne poczucie pokrewieństwa i niemal komunizm, to jednak szefowie czy wodzowie wiosek manewrują wioskową własnością tak, żeby wspólne przedmioty stały na jego podwórku lub u jego krewnych.

Bogaci ludzie starają się migrować do miast, ale budują także domy w rodzinnych wioskach, by zaimponować współplemieńcom. Mimo, że rzadko w nich mieszkają, to jednak lubią je mieć. Są to zwykle domy z blachy, podczas gdy biedacy nadal budują z bambusu.

Bogaci też robią większe zapasy. Zawsze mają trochę benzyny i generator prądu oraz ryż na zapas, podczas gdy biedacy jedzą głównie banany z lasu.

– Jakie choroby nękają tubylców, czy jakieś dotknęły również Księdza?
Najczęściej choruje się na malarię, którą nie zawsze zgłasza się do szpitala. Nieleczona malaria powoduje zaburzenia psychiczne lub częściowy paraliż. Bywa, że malaria nakłada się na gruźlicę i lekarz ma wielką łamigłówkę co i jak leczyć. Jakość medycyny jest tutaj bardzo niska. Owszem, niedawno przeżyłem malarię. Gorączka na przemian z zimnymi dreszczami. Nikomu tego nie życzę. Jeśli jest lekarstwo, to po tygodniu wszystko wraca do normy. Państwo wspólnie z masońskim Rotary Club, propaguje spanie w siatkach, ale plastykowe siatki szybko pękają i ich skuteczność się zmniejsza. Ja mam dwie w domu i jeszcze przed snem zakładam skarpety, śpię w ubraniu, by bronić sie przed komarami. Jem profilaktyczne leki, ale jak widać, wszystko na nic. Jak się mieszka w tropiku, to malaria wcześniej, czy później człowieka dopadnie. Inne schorzenie to cukrzyca. Są również przypadki trądu. Chorzy nie zawsze są izolowani. W mojej parafii jest dwu chorych, staruszka Franciszka i średniego wieku mężczyzna o imieniu Herman. Od czasu do czasu udzielam im komunii. Staram się nie dotykać ich ran, bo wtedy sam stałbym się nosicielem. W naszych czasach można leczyć trąd, ale te dwa opisane przypadki to coś dla mnie niezrozumiałego. Rodzina czeka, że Franciszka umrze, a Herman, który w młodości zabił człowieka, uznał że to kara boska i liczy tylko na cud, a na lekarzy raczej nie. Mimo, że są tu upały, byle deszczyk powoduje zaziębienia. 50 proc. dzieci jest niedożywionych, a 40 procent kobiet ma anemię.

– Czym jest misja na tych wyspach dla Księdza, jak ksiądz by ją określił?
To są „świńskie misje”. Podobnie jak w Indonezji czy Indochinach, świnie są udomowione i kochane, zwłaszcza przez dzieci. Tak jak kotki i pieski dostają imiona, rzadko kiedy mają zagrody. Najczęściej żywią się same na plaży różnymi wodorostami lub w buszu, ale na nocleg każda świnia wie, gdzie ma wrócić. Narodziny dziecka, ślub czy pogrzeb nie może się obyć bez świńskiego mięsa. Gdy ktoś popełni przestępstwo, to wioskowy sąd wyznacza, ile świń kompensacji ma wypłacić winny poszkodowanemu. Gdy biskup ma we wsi bierzmowanie albo święcenia kapłańskie, to również otrzyma w podarunku jedną lub kilka świń.

Więc są to świńskie misje w sensie dosłownym. Jeśli w przenośni to „podłożenie świni” czyli kłamstwo i oszustwo, a nawet zdrada małżeńska wprawiają w podziw społeczność i taki wioskowy chuligan, który ma sumienie zapaprane wielu zbrodniami, paradoksalnie respektowany jest jak jakiś heros, co zresztą dostrzegłem również w Rosji. Pomimo wielkich odległości, komunizm i papuaski system trybalny-plemienny mająwiele cech wspólnych. Kradzież czy cudzołóstwo i tu i tam „schodzą z rąk”. Rosjanie takie osoby nazywają „wor w zakonie” czyli „przestępca chroniony”. Coś w rodzaju „świadka koronnego”. Nic z takim typem nie możesz zrobić. Wielu z nich ma aspiracje polityczne i teraz widać jasno, czemu te dwa „bogate w surowce” kraje jak Rosja czy Papua żyją na skraju nędzy. No bo tak są rządzone. Ambasador francuski hrabia Custine rezydujący wiele lat w Petersburgu w XVIII wieku, o Rosjanach powiedział, że są „piękni jak anioły i brudni jak diabły”. Coś podobnego mógłbym powiedzieć o Papuasach, ale w tajemnicy, bo by im się pewnie to porównanie z Rosją nie spodobało.

– Czy podczas misji przeżywa Ksiądz chwile zwątpienia, a jeśli tak, to jak sobie Ksiądz z nimi radzi?
Zwątpień jest wiele, ale głównie jak się jest poza, czyli na urlopie. Jak się jest wewnątrz misji, to wszystko się wydaje zwykłe, nawet egzotyka po roku całkowicie znika. Myślisz sobie: „Oni są tacy sami jak ja – jeśli im starcza sił, by żyć to i mnie wystarczy”.

Ostatnio często myślę, ze moi podopieczni mogą mnie zabić. Tacy są tutejsi alkoholicy. Gdy trzeźwi są jak baranki, gdy pijani rodzonego brata potną na kawałki.

Czasem wydaje mi się, że mogę utonąć w morzu, bo motorówki się psują, a tzw. „skiperzy” są często amatorami. Dwa lata temu łódka kapłana z pięcioma pasażerami utonęła i uratowały się tylko trzy osoby. Kapłan i starosta parafii zmarli. Dużo mam tych wyjazdów na motorówce, a między Bożym Narodzeniem i Wielkanocą, zawsze bywają sztormy. Boję się, nie robię z siebie bohatera, ale co robić. Przecież nie zostawię ludzi bez Mszy Wielkanocnej. Nie mogę siedzieć w domu na Boże Narodzenie. W te dwie uroczystości, w ciągu doby robię dziesięć nabożeństw w różnych sub-parafiach, czyli kościołach filialnych i każde z nich na innej wysepce.

To taki „najczarniejszy scenariusz” i misyjne rozterki. Wtedy, gdy większość ludzi świętuje, dla mnie to czas rozterek i utrapień. Najuroczystsza bywa ta ostatnia Msza, gdy już wiem, że nic się nie stało i cała parafia otrzymała od proboszcza, to co się jej należało.

– Dziękuję za rozmowę

Ewa Głodzińska