Zanim, jak obiecałem ostatnio, zajmę się książkami, wrócę jeszcze do podróży Polaków. Znany nowojorskim czytelnikom dziennikarz i globtroter Sylwester Walczak, przeczytawszy mój felieton dodał swoje trzy grosze. Sylwek miesiącami przesiaduje na Filipinach, Kolumbii itd. ale ostatnio na coraz dłużej zatrzymuje się w Polsce i stamtąd czasem kupuje sobie wycieczki (dotychczasz zwykle jeździł sam). Pisze Walczak: „Co do biur: dobrą jakość ma Rainbow Tours (z Łodzi). Ciekawe trasy ma Logostour, ale jest droższy. Doskonały jest Marek Śliwka (Logos Travel), ale bardzo drogi. No i chyba największym biurem na polskim rynku pozostaje nadal Itaka (niewiele z nimi jeździłem, gorsza jakość niż Rainbow) Tak więc to chyba nie do końca prawda, że rynek package tours zdominowały obce biura, te najlepsze polskie dobrze się trzymają.”

Kto wyjeżdżać nie może lub go na to nie stać, rekompensuje to sobie podróżami fantazji, na przykład czytając książki.

Polskie książki są czymś niezmiernie ważnym dla imigrantów, przynajmniej tych, których osobiście znam (próbka może nie być reprezentatywna). W ich nowojorskich domach stoi klasyka, wspomnienia Głowackiego i innych sławnych artystów (czytając, rozpoznajemy czasem znane nam osoby i miejsca), Pilch, Tokarczuk, wiersze Miłosza, aforyzmy Leca. Książki są ładnie wydane, nie podpadają pod amerykańską sztampę: hard cover i paperback. Miewają piękne okładki i wysmakowany układ graficzny stron. Widać, że ciągle jest to nie tylko dzieło umysłu ale też rzemiosła, sztuki użytkowej; piękny przedmiot do trzymania na zawsze.

Znikają polskie księgarnie na Greenpoincie. Może ludziom brak pieniędzy, coraz mniej mają serca do polskich spraw, a może po prostu wrócili już do Polski?
Skoro tak, pewnie kupują książki właśnie tam.

Rynek księgarski w kraju zmienia się tak samo, jak na całym świecie. „Zmienia” to zresztą eufemizm słowa „zmniejsza się”. W Stanach Zjednoczonych znikają małe księgarnie, a wielkie sieci, jak Borders, upadają lub, jak Barnes & Noble, zmniejszają liczbę sklepów. Podobnie jest w Polsce. Dominują wielkie sieci: Empik, Matras. Nie ma ich księgarń aż tak wiele: są np. w byłym domu towarowym Junior w Warszawie i w galeriach handlowych. Zamknęła się niestety kilka lat temu wielka księgarnia Traffic w starym domu towarowym Braci Jabłkowskich. Te ocalałe zmniejszają powierzchnię i redukują działy książkowe, płytowe i z filmami, handlując zamiast tego gadżetami (tak, jak księgarnie uniwersyteckie w USA). O ile książek jest jeszcze sporo, to już kompakty i DVD zajmują tylko kącik. Starsi ludzie nadal kupują papierowe książki. Młodzi nie kupują zaś muzyki i filmów na płytach, lecz ściągają je z Internetu. Dość rozbudowany jest dział tradycyjnych płyt długogrających, na które wraca moda. Jest to jednak ciekawostka dla miłośników dobrego, staroświeckiego dźwięku. I są drogie – kosztują po 30 dolarów i więcej.

W Nowym Jorku zamykają się małe specjalistyczne księgarnie, jak muzyczna Paterson na tyłach Carnegie Hall. W Polsce także ledwo dyszą choć jeszcze są takie specializujące się w muzyce, prawie, językach obcych.

Innym problemem jest, że w Polsce nie ukazuje się aż tak dużo tytułów, trudno więc byłoby zapełnić całą księgarnię np. muzyczną. Nie ma też wielu dodruków – gdy nakład jest wyczerpany, książkę można przeczytać tylko w Bibliotece Narodowej.
Znika więc na naszych oczach rynek kupowania muzyki i filmów na płytach. To samo spotka papierowe książki, ale nie od razu. Ciągle duża grupa ludzi, w tym i młodych, uznaje tylko papierową książkę – dla jej zapachu, formy, walorów sentymentalnych. Dużo ludzi czyta takie książki w metrze, w kawiarniach (w Nowym Jorku przecież też). Jako tułacz przejmuję się może za bardzo relokacją, przenosinami majątku, w tym książek. Większość Polaków ma jednak przecież swoje stałe miejsce na ziemi, te książki więc już z nimi zostaną.

Podobno przeciętny Polak statystycznie czyta rocznie jedną książkę, a może nawet ćwierć książki. Kiedyś czytał więcej? Nie wiadomo. Za komuny wydawano książek wiele i tanio, w tym ważne pozycje literatury światowej. Polowało się na nowości, szukało znajomości w księgarniach. Może było to z braku innych towarów i rozrywek, i ze snobizmu. A może to dotyczyło tylko małej grupy inteligencji w miastach?
Dziś na półkach pysznią się wspomnienia mafiozów i ich żon (ale i policjantek), reportaże. Przekłady, poradniki, albumy, literatura piękna. Cokolwiek wzbudziło zainteresowanie za granicą, jest natychmiast tłumaczone. Widzę wiele książek, które wcześniej kupiłem na Amazon.com.

Ze znanych nam nazwisk popularność podtrzymują Janusz Głowacki, Jerzy Pilch, Olga Tokarczuk. Dużo jest kryminałów i książek fantasy nieznanych mi bliżej, a podobno kultowych, polskich autorów. Kto lubi tematy sentymentalne, znajdzie opisy absurdów PRL-u, relacje z życia celebrytów dawnych lat, wspomnienia słynnych aktorów. Kto jest człowiekiem o pryncypialnych, patriotycznych poglądach, kupi wszelkiej maści rozliczenia przeszłości. Można też, a jakże, potwierdzić swoje poglądy o dominacji nad światem masonów, Geeorge’a Sorosa i naszych braci w wierze. Ale też są przynajmniej trzy książki o piłkarzu Robercie Lewandowskim, o Messim i klubie Barcelona.

Ja przekopują się przez dziesiątki, kuszących kolorowymi okładkami, reportaży ze świata. Wygląda na to, że każdy Polak, który wyjeżdżał za granicę lub tam mieszkał, publikuje na ten temat blog a następnie książkę. Możemy więc poznać życie codzienne w Islandii, Białorusi i Iranie, odbyć podróż koleją transsyberyjską, dawnym Jedwabnym Szlakiem, motocyklem do Chorwacji, rowerem do Indii, autostopem po Japonii. Połykam te książki jedną za drugą, co rekompensuje mi chwilową niemożność podróżowania. Kilka z nich to były naiwne wypracowania, większość to żywo, czasem dowcipnie napisane relacje. Mam też kilka odkryć – ludzi zdradzających wyjątkowy talent literacki, wrażliwość i zmysł obserwacyjny.

Za jakiś czas ośmielę się przedstawić Państwu moją subiektywną listę odkryć pisarskich.

Jan Latus