„Kiedy 40 lat temu nagrałem album „Oxygene”, byłem traktowany jak ufoludek. W okresie, gdy tryumfy święciły disco, punk i heavy metal, jakiś koleś z Francji postawił na instrumentalną muzykę elektroniczną”- mówi Jean-Michel Jarre. „Ale może właśnie ta osobność była kluczem do sukcesu. Zawsze chodzę własnymi drogami”. Najnowszy album instrumentalisty, to owoc współpracy z 30 artystami. Są wśród nich: Cyndi Lauper, Moby, Pet Shop Boys. „Krążek „Electronica” jest wyjątkowy. Przez kilka lat zjeździłem parę kontynentów, by nagrywać z legendarnymi twórcami, którzy mnie inspirowali”- zdradza muzyk. Jednak – jak przyznaje – nie było to największe przeżycie w jego karierze. „Wyżej cenię koncert dla Jana Pawła II, kiedy 30 lat temu odwiedzał mój rodzinny Lyon”- mówi Jarre. Artystę słuchało wtedy blisko 800 tysięcy ludzi. Na pytanie, czy woli koncertować dla tłumów czy kameralne nagrywanie płyt, odpowiada: „Wbrew pozorom obydwie rzeczy mają wiele wspólnego. W studiu człowiek bywa samotny, a nawet zdesperowany, ale kiedy dźwięki wskakują na właściwe miejsca, czuje się ekscytację, niemal trans, stan bliski temu, który osiąga się w trakcie koncertu”- wyznaje muzyk. W najbliższych dniach Jean-Michel Jarre wystąpi w Polsce. „Wiem, że ukochana przeze mnie polska publiczność poprzeczkę zawiesiła wysoko, ale wierzę, że moje najnowsze widowisko spełni oczekiwania słuchaczy”. Mamy nadzieję, że będzie… żar.

*

Zdarza się panu żałować, że zamiast w Nowym Jorku urodził się pan w Nowym Targu? – zapytano Jana Kantego Pawluśkiewicza – kompozytora, malarza, legendę. „Pewnie, i to tak bardzo, że w wieku 16 lat postanowiłem nawet z niego uciec. W Stanach miałem przyszywaną ciotkę, do której wysłałem obszerny list. Był utrzymany w tonie bardziej niż życzliwym i sugerował, że chętnie bym ją odwiedził. Ciocia nie była jednak łaskawa odpisać choćby jednego zdania. Do koperty wsadziła tylko wycinek z gazety informujący, że w Ameryce aktualnie jest sześć milionów bezrobotnych. Na tym nasza korespondencja się urwała”- wspomina artysta. „W późniejszych latach bywałem i w Nowym Jorku, i w Los Angeles wiele razy, miałem nawet koncerty, a zamiast przyszywanej ciotki – dwóch rodzonych braci, którzy tam zamieszkali. Tyle tylko, że kiedy przyjrzałem się Ameryce z bliska, ochota na emigrację mi przeszła”- wyznaje kompozytor. „Gdybym szukał szansy dla siebie w USA, prawdopodobnie nie nagrałbym „Nieszporów…”, ani „Harf Papuszy”, ani misterium „Przez tę ziemię przeszedł Pan”. Pewnie bym napisał kilka ścieżek dźwiękowych do jakiś amerykańskich filmów – trudno powiedzieć. Jednak moim zdaniem prawdziwa muzyka zaczyna się dopiero powyżej tych ścieżek”. I pewnie ma rację. Choć zdanie: „gdyby tworzył w Ameryce to dawno byłby laureatem Oscara”- w przypadku Jana Kantego Pawluśkiewicza nie jest tylko czczym komplementem.

*

Edyta Górniak z synem. foto: Edyta Górniak/Instagram

Edyta Górniak z synem. foto: Edyta Górniak/Instagram

Syn Edyty Górniak, w ciężkim stanie trafił do szpitala w Los Angeles, gdzie przeprowadzono operację wycięcia wyrostka robaczkowego. Niestety, sytuacja okazała się dość poważna, bo wyrostek zdążył się rozlać i doszło do zakażenia organizmu chłopca. „Zawieszona gdzieś w nieokreślonej przestrzeni nie wiem nawet, czy potrafię odczuwać cokolwiek poza cierpieniem mojego jedynego dziecka”- napisała wokalistka na jednym z portali społecznościowych. „Strach tego rozmiaru potrafi udźwignąć chyba tylko matka. Od ataku paniki i duszącego płaczu, przez zdrętwiałe z napięcia mięśnie, brak snu i przerażenie, dotarłam do ciszy. Trwam w niej. W modlitwie czekamy na dalsze decyzje lekarzy”- dodała załamana piosenkarka. Trzymaliśmy kciuki. Jak się okazało skutecznie. Alanek jest cały i zdrowy.

*

A na koniec nieco bardziej refleksyjnie, zaduszkowo: „Śmierć jest dla mnie częścią życia, o czym większość Amerykanów nie chce słyszeć. Żyjemy w kulturze, która zaprzecza umieraniu. A już na pewno zaprzecza smutkowi. Jesteśmy szczęśliwymi ludźmi. Bierzemy tabletki. Radzimy sobie”- mówi Michael Cunningham, amerykański pisarz. „Kiedy jeździłem po kraju promując jedną z powieści, zdumiało mnie, jak wielu ludzi podchodziło i mówiło, że nie chcieli czytać tej książki, bo słyszeli, że jest depresyjna. Takie rozmowy zrodziły w mojej głowie dwa pytania. Czy smutek nie składa się czasem na bogactwo naszego życia? Freud pisze: gdybyśmy byli wciąż szczęśliwi, nie odbieralibyśmy tego stanu jako szczęścia. Nie ma bowiem poczucia szczęścia bez smutku” – mówi autor „Godzin”. „A drugie pytanie brzmiało: aż tak obawiasz się przygnębienia, że zrobisz wszystko, by go uniknąć? I czy twoje poczucie zadowolenia jest aż tak wątłe, że może zburzyć je 200-stronicowa książka? Jesteś doprawdy aż tak delikatny”? Gdy opadną halloweenowe maski i wszystkie liście z drzew, warto się zastanowić nad pytaniami Cunninghama. I nad przemijaniem. Od tego się nie umiera. A można lepiej żyć.