Oscar Wilde, jeden z najwybitniejszych pisarzy brytyjskich dziewiętnastego wieku. Jego znakomite komedie cieszyły się ogromnym powodzeniem, jego dowcipne, zręczne powiedzonka podchwytywano i przekazywano natychmiast dalej. W Londynie „wszyscy” mówili językiem Wilde’a. Świetny powieściopisarz, poeta, autor poważniejszych dramatów, pisarz.

Wilde, król salonów, ulubieniec publiczności, u szczytu sławy, powodzenia, pieniędzy, wdał się w bezsensowny proces, który przegrał. Oskarżony o „obrzydliwą społeczną nieprzyzwoitość (gross public indecency), mówiąc prościej – homoseksualizm, został wtrącony do więzienia. Przesiedział ponad dwa lata z czterech, na tyle bowiem opiewał wyrok.

Z wyżyn na samo dno
Był to dlań niewyobrażalny szok. Nagle, w ciągu paru godzin, z najwyższych kręgów społecznych, wielkiej popularności, podziwu i uznania, sławy, wygodnego, dostatniego życia, spadł na samo dno – do ciężkiego więzienia, z którego zresztą niebawem go przeniesiono do lżejszego. Niewielka to dlań była pociecha. Jedyna ulga to zwolnienie z ciężkiej, brudnej pracy, od której pisarz, przyzwyczajony do trzymania jedynie pióra w ręku, chorował. Po wygodnym obszernym domu w Londynie zamieszkał w niewielkiej, obskurnej celi, miast zwyczajowych wygód – więzienne, ciężkie warunki, miast wykwintnego jedzenia – jadło, które przyprawiało go o mdłości. Miast podziwu i społecznego uznania – surowe traktowanie, a zwłaszcza bezmiar poniżenia, które – wygląda na to – dokuczało mu w równym stopniu, co cierpienia fizyczne.

Z więzienia wyszedł kompletnie złamany na ciele i duchu – w infamii. Do roli londyńskiego/brytyjskiego dyktatora smaku powrócić już ani nie chciał, ani nie mógł – otaczała go pogarda, wrogość; żona rozwiodła się z nim, dzieci mu odebrano; cały majątek stracił. Natychmiast opuścił Anglię, aby nie patrzeć ludziom w oczy i aby oni nie musieli go oglądać. Osiadł w Paryżu, próbował pisać. Bez powodzenia. W trzy lata później zmarł.
W więzieniu napisał „De profundis”. Tytuł może nieco pretensjonalny (nadany przez wydawcę), ale ten list-esej zrobił na mnie kolosalne wrażenie. Rozprawa ta jest uważana za jedno z najważniejszych dzieł o (nieszczęśliwej) miłości.

Przenoszono go z więzienia do więzienia. Jedną z licznych przyczyn cierpień Wilde’a w zamknięciu była pisarska bezczynność. Kiedy ostatecznie osadzono go w więzieniu Reading, dyrektor użył wybiegu, aby zgnębiony autor znalazł pociechę. Jedyne, co więźniom wolno było, to pisać listy, a ich długość nie była określona. Wilde otrzymywał więc sporą kartkę papieru, kiedy ją zapisał, zabierano ją i dawano mu kolejną. Na tych kartach pisał list. Adresatem był Lord Alfred Douglas, zwany pieszczotliwie „Bosie”. Opis dziejów związku z nim stanowi część „listu”.

To romans z Douglasem stał się przyczyną wszystkich późniejszych nieszczęść pisarza. „List” do niego przyjaciele Wilde’a wydali jako „De profundis”, w okrojonej postaci, ponieważ dużo czasu upłynęło, nim można było (ze względu na ówcześnie rozumianą przyzwoitość) opublikować rzecz w całości.

Esej o upadku
Jest to list miłosny. O tragicznej, zawiedzionej miłości, o uczuciu potężnym, ale jak najgorzej ulokowanym, destrukcyjnym. Jak zrozpaczony kochanek dawnych romansów, Wilde zarzuca młodszemu od siebie Bosiemu niewdzięczność, obojętność, wykorzystywanie go do samolubnych celów, okrucieństwo, manipulację, etc. Znajdujemy w „De proundis” całą litanię skarg na nieodwzajemnione uczucie.

Więzienie to nie miejsce na sztukę słowa, z której słynął Oscar Wilde – z celnych powiedzonek, trafnych, a dowcipnych paradoksów. Największym z występków jest płytkość ducha – pisze; to jeden ze zwrotów, bladych wspomnień jego niegdyś skrzącego się humoru; albo głębi myśli odnajdywanej w paradoksalnej naturze rzeczywistości, ujętej w przeciwieństwa słowne.

Zarzuca Bosiemu właśnie płytkość duchową. Jego prymitywny umysł intelektualnie poniżał Wilde’a. Jego obecność przy nim okazywała się rujnująca dla sztuki artysty, dla jego finansów – lord Douglas wyciągał od pisarza spore sumy pieniędzy, nie mówiąc już o wydatkach Wilde’a na kosztowne eskapady z kochankiem. Związek ten był katastrofalny dla jego szczęścia. Ale najgorsza – jak wielokrotnie przyznaje – była jego moralna degradacja.

