Nikt się nie spodziewał że Danuta Szaflarska odejdzie na zawsze niebawem po swych 102 urodzinach, które świętowała 6 lutego. Była pełna witalności i dobregu humoru. Owszem, parę miesięcy wcześniej zapowiedziała, że już nie wróci na scenę i do filmu, ale nikt nie odczytał tego, jako wycofania się z życia. Przeciwnie, była to zapowiedź istnienia bez przymusów i obowiązków a zatem i bez pośpiechu. Życia bez wewnętrznego biegu, jak mawiała. Lekarze nie pozwolili Jej już wrócić do prób „Sklepu przy głównej ulicy”, którego premiera miała odbyć się w Teatrze Żydowskim w Warszawie w reżyserii Łukasza Kosa z tzw. pokolenia młodszych zdolniejszych. Praca z legendą filmu i sceny była dla niego nie lada zadaniem i wyzwaniem. Nie mówiąc już o pracy z tak pięknym i doświadczonym Człowiekiem. Młodzi aktorzy i reżyserzy uwielbiali panią Danutę, bo nie tworzyła dystansu między nimi a sobą, bo była ich ciekawa, bo mogli skorzystać z Jej mądrości. Tak jest – mądrości! Tej zawodowej i tej ludzkiej. Wynikającej m.in. z wiedzy o życiu i pokory wobec zawodu. Pokora, czy ktoś jeszcze pamięta, co to było?

Pani Danuta szła z duchem czasu. Mając rzemiosło w jednym palcu oraz dar prawdy scenicznej i ekranowej, potrafiła przystosować się do nowych estetyk teatru, filmu i telewizji, także tych, w których już nie trzeba było grać, tylko istotnie być. Nie wiem, czy to „bycie” odczuwała jako zubożenie własnej sztuki aktorskiej, czy tylko jako inny jej rodzaj, wiem natomiast, że w nowych formach była równie prawdziwa, jak w tradycyjnych. Ba, wyczuwało się niekiedy, że lubi się w nich sprawdzać. Jakby chciała powiedzieć – widzicie, ja – przedwojenna absolwentka słynnego Państwowego Instytutu Sztuki Teatralnej i uczennica wielkiego Zelwera, ja – dawna amantka i gwiazda ekranu, ja – aktorka z dużym dorobkiem, umiem dostosować się do zmieniających się formuł i estetyk. Grałam z powodzeniem u wielkich reżyserów, takich choćby jak Dejmek, Axer i Jarocki a teraz gram u nowatorów i eksperymentatorów, takich jak Jarzyna i ów Łukasz Kos. W tym miejscu należy zauważyć, iż nie wszyscy aktorzy, nawet ci, którzy mogliby być dziećmi lub wnukami pani Danuty godzili się na te nowe formuły. Niektórzy oddawali role, nie mogąc lub nie chcąc nagiąć się do oczekiwań reżysera nie mających nic wspólnego z tekstem sztuki lub pierwotnym scenariuszem. Pani Danuta potrafiła i lubiła być elastyczna. I była. Aczkolwiek zawsze zostawała sobą. Była po prostu Danutą Szaflarską w sytuacjach zadanych. Z tym samym wdziękiem, uśmiechem i błyskiem piwnych oczu. Z tą samą kruchością i pozorną naiwnością.

Jej młodość, uroda i talent filmowy nie zostały w pełni wykorzystane w filmie. Po sukcesie, jaki odniosła w „Zakazanych piosenkach” i „Skarbie” nie dostała już ról, dzięki którym mogłaby podtrzymać status pierwszej powojennej gwiazdy polskiego filmu. W pewnym stopniu podzieliła los Elżbiety Barszczewskiej, swej sławnej przedwojennej poprzedniczki. Dla niej również zabrakło ról, bo miała zbyt arystokratyczną urodę, bo stworzyła typ szlachetnej dziewczyny ze szlacheckiego dworku, bo uwznioślała swoje bohaterki. Natomiast Szaflarska była uosobieniem pięknej i dzielnej dziewczyny z Podziemia i Powstania Warszawskiego, która próbuje sobie radzić z przeciwnościami losu. Oba te typy bohaterek nie były potrzebne w proletariacko-plebejskiej Polsce kierowanej z sowieckiego nadania przez komunistyczne władze.

