Ania Witowska

Ania Witowska

Ma dom w walizce i grubo ponad sto tysięcy wiernych fanek w internecie. Z Anią Witowską, założycielką Kobiecego Punktu Widzenia, o jej codzienności oraz o tym, jak i dlaczego do niej doszła, rozmawia Marek Rygielski.

Anię Witowską poznałem w czasie, kiedy była wziętym fotografem z Dublinie. Zajmowała się fotografią ślubną i biznesową, prowadziła popularne warsztaty fotograficzne dla polonijnej młodzieży w Irlandii. Jednak wciąż czegoś jej brakowało, w mailach dawała mi do zrozumienia, że jej życie nie jest takie, jakie chciałaby, żeby było. Szukała swojego sposobu na życie. Najpierw napisała książkę, zaczęła organizować warsztaty dla kobiet, aż pewnego dnia sięgnęła po Facebooka i wtedy wszystko wystrzeliło jak rakieta.

– Aniu, w październiku minęła druga rocznica Twojego wyjazdu z Irlandii: oddałaś mieszkanie, zostawiłaś starą pracę, samochód i rzeczy. I wyjechałaś w, jak to nazywasz, „wieczną podróż”. Piszę do Ciebie z Nowego Jorku, ale nawet nie wiem, gdzie teraz jesteś? i co tam robisz?
W tym momencie mieszkam w miejscu, które jest uroczą mieszanką poprawnej i pełnej zasad Anglii (Gibraltar 30 km ode mnie), pełnej dzikości Afryki (Maroko 40 km ode mnie) oraz wyluzowanej i słonecznej Hiszpanii. Moje poszukiwania miejsca, w którym chcę być trochę trwały, objęły kilka kontynentów, masę państw, ale dziś czuję, że jest mi dobrze dokładnie tu gdzie jestem.

– Swoją karierę zaczęłaś od wydania książki, która błyskawicznie stała się w Polsce bestsellerem – „Babskie fanaberie… czyli w cholerę z tym wszystkim!”. Opowiedz o niej.
Książka jest esencją lat przemyśleń i pracy nad sobą. Nazywa po imieniu, dosadnie i konkretnie to, co w nas kobietach się dzieje, a czego często nie mamy odwagi wyrazić, przełamać, dać sobie do tego prawa. Osoby czytające mówią mi „kurcze, jakbyś o mnie pisała, utożsamiam się z każdym zdaniem”, a ja po prostu pisałam z serca, to co we mnie głęboko siedziało, dojrzewało latami i domagało się zobaczenia światła dziennego. W książce stawiam pytania, wobec których nie da się przejść obojętnie, a zwięzłość i forma tekstów sprawia, że zapadają w pamięć i zmuszają do zmian w głowie, a następnie w życiu.

– Co to jest Kobiecy Punkt Widzenia? Czym jest dla Ciebie i czym jest dla prawie 140 tysięcy kobiet czytających cię na facebooku?
Nie wiem czym jest dla czytających kobiet, stosujących w życiu to, co proponuję, nie czytam w ich głowach…:) Mogę tylko mieć nadzieję, że jest inspiracją, otuchą, zachętą, motywacją, ale także czymś na kształt praktycznej edukacji życiowej, której zabrakło w szkole. Edukacją na temat emocji, odpowiedzialności, dojrzałości oraz zasad, które rządzą życiem, a o których nam ani w domu, ani w szkole nie powiedziano…

Dla mnie osobiście Kobiecy Punkt Widzenia to styl myślenia i podejście do życia. Dzielę się tym co sama stosuję, bo wierzę, że to my stoimy za jakością naszego życia i od nas ono zależy. Poprzez zmianę tego co w nas – zmieniamy to, co wokół nas… Kocham to co robię i codziennie jestem wdzięczna za możliwość inspirowania kobiet i otwierania im oczu na szerszą perspektywę…

– Jak dziś określasz swój życiowy cel?
Moim celem jest podnoszenie wibracji świata poprzez pomaganie ludziom. Zależy mi na tym, żeby czuli się lepiej i lepiej wykorzystywali swój potencjał. Brzmi to dość ogólnie, ale właśnie tak to czuję i to ze mną rezonuje. Mówiąc prościej – staram się sprawić, że ludzie i świat są szczęśliwsi…

– Czy uważasz, że szczęście jest w naszym życiu najważniejsze?
Według mnie szczęście to wewnętrzny stan, który pozwala nam być dobrym dla siebie i dobrym dla innych – w bardzo ogólnym tego słowa znaczeniu. Więc tak, według mnie szczęście jest najważniejsze, ponieważ czucie się dobrze jest kluczem do dobrych decyzji, realizowania swojego potencjału, do przeżywania w pełni życia i tego co przekazujemy dalej… Ciężko jest dawać szczęście, gdy jest się nieszczęśliwym, prawda?