Należy pamiętać, że dla Wilde’a – estety i jednego z najświetniejszych umysłów swej epoki – moralność miała szerokie znaczenie, obejmowała także i piękno, i rozum: brzydota i głupota są niemoralne. Miłość do tego niewiele wartego młodzieńca, o którego zaletach nawet jego matka wyrażała się z rezerwą – miała wszelkie znamiona nieetycznej namiętności do młodego człowieka z jego marnym gustem artystycznym, jego ubogim intelektem i jego brakiem względów moralnych. Była to wulgaryzacja życia, staczanie się w dół.

Wilde wiedział o tym, próbował przestać spotykać się z Bosim, szamotał się. Nie mógł zerwać toksycznego związku. No i katastrofa…

Największy błąd w życiu
Los Wilde’a przypomina w jakiś sposób tragedię Boecjusza. Pisałem o tym wcześniej. Ale Rzymianin, którego fortuna nagle ściągnęła na samo dno upadku, stara się znaleźć pociechę w stoickiej filozofii: taka jest kolej rzeczy i nie należy złorzeczyć na los. Wilde nie jest stoikiem, szarpie się, przeklina – swego kochanka, ale przede wszystkim siebie. Nie był dostatecznie uważny, stosownie roztropny, zapomniał o najważniejszym – o moralności (w jego rozumieniu).

W więzieniu odnajduje rzecz najważniejszą – pokorę. Został obdarzony hojnie niemal wszystkimi darami – talentem artystycznym, fizyczną urodą, bogactwem, pozycją społeczną – zmarnował je sam bezmyślnie i dobrowolnie. Przeszedł niemal wszystkie możliwe etapy cierpienia, uwolnił się od złości, goryczy. Przyjął swój los jako karę, ale karę, z której wynika nauka. Innymi słowy, karę nie jako potępienie, ale jako surowe pouczenie.

Nierzadkie jest dziś traktowanie Oscara Wilde’a jako jednego z pierwszych męczenników za sprawę homoseksualizmu. On sam tak tego nie widzi. W „De profundis” bynajmniej nie wyrzeka na swą seksualną orientację. Dostrzegł coś chyba istotniejszego: że zmarnował, roztrwonił, co mu zostało dane, użył wielkiego talentu, czaru osobistego, lotnej inteligencji w niewłaściwy sposób, dla jak najbardziej doczesnych, zmysłowych korzyści. Dla podbudowywania swej próżności, dla karmienia dumy, dla lekceważenia i traktowania z góry ludzi, którym nie poszczęściło się, jak jemu.

Odmienna reakcja na odmianę losu, spadek z wyżyn na dno: Boecjusz znajduje pociechę w stoickiej filozofii, Wilde – w katolickiej religii. Pierwszy traktuje odmiany w ziemskiej egzystencji jako naturalną kolej rzeczy: dobre i złe jednako przypadkiem nam się zdarza. Drugi widzi je jako karę, jako ostrzeżenie i naukę. Wilde, jak i wielu innych, nie traktuje świata jako absurdalnego, bez celu, i bez sensu, w którym perypetie ludzkie nie mają skrytego wymiaru i toczą się bez głębszego znaczenia. Właściwie dopiero XX-wieczne filozofie przyniosły taki właśnie sposób myślenia o świecie jako absurdzie; rozumowanie tkwiące korzeniami głęboko jeszcze w mądrości starożytnych. Zasadniczo jednak widziano rzeczywistość jako celową, sensowną i zbudowaną według racjonalnego, a zwłaszcza etycznego porządku, a losy ludzkie to przejaw ładu wykraczającego poza indywidualną egzystencję; innymi słowy – ich perypetie układają się w swoistą naukę moralną.

Najistotniejsze wydaje się w życiu rozpoznanie, czego właściwie mamy dokonać, po co znaleźliśmy się na tym świecie, co mamy do zrealizowania. Wilde najbardziej wyrzuca sobie, że sprzeniewierzył się zadaniu do wykonania, przefrymarczył dany mu skarb, rozmienił go na bardzo drobne. Był przeznaczony do wielkości. Nie zrozumiał tego, uznał, że wielkość to pozwalanie sobie na wszystko, to dogadzanie najbardziej przyziemnym skłonnościom, a nie dyscyplina, praca; to jedynie przyjemności i uleganie zmysłom, a nie przede wszystkim obowiązek wobec siebie, wobec otoczenia, wobec Boga, który obdarzył go tak hojnie. Okazał się marnym człowiekiem, nie zrozumiał, że to, co mu dano, to nie dla jego osobistej przyjemności, ale względy, jakimi go obdarzono, są swoistą „pożyczką” do spłacenia ludziom, światu. Tylko w ten sposób życie może nabrać sensu, jeśli mówiąc słowami starożytnego myśliciela, rozpoznamy „przyczynę celową”, czyli: do czego mamy dążyć, co nam właśnie przeznaczono, co mamy, albo powinniśmy robić, ku czemu zmierzać, aby wykorzystać w pełni nasze możliwości, talenty, zdolności. Ich roztrwonienie to nie tylko błąd życiowy, ale coś znacznie więcej – to występek, to grzech. Jeśli temu najważniejszemu nie sprostamy, to w ładzie moralnym Wilde’a będzie to największy błąd życiowy, jaki popełnić możemy.

Czesław Karkowski

„Na emigracji“, najnowsza książka Czesława Karkowskiego, do kupienia w księgarni Amazon: amzn.to/2g0fY9A