Jedna część Ameryki w środę rano budziła się w posępnych nastrojach, z obawą, że czeka nas tragedia. Druga część w euforii i poczuciu, że dojdzie do rewolucji, a Ameryka za chwilę „znów będzie wspaniała”. Nie stanie się ani jedno, ani drugie. Tzw. historyczność wyborów dość szybko rozpływa się bowiem w prozie codzienności.

Kiedy Barack Obama po raz pierwszy został prezydentem Stanów Zjednoczonych wiele osób wskazywało na doniosłość chwili. Pierwszy w dziejach Afroamerykanin zasiadł w Białym Domu. Setki stron wypełniły analizy jak bardzo różni się on od innych polityków i jak bardzo pod jego rządami zmieni się kraj.

Na szczegółowe podsumowanie dwóch kadencji Obamy wkrótce przyjdzie czas. Prezydentem jest on tylko do stycznia. Później, tak samo jak wszyscy jego poprzednicy, stanie się byłym prezydentem, otworzy swoją bibliotekę, a publicyści będą roztrząsać co osiągnął, a czego nie udało mu się zrealizować. Już dziś jednak, nie czekając na wszystkie te podsumowania, z całą pewnością możemy powiedzieć jedno.

Za jego prezydentury żadnych przełomów nie było. Fakt, który na początku wydawał się tak ważny, że jest on Afroamerykaninem (a ściślej mówiąc Mulatem, bo matkę miał przecież białą), dla jakości jego poczynań jako prezydenta nie miał żadnego znaczenia. Owszem to rzecz warta odnotowania w kronikach, ale na co dzień, dla zwykłych ludzi mało istotna.

Wiele wskazuje na to, że podobnie będzie w przypadku Donalda Trumpa. Obecnie również pochłonięci jesteśmy rozważaniami, które za jakiś czas zejdą na plan dalszy.

Przeciwnicy portretują prezydenta elekta jako rasistę, ksenofoba, osobę traktującą kobiety bez należnego szacunku i człowieka nieprzygotowanego do sprawowania urzędu prezydenta.

Faktem jest, że swoimi niezbyt przejrzystymi wypowiedziami zrobił on wiele, by taką dyskusję sprowokować. Problem w tym, że media, również te najważniejsze, skupiły się przede wszystkim na nim i tłumaczeniu jego osoby. W mniejszym zaś stopniu, jeśli w ogóle, na próbie zrozumienia skąd wzięło się tak ogromne poparcie dla niego.

Rewolucja prowincji
Kiedy spojrzy się na wynik wyborów i fakt, że w ostatniej fazie kampanii Donald Trump konkurował z doświadczonym politykiem i sprawną maszyną polityczną Clintonów, trzeba uznać, że jego wynik jest dobry. Widać to zwłaszcza jeśli chodzi o liczbę głosów elektorskich. Trump zdobył ich 290, a Clinton 232. Do wygrania wyborów wystarczyło 270 takich głosów. Trump swoją popularnością zapewnił także większość republikanom w Kongresie, mającym wcześniej fatalne notowania wśród wyborców.

Jego zwycięstwo nie jest jednak tak oszałamiające, gdy przyjrzymy się ilości wszystkich głosów oddanych przez Amerykanów. Hillary Clinton zdobyła ich łącznie nieco więcej niż Trump. Wygraną dał więc nowojorskiemu biznesmenowi system elektorski. Podobnie było w przypadku George’a W. Busha. On również otrzymał łącznie mniej głosów niż Al Gore, a mimo to został prezydentem.

Nie przypominam tego po to, by kwestionować zwycięstwo Donalda Trumpa, ale raczej dla zilustrowania jak bardzo podzielone jest amerykańskie społeczeństwo.
Media powiedziały nam bardzo dużo na temat Trumpa, wygrzebały jego wypowiedzi sprzed lat, jego nieujawnione podatki, doszukiwały się szwindli w wielu biznesowych przedsięwzięciach. Nie pisały jednak prawie nic o jego wyborcach.

Praktycznie nikt nie pojechał do małych amerykańskich miasteczek, do upadłych zakładów pracy, do prowincjonalnych części Michigan czy Pensylwanii i nie zapytał ludzi, co tak bardzo podoba im się w Trumpie? Dlaczego wolą jego od faworyzowanej przez establishment byłej sekretarz stanu?

Do dyspozycji mieliśmy dziesiątki badań opinii publicznej. Skomplikowane algorytmy „New York Timesowi” do ostatniego dnia kampanii wyborczej kazały głosić, że Hillary Clinton ma ponad 80 procent szans na zwycięstwo. Nikt ich nie kwestionował, nikomu nie przyszło do głowy, że skoro na spotkania z Trumpem walą tłumy, sondaże mogą się po prostu mylić.

Dziś widzimy, że prawdziwym tematem tych wyborów, był nie Trump, tylko jego zwolennicy i rewolucja prowincjonalnej Ameryki. To o niej trzeba było pisać więcej i mówię to także o sobie. Ta rewolucja i bunt przeciwko establishmentowi wymaga opisania i głębszego wyjaśnienia. W tym leży klucz do zrozumienia wyniku wyborów, nie w próbie udowodnienia, że Trump chce być dyktatorem.