– Co dla Ciebie oznacza „kochać siebie”?
Kochanie siebie to stan, kiedy akceptujemy siebie z tym jacy jesteśmy i co zrobiliśmy. Nasze ciała, nasze umysły, naszą przeszłość i naszą teraźniejszość. To stan, w którym traktujemy siebie jak najlepszego przyjaciela, zależy nam na własnym dobru, rozwijamy to, co w nas najlepsze i dajemy sobie prawo do własnych opinii, zdań, bycia takimi jakimi jesteśmy, ale także do życia po swojemu. Nie jest łatwo ten stan osiągnąć, sporo wszelkiego rodzaju przeszkód jest po drodze (powinności, poczucie winy, niewybaczenie), ale zapewniam – warto, bo wtedy wszystko staje się dużo prostsze…

– Wracając do Kobiecego Punktu Widzenia – jak często, i gdzie robisz warsztaty dla kobiet?
Moją domeną jest praca przez internet i kompleksowa zmiana, dlatego też zajęcia ze mną trwają minimum 14 dni, bo to jest czas, kiedy można dokopać się do źródła problemu, zmienić percepcję, zastosować nowe podejście i co najważniejsze – utrwalić je i sprawdzić w praktyce. 14 dni to także czas, kiedy pojawia się zwątpienie i stare schematy – dlatego moja pomoc, wiedza i wsparcie pomaga zamiast odpuścić – przetrwać i wyjść z tego jeszcze silniejszą.

– Czy masz w planach przyjazd do Nowego Jorku?
Mam! Bardzo chciałabym przylecieć, mam to miasto na swojej „bucket list”. Marzy mi się, aby prawdziwie poczuć Nowy Jork i zobaczyć jak się w nim żyje.

– Powiedz – czy uważasz, że każdy z nas ma prawo do życia takiego, o jakim marzy?
Odpowiem pytaniem na pytanie: a dlaczego niby nie? Dlaczego ktoś miałby być „gorszy”, zasługiwać na mniej, poświęcać się, rezygnować z siebie i ze swoich pragnień? Często powtarzam – nikt z nas nie jest „bublem” ani niedoróbką…

– Tak więc co, lub kto nas przed tym powstrzymuje? Dlaczego wciąż czegoś nie osiągamy? I to w czasie kiedy inni: a to sukces finansowy, a to szczęśliwa rodzina albo – i jedno i drugie naraz?;)
Tak naprawdę sami siebie powstrzymujemy, a właściwie to, co jest w naszych głowach nas zatrzymuje. Ograniczające przekonania, nieuleczone stare rany, poczucie winy, brak wiary w siebie, niezasługiwanie, wedle własnej opinii, na nic dobrego – to wszystko sprawia, że tworzymy mechanizmy, które nas sabotują i w momencie, w którym powinniśmy coś zrobić – nie robimy i odpuszczamy. Inni nie są większymi szczęściarzami, nie mają nadprzyrodzonych sił, po prostu pracują nad sobą, poznają zasady, stosują je, zmieniają to kim są i dlatego też zmienia się ich życie i mają efekty. Wiem, że brzmi to dość niewygodnie, ale drogi na skróty nie ma. Aby zmienić swoje życie – trzeba zmienić siebie i robić, próbować aż do skutku, aż przyjdą efekty!

– Chciałbym, żebyś powiedziała coś o Twoim wieku. A w zasadzie – o kwestii upływu lat w życiu kobiety.
Przyznam szczerze, że mam ambiwalentne odczucia wobec mojego wieku. Z jednej strony zdaję sobie sprawę z tego, ile mam lat, widzę pewne zmiany w wyglądzie, ale z drugiej – nigdy wcześniej nie czułam się tak rewelacyjnie i nie miałam takiej pewności, że wszystko na co tylko mam ochotę jest jeszcze przede mną…

Generalnie uważam, że presja społeczna w stosunku do wieku i wyglądu kobiet jest dużo większa niż wobec mężczyzn. I niestety wiele kobiet definiuje siebie oraz swoją wartość poprzez swój wygląd i wiek, co znacząco wpływa na to jak się czują. Dla nich upływający czas jest wrogiem, bo umniejsza ich wartość.. Dlatego sugeruję, aby nie bazować tylko na swoim „opakowaniu”, ale przede wszystkim na zawartości…

Kwestię wieku mogłabym podsumować krótko – pracujemy na to jak wyglądamy i na ile lat się czujemy i nie jest to kwestia płci, to kwestia tego kim w środku jesteśmy i co z tym robimy.

