Ależ ja jestem biesiadny! Nic a nic się pod tym względem nie zmieniam od wczesnej młodości. W Świdrze byłem biesiadny, w Warszawie takoż, w Paryżu i owszem, a w Nowym Jorku to już istne szaleństwo. Od przyjątka do przyjęcia, od rautu do balu i z powrotem. Tu popitko, tam popitko. Tu imieniny, tam urodziny. Tu zdany egzamin, tam awans. Powitanie albo pożegnanie. Tam wesele, tu stypa. Premiera albo wernisaż. Tu wódeczka, tam winko, ówdzie tequila. Naleweczki też mile widziane, no a bimberek – wiadomo. We Francji były wina, szampany i koniaki. W Szwajcarii likiery i sery. W Niemczech rizlingi i piwa. W Wiedniu, sznycle, serniki i kawa po wiedeńsku. Tu zakąska, tam pełne jedzonko. Kawiorek, łososie, bieługi, krewetki, ostrygi, muszle św. Jakuba i homary. A co? Nie wolno? Raz się żyje! Konstytucja nie zabrania.

W Reims wypiłem tyle szampana, że wydawało mi się, iż jadę windą prosto do nieba. I było to bardzo przyjemne. Coraz to nowe przestrzenie się przede mną otwierały. Aniołowie pięknie śpiewali, cherubinowie utrzymywali mnie w pionie, święty Piotr kiwał zapraszajaco. W Lozannie na bankiecie po premierze Baletu Bejarta wydawało mi się, że jak Kordian unoszę się nad Mont Blanc, bielejącym lodowo i śnieżnie po drugiej stronie Lemanu. Co się działo po innych popremierowych bankietach, lepiej nie pisać, żeby nie drażnić jakże licznych prawicowych czytelników „Kuriera Plus”, nie mówiąc już o nobliwych Trumpistach i Kaczystach. Jednakowoż dla rozhuśtania ich wyobraźni wspomnę kankany i szpagaty na stołach. Proste i poprzeczne. Śpiewy, kabaretowe skecze i monologi, hulanki, swawole. Romanse, flirty, miłości dozgonne i sezonowe. Nadzieje i rezygnacje. Awantury i wzajemne pretensje. Też niby normalka, ale niemiła. A potem przeprosiny i wzajemne kochajmy się.

W Świdrze i Warszawie były dwudniówki zwane bulbesami. Z pokotem o świtaniu. Było po czym odpoczywać, bo w głowie namnażały się wiadome procenty a nogi bolały od tańców. A tańce zazwyczaj do białego rana. Na przemian przytulne i skoczne. Jak nie było pokotu, to następnego wieczora – poprawiny. I od nowa pani Janowa. Działo się, oj działo! A potem, podczas rozpamiętywania, jak było, przypominania sobie najśmieszniejszych sytuacji i uzupełniania luk w pamięci, planowało się kolejną zabawę lub prywatkę. Dzisiaj powiedziałoby się – imprezę.

W Nowym Jorku też się natańczyłem z paniami z różnych pokoleń. Świetnie pląsało mi się m.in. z Krystyną Mazurówną i Dorotą Masłowską oraz pewną piękną primabaleriną z Wenezueli. Jej narzeczony był bardzo zazdrosny o nasze kolejne wygibasy. Sam tańczyć nie umiał i źle znosił duety na scenie z udziałem swej wybranki. W końcu musiała od niego odejść. Wolała scenę. A poza wszystkim, co to za facet, który nie umie tańczyć?

$

Lubię przyjmować gości. Zwłaszcza takich, z którymi łączą mnie nici sympatii i którzy ubogacają mnie swoją wiedzą lub sztuką. Chętnie zapraszam też gości, których z jakichś powodów lubię, czasem nawet nie wiem, dlaczego. Mam kilka takich osób w polu mojego widzenia, w moim intymnym niemałym świecie. O gościach, wobec których powziąłem uwodzicielskie zamiary na różnych płaszczyznach i w różnych wymiarach, nie będę pisał, ze względu na owych superprawicowych czytelników, nieskazitelnych konserwatystów oraz ortodoksów wszelkiej maści. Wszystkich jednak zapewniam, że mam przeszłość o wiele bardziej moralną niż obecny główny lokator Białego Domu.

