Nie mogę powiedzieć, abym był materialistą w sensie filozoficznym, ale „O naturze rzeczy” Lukrecjusza, poetycki traktat z czasów rzymskich, wciągnął mnie niebywale. Nie tyle treścią, co potęgą sposobu przekazania myśli. A wielkość wyobraźni poety, „zwrotnie” działała na odbiór komunikowanych idei.

Lukrecjusz chciał nas wybawić od największego lęku – strachu przed śmiercią, groźnej wizji konania i pozgonnego bytowania pełnego tajemnic i rozpaczy. Istnieje tylko materia, przekonywał; tak naprawdę egzystują wyłącznie atomy – dalej niepodzielne cząstki wszelkiej rzeczywistości. Wszystko ginie, rozpada się, niszczeje, ale atomy trwają wiecznie, znajdują się w ciągłym ruchu, przemieszczają się przez próżnię wszechświata.

Atomy i próżnia
Ów nieustanny „deszcz” atomów przez pustkę kosmosu jest podstawową rzeczywistością. Pokonując niezmierzone przestrzenie atomy wchodzą w rozmaite związki ze sobą, dzięki przeróżnym haczykom i zaczepom swej miniaturowej budowy przylegają do innych struktur, tworzą nową jakość, bądź stają się elementami różnej całości. Tak naprawdę tylko one istnieją, w sensie – istnieją wiecznie, my – tylko chwilowo, jako przypadkowe w istocie ukształtowanie atomów. Mogło być inaczej, odmiennie. Atomy naszego ciała były kiedyś częściami składowymi półki na książki Balzaca, a w przyszłości złożą się na ciało nosorożca (przy założeniu, iż ten gatunek zwierzęcia przetrwa). Co za różnica? Rzeczy, przedmioty, kształty tego świata rozpadają się w materię podstawową i następnie wzbierają, tworzą znane, albo obce nam formy, by ponownie rozpaść się, rozsypać jak klocki lego, i kolejno stać się częściami składowymi innych ciał materialnych.

Sczepiając się ciasno, atomy tworzą ciała zwarte, ciężkie; jeśli zaś pozostawiają między sobą próżnię, ciało jest lekkie, miękkie i delikatne.
Tak działa Natura: tworzy i niszczy, buduje i rujnuje. Niszcząc tworzy w nieustannym ruchu. Nie jest bardziej zainteresowana (jeśli można się tak wyrazić), istnieniem ludnych społeczeństw niż wegetacją kapusty. Odmienne formy życia, ale jednakie tworzywo pod przyszłe ukształtowania. Jak morze – woda wzbiera, tworzy fale. Ich „żywot” jest krótki. Wyczerpują swą energię, rozpadają się na cząstki wody i znowu przyjmują zorganizowaną formę. Natura jest niewyczerpana w twórczej energii, ale też nieubłagana w potędze niszczenia.

Materia i nic innego tylko materia. Ani nie wiemy nic o jej wcześniejszych ukształtowaniach, ani też nie mamy pojęcia, co będzie później. Ale na pewno ani piekielnej kary za popełnione w życiu błędy, ani błogosławionego zbawienia za cnotliwe życie. Opowieści o pozagrobowej egzystencji nic nie znaczą, według Lukrecjusza. Atomy przecież, jako takie, pozbawione są życia, a ich bytowanie to pęd przez ogromną próżnię, zaś bogowie istnieją z dala od nas w szczęśliwym błogostanie, dystansie od kłopotów ludzkich; bytują egzystencją wieczną, niezmienną i niezmąconą. My musimy martwić się istnieniem i jego ciągłymi powikłaniami.

Sugestywny język, niezgoda na treść
Jak powiedziałem: obca mi jest myśl rzymskiego filozofa, ale przemawia do wyobraźni poetycka siła wyrazu traktatu „O naturze rzeczy”. Często powtarzam sobie, za Lukrecjuszem: zużyły się powiązania atomów mego ciała… To mi dolega, tamto nie funkcjonuje jak należy; dawniej atomy mego życia zwarte, silnie sczepione, pracowały sprawnie, przylegając dokładnie jedne do drugich. Dziś klocki mej egzystencji murszeją, rozprzęgają się, ich wzajemna więź staje się coraz luźniejszą strukturą, zaczepy flaczeją, sypią się. Z każdym rokiem jest coraz gorzej. Mam wrażenie, że gdy idę, strząsam z siebie na chodnik mnóstwo tego zużytego budulca. Niewiele pozostanie. Wkrótce obrócę się w materię, z której skorzystają przyszłe betoniarki, może wiązania nart, a wierzę że i organizmy żywe, koty i żaby…

