W supermarkecie Carrefour w centrum handlowym Galeria Mokotów, między szamponami i słodyczami umieszczono małą sekcję księgarską. Na froncie stoi skrzynia, w niej – książki luzem. Takie, które nie poszły albo za dużo wydrukowano, albo też nieudolny wydawca nie potrafił zapewnić dystrybucji. Smutny widok. Kosztują 9,90 zł czyli mniej niż kawa w kawiarni obok.

Postanowiłem sobie, że nie kupię już żadnej książki i płyty. Musiałem przed wyjazdem wyzbyć się tysięcy stojących w nowojorskim mieszkaniu. Dwie młode Amerykanki, które mieszkanie wynajęły, nie były zainteresowane publikacjami z zakresu socjologii, muzyki klasycznej i w ogóle żadnymi, tym bardziej tymi po polsku. Tak więc rozdawałem je temu, kto tylko chciał wziąć (mało kto); wiele niestety wyrzuciłem.

…Jednak skusiłem się i nabyłem w supermarkecie kilka książek po dziesięć złotych. Wśród romansów i kryminałów wypatrzyłem Marię Janion, Pawła Potoroczyna, Henryka Grynberga. Już je przeczytałem i komuś je podaruję. Nie chcę zapuszczać kolejnej kotwicy, kupować nowej kuli u nogi. Od tej pory będę żyć na walizkach. Nie zatrzymają mnie przedmioty, choćby tak piękne i wzniosłe jak książka i płyta.

Jeśli ktoś z Państwa znajdzie się kiedyś w podobnej sytuacji (choć wątpię) – postanowi wyjechać z USA bez wysyłania paczek i kontenerów, słowem nie będzie chciał transplantować do nowego domu starych gratów i starego życia, doradzam trik psychologiczny. Robiłem tak: brałem do ręki książkę, sprawdzałem czy jest na Amazon.com (jest prawie zawsze) i wpisywałem ją na moją Wish List. Teraz nie zapomnę o niej, nawet jeśli jej nie zacząłem czytać. Będę jej ciekaw, to ją sobie kiedyś kupię albo pożyczę. Nie sięgnę po nią – znaczy, że mogłem się bez niej obyć.
Podobnie zamierzam zrobić z kolekcją kompaktów – na razie niech lokatorki się nimi cieszą.

W powodzi złych wiadomości ze świata, mam dla Państwa dobrą: jeszcze nigdy w historii dostęp do kultury, także wiedzy i informacji, nie był tak łatwy, powszechny i tani.

Powiem jakie ma np. opcje Polak z Ameryki, który przeniósł sie do Polski.

Internet. Oczywiście jest wszędzie. W moim mieszkaniu taniej niż w USA zainstalowano mi modem (także do telewizji kablowej i telefonu) o wysokiej prędkości i nadajniku bezprzewodowym. Internet łapie się bez problemu w kawiarniach i sklepach. Większość posiada smartfony i abonament umożliwiający dostęp do Internetu.

Książki. Skoro przestawiłem się na elektroniczne, przeglądam sobie ofertę Amazona a także innych serwisów, jak BookBub. Często skuszę się na zakup za dwa dolary książki zwykle kosztującej kilka razy więcej. Jest serwis Freebooksy oferujący codziennie kilka fajnych pozycji za darmo. Numer mojej amerykańskiej karty kredytowej już mają, wystarczy jedno kliknięcie.

W Polsce są podobne księgarnie (Amazona jeszcze nie ma) operujące w Internecie: empik, taniaksiążka.pl, woblink. Oferują przeceny i kupony rabatowe. Przez pięć miesięcy mieszkania w Polsce książek kupiłem blisko dwieście. Wspomnienia o Cybulskim, Hłasce i innych artystach z PRL, książki o religii, klasyka: Witkacy i „Chłopi” Reymonta (nie ma praw autorskich, więc za darmo), wywiady-rzeki i powieści, Houellebecq, Murakami, Lem, Janusz L. Wiśniewski. Moje ulubione książki podróżnicze. Teraz czytam kolejną o posowieckich republikach środkowoazjatyckich. Ponieważ wszystkie kupione pozycje są w moim podniebnym archiwum, czyli chmurce, mogę je załadować do czytnika Kindle, do laptopa (zwłaszcza, gdy publikacja ma kolorowe zdjęcia i mapy) i do iPhone’a. Moje książki będą już ze mną wszędzie! Kiedyś na plaży w Tajlandii albo w domu starców w Kostaryce będę sobie czytał Mrożka, no i oczywiście „Odyseę” Homera.

Kupione książki mogę, jako pdf-y, wysyłać do przyjaciół. Kiedyś nie pożyczało się książek, bo ludzie przetrzymywali je, gubili, nie oddawali. Takiego ryzyka już nie ma.

Biblioteki. Nie musi się nawet kupować! W Nowym Jorku w New York Public Library wyrobią kartę biblioteczną uprawniającą do pożyczania na miesiąc za darmo elektronicznych książek. Ponieważ podałem numer amerykańskiej karty, nie mam problemu z zamawianiem z Polski. A mają, za wyjątkiem najświeższych nowości, wszystko.

Magazyny i gazety. Można surfować po Internecie, zwłaszcza po Facebooku, będzie to jednak wybór chaotyczny i już przez kogoś nam wciskany. Można wchodzić na portale wiadomościowe, politycznie obejmujące całe spektrum od lewa do prawa. Strony gazet, jak „New York Times”, „Wall Street Journal”, Gazeta Wyborcza” bywają płatne. Nie stać mnie na „Economist” ale w promocji zaprenumerowałem sobie cyfrowy „NYT” z dostępem do archiwum za sześć dolarów miesięcznie.

Amerykański serwis Texture za dziesięć dolarów miesięcznie daje dostęp do dwustu magazynów – od „Car & Driver” po „New Yorkera” i „Rolling Stone”. Magzter za 32 zł miesięcznie pozwala czytać cztery tysiące magazynów ze świata, w tym polski „Newsweek” czy „Wysokie Obcasy”.
Czy czujecie mój entuzjazm? A jeszcze nie przeszedłem do – też dostępnych tanio i w obfitości – filmów, muzyki, kursów! Zrobię to w kolejnym odcinku.

Ktoś przeczytawszy o tych możliwościach elektronicznego czytania powie: – Za dużo tego wszystkiego! Mózg tego nie przerobi!
Cóż, wiele zależy od tego, jaki kto ma mózg. Pamiętam, że jeszcze w liceum czytałem od deski do deski „Życie Warszawy”, „Przekrój”, „Tygodnik Powszechny”, „Politykę”, „Kulturę” i „Literaturę”. To naprawdę dużo liter i słów. I tak mi już zostało.

Mój ojciec dostaje „Tygodnik Powszechny” pocztą, ja zaś mam w komputerze i telefonie, za sto złotych rocznie, wszystkie teksty z tego pisma, stare i nowe. Ksiądz Tischner czytany w metrze na ekraniku smartfona? Czemu nie?

Obym tylko nie oślepł od tych elektronicznych ekranów!

Jan Latus