Najbardziej szczęśliwy jestem, kiedy uda mi się zgromadzić przy stole osoby, które lubią siebie nawzajem i mają coś ciekawego do powiedzenia. Wbrew pozorom, nie mam wcale potrzeby brylowania w towarzystwie i zawsze czekam na czyjeś inicjatywy. Chętnie też pobudzam do wspólnej rozmowy osoby mniej śmiałe lub skrępowane sławą lub rangą innych biesiadników. Wyznaję zasadę, że u mnie każdy gość powinien mieć co najmniej swoje przysłowiowe pięć minut. A jak się da, to oczywicie i więcej. Przestrzegam tego konsekwentnie. I najczęściej udaje mi się to, acz nie zawsze. Bywa, że zbieramy się, by fetować kogoś wybranego i wtedy sytuacja jest jasna – to on jest główną gwiazdą wieczoru. Wspólny stół, to nie tylko mebel, przy którym się siedzi i je, ale także pewna wspólnota zebranych. Jeśli nie jest naturalna, trzeba ją wspólnie stworzyć, choćby tylko na ten jeden wieczór. Poprzez wspólne rozmowy, poprzez wspólne słuchanie się. Bywa nierzadko i tak, że osoby z tejże okazjonalnej biesiadnej wspólnoty, chcą się później ponownie widywać. Tak się działo m.in. w dworach szlacheckich i w arystokratycznych salonach.

Poczytajmy w książkach i wspomnieniach, pooglądajmy na filmach.

Nie lubię spotkań i przyjęć byle jakich, podczas których nie dochodzi do żadnej wspólnoty i zamiast niej są tylko rozmowy na boku, plotki i zajęcia w podgrupach. Niestety jest ich znacznie więcej niż owych wspólnych biesiad przy stole, podczas których każdy wnosi coś do wspólnej rozmowy lub zabawy. Cóż poradzić – niższe wypiera dzisiaj wyższe. Wypiera i rozpiera się butnie. Zadowolone z siebie i zakochane w sobie. Nieświadome własnej niewiedzy i braku dobrych manier. Nieustająco samokreujące się i samolansujące.

$

Życie towarzyskie i biesiadne zatruwa teraz polityka. Podziały są coraz głębsze i rodzą coraz większą niechęć. I tu, w Stanach i tam, nad Wisłą. Ciekawe, że one właściwie odpowiadają większości ludzi i niemal nikt nie stara się ich zasypywać. Wszystkim się wydaje, że problemy się porozwiązują, kiedy jedni narzucą drugim swoją wolę. Otóż nie stanie się tak! Problemy zostaną, tylko co najwyżej przesuną się w czasie lub zejdą chwilowo na drugi plan. Potrzebny jest nieustanny dialog i kompromis. Kompromis jako wartość nadrzędna. Do tej pory kompromis był pojmowany w Ameryce na ogół jako sukces. Czy tak będzie i teraz? W Polsce kompromis zawsze oznaczał klęskę dla wszystkich stron. I tak niestety zostanie.

$

Kto nas Polaków tak strasznie podzielił po 1989 roku?

$

Czy są jeszcze niezależne i obiektywne media? Czy są jeszcze niezależni i obiektywni publicyści i komentatorzy życia politycznego? Ja ich nie widzę, ale może ktoś mi ich wskaże. Wdzięcznym będę wielce, bo nie chciałbym się załamać.

$

Rada dla polskiego publicysty debiutującego w mediach prawicowych – nie pisz krytycznie o kaczyźmie, trumpiźmie, rządzie PiSu, państwie wyznaniowym, państwie narodowym, mediach narodowych i wadach narodowych, bo stracisz pracę. Odwrotną radę dam tym, którzy debiutują w mediach liberalnych – pisz zawsze krytycznie o kaczyźmie, trumpiźmie, rządzie PiSu i dalej, jak wyżej. Pamiętajcie, że nie oczekuje się od was prawdy jako takiej, tylko prawdy, tej, w którą wierzą wasi czytelnicy i która jest im wygodna. Pamiętajcie też, iż tzw. polityka redakcji, to nic innego, jak manipulowanie prawdą.

$

Wybieranie mniejszego zła, to jednak wciąż wybieranie zła.

Andrzej Józef Dąbrowski