Gdyby iść za logiką niektórych komentarzy jak na przykład powyborczej opinii „New Yorkera”, który wieszczy tragedię Ameryki, należałoby uznać, że większość wyborców w tym kraju stanowią ksenofobowie i rasiści. Nie zaprzeczając, że tacy wyborcy również w USA istnieją, musimy jednak uznać, że tego rodzaju konkluzja przeczy zdrowemu rozsądkowi i amerykańskiej historii. Prawda jest znacznie bardziej skomplikowana, ale by do niej dotrzeć trzeba ruszyć się z gabinetów na Manhattanie i pojechać do małych miast Michigan, czy Ohio i tam jej poszukać.

Co mówił Trump?
Czołowe media przez długi bardzo czas nie traktowały Trumpa poważnie, za to bardzo dosłownie. Zwykli ludzie odwrotnie. Traktowali go poważnie jednak rzadko dosłownie.

Kiedy mówił on, że imigranci przedzierający się przez granicę z Meksykiem to przestępcy i gwałciciele, oburzeni dziennikarze podnosili larum i oskarżali go o rasizm. Ludzie rozumieli tymczasem, że nie mówi on o imigrantach generalnie, a ma na myśli tylko niektórych. Kiedy Trump wspominał o wprowadzeniu tymczasowego zakazu wjazdu do USA dla muzułmanów, media grzmiały, że to niezgodne z pryncypiami Ameryki. Ludzie rozumieli tymczasem, że Trumpowi nie chodzi o to, żeby prześladować muzułmanów, tylko o to, by zwrócić uwagę, na fakt, że są wśród nich także tacy, którzy chcą Ameryce zaszkodzić. Media w pomyśle deportacji nielegalnych imigrantów z USA widziały samo zło, zwykli ludzie, że Trump, tak jak to robią biznesmeni, jest przyzwyczajony do negocjacji i rzuca pewne hasło. W efekcie zapewne nie deportuje wszystkich, ale skupi się na tych, którzy faktycznie stanowią problem.

Takich przykładów rozdźwięku pomiędzy rozumieniem słów Trumpa i ich odczytaniem w większości mediów jest znacznie więcej. Wynik wyborów pokazuje, która interpretacja zwyciężyła.

Wielka, słaba kandydatka
Wygraną Trumpowi, co oczywiste, zapewnili przede wszystkim jego zwolennicy. Niemałe znaczenie miał jednak również fakt, że jego przeciwniczka okazała się bardzo słaba. Hillary Clinton mimo niewątpliwych osiągnięć w amerykańskiej polityce, na szlaku kampanii wyborczej wypadała blado. Była sztywna, niedostępna, nie miała jasnego przesłania dla wyborców.

Hasło Donalda Trumpa Make America great again potrafi dziś pewnie wyrecytować każdy obudzony w środku nocy. O co chodziło Hillary Clinton, po co ubiegała się o prezydenturę? Dla wielu wyborców nie było to zbyt jasne. Wiedzieliśmy, że jest pierwszą kobietą, która ma szansę sprawować ten urząd i tak naprawdę niewiele więcej. W tym co mówiła, a często były to banały jak np. hasło Stronger Together, brakowało przekonania i brakowało pasji. Jej doświadczenie i długa obecność w polityce w tej kampanii nie były zaletą lecz bagażem. Demokraci widząc bunt przeciwko establishmentowi powinni starać się wypromować innego kandydata a nie takiego, któremu prezydentura „się należy”, zwłaszcza, że taki kandydat był.

Na wiecu Berniego Sandersa na Greenpoincie, na którym byłem, widać było podobny entuzjazm jaki towarzyszył Trumpowi, widać było ludzi młodych. Amerykę zupełnie inną niż na spotkaniach wyborczych Trumpa, ale równie entuzjastyczną, równie zaangażowaną, w równym stopniu zainteresowaną tym, żeby poprawić kraj. Sandersowi w zwycięstwie nikt jednak nie pomógł. Elita partii demokratycznej postawiła na Clinton, gasząc niejako ten entuzjazm. Dziś zbiera żniwo tej decyzji.

Statystyki pokazują bardzo wyraźnie, że Hillary Clinton nie przyciągnęła w wystarczającym stopniu ludzi młodych, Latynosów, czy Afroamerykanów. Wciąż w tych segmentach wyborców padło na nią znacznie więcej głosów niż na Trumpa, jednak znacznie mniej niż kiedyś na Obamę.

On zyskał 93 proc. głosów Czarnych wyborców, ona 88 proc. Obama miał poparcie 71 proc. Latynosów, Clinton tylko 56 proc. Wyborcy w wieku 18-29 lat w 60 proc. poparli kiedyś Obamę, Clinton uzyskała w tym segmencie tylko 54 proc. głosów. To w dużej mierze tłumaczy wynik 8 listopada.

W ostatnim artykule dotyczącym wyborów, opublikowanym w „Kurierze Plus” jeszcze przed głosowaniem, napisałem między innymi, że wyborcy niekoniecznie muszą zrobić to, co deklarują w sondażach, wynik głosowania nie jest więc przesądzony. Napisałem również, że „jeśli wygra Trump to demokraci będą musieli to zaakceptować i współpracować z nim jako nowym prezydentem USA”.

Zarówno prezydent Barack Obama jak i pokonana Hillary Clinton taką współpracę deklarują. To budujące.

Nie musimy być przecież zwolennikami Donalda Trumpa. Możemy się z nim nie zgadzać, mamy pełne prawo go krytykować. Nie powinniśmy jednak zapominać, że został prezydentem z wyboru. Jeśli się nie sprawdzi, za cztery lata będziemy mieli szansę wybrać kogoś innego. Ktoś kiedyś nazwał ten system demokracją.