– Czy długo Ty pracowałaś na swój sukces?
Długo czy krótko to pojęcie względne. Dlatego powiem szczerze: efekty i sukces zaczęły się pojawiać wtedy, kiedy odrzuciłam syndrom rozkapryszonej kobietki, kogoś, kto chciał się prześlizgnąć, zrobić tylko to co miłe i wygodne, a zaczęłam robić to co zrobić należało i po prostu bez wymówek na sukces pracować… Parę ładnych lat mi zajęło dotarcie do takiego podejścia.

– Domyślam się, że to wcale nie koniec Twojej pracy, tak?
Cały czas czuję, że aż się we mnie przelewa to wszystko co chciałabym innym przekazać, pokazać i nauczyć. Szukam tylko sposobu jak zrobić to na większą skalę, jak zainspirować jeszcze więcej ludzi…

– Co na tej drodze było dla Ciebie największą niespodzianką, a co okazało się największą przeszkodą?
Niespodzianka? Hmm… we wrześniu byłam na warsztatach, gdzie prowadząca w czasie trzech minut i 11 sekund zmieniła mój sposób patrzenia na siebie, przez co automatycznie wzrosła moja wartość we własnych oczach, co przełożyło się na wzrost zarobków. Pokazało mi to – jak błyskawicznie można dotrzeć do człowieka i zmienić jego światopogląd! Przeszkoda? Czas. Zbyt wiele rzeczy, które chcę zrobić i zbyt mało czasu na nie.

– Boisz się porażek?
W moim słowniku nie ma takiego słowa i zawsze zachęcam do tego, aby nauczyć się podchodzić do rzeczy w podobny sposób jak ja to robię. Rzeczy nie są czarno – białe i nigdy nie jest tak, że coś jest kompletnie nieudaną próbą! Zawsze, ale to zawsze uczymy się czegoś, posuwamy się do przodu, a to przecież nie jest porażka! Poza tym cokolwiek robimy – my sami jesteśmy bardzo ważnym ogniwem w tym procesie i najczęściej stoimy za tym czy coś udaje nam się osiągnąć czy nie. Nasze zaangażowanie, wiedza, umiejętność bycia elastycznym, proszenia o pomoc – to wszystko przekłada się na to czy osiągamy sukces, czy też zaliczamy porażkę.

– Opowiesz nam, jak wygląda Twój typowy dzień „roboczy” oraz – czy „obchodzisz” weekendy?
Poranki są kompletnie moje, przeznaczam je na osobiste rytuały, medytację, pisanie, ćwiczenia z emocjami oraz ćwiczenia fizyczne. Następnie jem śniadanie i pracuję w blokach 45-minutowych przez kilka godzin – w zależności od tego czy w danym czasie są warsztaty online, jakie projekty realizuję. Reszta dnia to obowiązkowo czas na zewnątrz, dobra lektura bądź zwyczajnie spędzanie fajnie czasu z moim partnerem. Weekendy są dla mnie takim samym dniem jak każdy inny, ale dla zasady – w niedzielę nie pracuję.

– Poza pracą – co najbardziej lubisz robić?
Kocham morze, dobrą kuchnię, jazdę autem i wszystko co niesie ze sobą wiedzę i zrozumienie, czyli wszelkiego rodzaju wykłady, książki, zajęcia… ot, takie skrzywienie (śmiech)

– Czy masz już plany na Święta Bożego Narodzenia i Sylwestra?
Tak, mam i przyznaję, że jestem niezwykle tymi planami podekscytowana. Razem z moim partnerem lecimy na 14 dni na Bali, więc czekają mnie dość egzotyczne święta.

– Czego Tobie życzyć na Święta i Nowy Rok?
Aby było tak samo dobrze jak jest…

– A czego Ty życzysz nam?
Wszystkim życzę wiary w siebie i w to, że możecie przeżyć swoje życie tak jak chcecie. Wymaga to trochę pracy, ale jaka satysfakcja…

– Zbliża się początek nowego roku. Często z tej okazji robimy noworoczne postanowienia. Czy mogłabyś doradzić czytelnikom Kuriera Plus – jak najlepiej je robić? Jak podejść do tego tematu, żeby wreszcie było skutecznie?
Przede wszystkim sugeruję nie czekać do pierwszego stycznia, tylko wyprzedzić ten dzień i podjąć decyzję o zrobieniu czegoś już teraz. Po drugie – znaleźć powód, mocne „dlaczego” chce się daną rzecz zrobić, bo bez tego ciężko ruszyć z miejsca. Po trzecie – określić małe kroki, zamiast rzucania się na wielkie wyzwania i robić te kroki codziennie, a następnie nagradzać siebie i doceniać działanie. Po czwarte – jeśli się odpuści, zawiedzie siebie – nie robić z tego dramatu, „końca świata”, nie obwiniać siebie, tylko po prostu – zacząć ponownie, bo to normalne w procesie uczenia się i robienia czegoś nowego.

– Dziękuję za rozmowę i do zobaczenia w Nowym Jorku!

Rozmawiał Marek Rygielski