Ale wbrew Lukrecjuszowi, nie znajduję w tej myśli pocieszenia, ani wytchnienia. Dlaczego? Autor „O naturze rzeczy” wykłada naukę swego Mistrza (koniecznie duże”M”!), Epikura. Ten trzeci z wielkich filozofów starogreckich (obok Platona i Arystotelesa) nauczał, iż podstawą życia dobrego i szczęśliwego jest „ataraksja” – spokój ducha. Osiągnięcie tego stanu jest prawdziwym celem wszelkiej mądrej egzystancji. Wątpliwości, zastrzeżenia, niepewność powodują niepokój, czyli stan dyskomfortu, tymczasem ataraksja to pewność przekonania. Poza tym człowiek nie może być szczęśliwy, jeśli jego umysł zakłóca strach przed śmiercią, obawa przed bogami. Przed tym, co mogą nam odebrać. Ale przecież, naucza Epikur, niczego nam nie może odebrać ani śmierć, ani bogowie. Niczego tak naprawdę nie mamy, otrzymujemy jedynie swoistą „pożyczkę” od Natury w postaci sterty atomów naszego budulca. A gromadzone w życiu dobra, zaszczyty, wpływy? To są niepokoje umysłu, zwodzonego „fałszywą” wiedzą o rzeczywistości. Tylko tak naprawdę ciało nas nie oszuka i jego winniśmy słuchać. Wtedy zorientujemy się szybko, jak potrzeby naszego ciała łatwo zaspokoić: trochę jedzenia, wody, ciepła, nieco niezbędnych wygód i osiągamy ataraksję. Reszta? Proch i dym.

Epikur nie uczył tego, co mu się dziś w powszechnym mniemaniu przypisuje. Dziś w potocznym znaczeniu „epikurejczyk”, to ktoś, kto dogadza sobie w życiu. Tymczasem w istocie byłby to ktoś, mówiąc współczesnymi terminami, kto karmi się zdrowym pożywieniem, różnymi kaszkami, orzeszkami i kalarepkami; kto nadzwyczaj oszczędnie korzysta z dobrodziejstw stołu i łoża – na tyle tylko, aby zaspokoić potrzeby. To przeciwieństwo sybaryty i rozpustnika. Brak, jak i nadmiar, zakłócają spokój ducha, a ataraksję osiąga się minimalnymi środkami.

Nie odpowiada mi ta filozofia krowy na pastwisku, przeżuwającej pokarm w błogim zadowoleniu, zwierzęcia, które nawet nie pomyśli o czekającej je rzeźni. Nie odpowiada mi zarozumiałe ukontentowanie, iż ja oto posiadłem wiedzę o rzeczywistości. Żadna wiedza nie da nam pewności, spokoju, przeświadczenia, iż nie ma nic więcej ponad to, co powie nam nauka. Poza tym jest to filozofia bezczynności, bo tylko nic nie robiąc uniknę rozterek moralnych, niepewności, sceptycyzmu. Nie tylko nie uniknę, ale też nie powinienem od wszelkich wątpliwości stronić, bo tylko one tworzą niepokój, który jest twórczy. Ataraksja to koniec wszelkiego rozwoju.

Kto wie, czy nie od wewnętrznego sporu z Epikurem i jego późnym (o jakieś 300 lat) uczniem, Lukrecjuszem, zacząłem własną filozoficzną peregrynację po świecie.

Ideologia dekadencji
Świetny myśliciel i poeta amerykański, George Santayana, trafnie uznał materializm Lukrecjusza (niemal identyczny, jak później u markiza de Sade), za filozofię dekadencji. Tchnie pesymizmem, pustką egzystencji i świadomością nieuchronnej śmierci. Wszelka przyjemność życia, energia i śmiałość istnienia zostaje skażona myślą o rychłej degrengoladzie, rozpadzie i zmieszaniu z atomami wszechświata. Wyziera w niej strach przed życiem, obawa przed ryzykiem, jaki niesie ze sobą egzystencja. Jeśli, jak Lukrecjusz, wygasimy lęk przed życiem, to znika również strach przed śmiercią. Oba stany niemal zrównują się: ledwie żyję, to i prawie nie umieram. Jeśli uzmysłowimy sobie, że nasze człowiecze bytowanie jest wobec Natury tyle samo warte, co los kapusty (powtarzam z uporem to porównanie wzięte z de Sade’a), to właściwie nic nie warto, nic się nie liczy, nic nie ma znaczenia.

Czesław Karkowski

„Na emigracji“, najnowsza książka Czesława Karkowskiego, do kupienia w księgarni Amazon: amzn.to/2g0fY9A