Barszczewska w nowej rzeczywistości spełniała się tylko na scenie, tworząc wielkie role w dramatach z europejskiego i polskiego kanonu, Szaflarska zaś grała role bardzo różnorodne, zarówno w teatrze, jak i w filmie. Świetnie sprawdzała się w klasyce i sztukach współczesnych, w komediach, kryminałach i teatrze absurdu. Była m.in. znakomitą Podstoliną w „Zemście”, Katarzyną w „Poskromieniu złośnicy”, „Czarującą szewcową”, „Paryżanką”, Adą w „Lekkomyślnej siostrze” i pamiętną Barbarą Radziwiłłówną w Teatrze Narodowym. Inny biegun jej ról stanowiły: Lizzie w „Ladacznicy z zasadami”, Clea w „Czarnej komedii”, „Ja – Napoleon”, Agata w „Zamku w Szwecji, Anastasja Pietrowa-Batiuszkowa w „Miłości na Krymie”, Babcia w „Tangu”.

W filmie przyjmowała bardzo różnorodne propozycje, nie bojąc się wyzwań ryzykownych. W mojej pamięci pozostały jej postacie stworzone w „Pożegnaniu z Marią”, „Pora umierać”, „Jeszcze nie wieczór”, „Diabłach i aniołach”, ‘Korczaku”, czy „Żółtym szaliku”. Nie budowała w nich własnego mitu, tylko będąc sobą tworzyła człowieka z krwi i kości.

Przez kilka lat pracowałem pod dyrekcją Gustawa Holoubka jako sekretarz literacki Teatru Dramatycznego m. st. Warszawy. Pani Danuta była w nim jedną z najwybitniejszych aktorek średniego wtedy pokolenia, obok pań takich jak Wanda Łuczycka, Zofia Rysiówna i Ryszarda Hanin. Lubiłem obserwować Ją podczas prób, bo zawsze miała dystans do wszystkiego i wszystkich, począwszy od samej siebie. Lubiłem też Jej poczucie humoru zaprawione ironią i autoironią. Czasem rozmawialiśmy w bufecie o wystawianych właśnie sztukach i książkach, które warto przeczytać. Radziła się mnie w sprawie lektur dla swojej młodszej córki, pytała także o opinię o najnowszych bestsellerach. Niekiedy widywałem Ją w Księgarni Literackiej na Rynku Starego Miasta, do której zaglądała idąc do pobliskiego domu. Tu też dobierała książki dla córki i dzieci znajomych.

Po wielu latach spotkaliśmy się przypadkowo w Urzędzie Śródmiejskim w długiej kolejce po nowy dowód osobisty. Stała przede mną, wspominaliśmy dyrekcję Dejmka w Teatrze Narodowym i Holoubka w Dramatycznym. Nikt z czekających Jej nie rozpoznał. A kiedy urzędniczka wywołała na całą salę Jej imię i nazwisko, nikt z kolejki nie zareagował. Pani Danuta odebrała swój dowód, pożegnała się ze mną i z właściwym sobie wdziękiem, pomknęła w górę po wielkich schodach tak szybko i lekko jakby była ptaszkiem. Dopiero wtedy, ktoś z młodych kolejkowiczów zapytał mnie, kim jest ta pani lekka jak piórko. Kiedy odpowiedziałem, że to Danuta Szaflarska – legendarna artystka i bohaterka Powstania Warszawskiego, nie wiedział o kogo chodzi.

Ciekawe, że kiedy występowała w Nowym Jorku jako najstarsza grająca aktorka świata, polskie i polonijne instytucji, nie wyłączając tych kombatanckich i patriotycznych, nie zorganizowały, nie tylko żadnego wieczoru na Jej cześć, ale nawet najskromniejszego z Nią spotkania.

Andrzej Józef Dąbrowski