Artur Schopenhauer należy do kontrowersyjnych (w specyficznym sensie tego słowa) myślicieli. Sam też nie wiem, czy poważam tego filozofa, czy niekoniecznie.

Skąd taka dziwaczna rozterka? Nie tylko moja. Bierze się z tradycji, w której Schopenhauer odgrywał zasadniczo marginalną rolę. Jego więcej niż pięć minut wielkiej sławy – pod sam koniec życia i pośmiertnie (zmarł w 1860 r.) zwróciło wprawdzie uwagę na jego oryginalną (?) koncepcję, ale było to zainteresowanie w wąskich kręgach bohemy artystycznej i cywilizacyjnych zrzędów.

Postawiłem powyżej znak zapytania. Bardzo wielu ludzi „z branży” odmawia Schopenhauerowi oryginalności: tam gdzie nie był oryginalny i zapożycza się nadmiernie u Immanuela Kanta, tam jest dobry; a tam, gdzie jest oryginalny, po prostu bredzi – głosi potoczna opinia.

Wtórne myśli
„Nabawiłem” się tego przekonania jeszcze w latach uniwersyteckich, kiedy nie sposób było przeczytać wszystkie dzieła, których znajomość obowiązywała na kolejnych latach studiów. Było to fizycznie tym trudniejsze w ówczesnym wrocławskim systemie studiów filozoficznych wyłącznie jako drugiego fakultetu. Pracy więc było moc na obu kierunkach, toteż rozpraw tzw. pomniejszych, albo uciążliwych myślicieli po prostu się nie czytało. Zresztą Schopenhauera główne dzieło (dwutomowe, 800 stron z okładem każdy wolumin) „Świat jako wola i przedstawienie” nie było wtedy dostępne w polskim przekładzie. Uzupełniało się luki w wiedzy przy pomocy niezwykle solidnej, znakomitej historii filozofii Władysława Tatarkiewicza. Akurat ten autor – sumienny i staranny – jakoś albo Schopenhauera nie cenił, albo nie zrozumiał (co wydaje się bardzo wątpliwe). Tak czy inaczej przedstawił go jako niezbyt rozgarniętego epigona Kanta. Studenci obdarzeni taką wiedzą natychmiast myśl Schopenhauera lekceważyli.

Rozpisuję się o tym, aby zwrócić uwagę na sposób formowania naszych poglądów – niekiedy istotnych życiowo opinii: często czerpiemy je z drugiej-piątej ręki, ale bronimy jak swoich. Współcześnie w narastającym zgiełku mediów, stajemy się coraz mniej oryginalni. Większa część naszej wiedzy o świecie, jak i poglądów na mnóstwo spraw, pochodzi stamtąd właśnie. Przesyceni cudzymi przedstawieniami wydarzeń i opiniami na ten i ów temat, nie zdajemy sobie z tego sprawy, ale też nie chcemy o tym słyszeć i obrażamy się, gdy ktoś nam zwróci uwagę na nieoryginalny, wtórny charakter naszych wyobrażeń, wypowiedzi i ocen.

Wracając do głównego wątku: nie tyle podzielam niechętne wobec Schopenhauera opinie, co po prostu nie mogę się zdecydować. Filozof, który powiada „wszelkie życie jest cierpieniem” brzmi jak nieodpowiedzialny, intelektualnie niedojrzały autor.

Oczywiście, każdego, nawet najmędrszego, można ośmieszyć, dobierając odpowiednio jego wypowiedzi i wyrywając je z kontekstu. Ale w tym zdaniu, które zacytowałem z podstawowego dzieła Schopenhauera „Świat jako wola i przedstawienie”, streszcza się istota jego poglądów. I nie w tym też rzecz, że akurat się z nim nie zgadzam. Brak odpowiedzialności intelektualnej polega na tym, że – mówiąc ogólnie – w bardzo obszernych zbiorach można umieścić dwa zdania sprzeczne i jednocześnie prawdziwe; dokładniej – których fałszywości nie jesteśmy w stanie wykazać. Innymi słowy – powiedzieć, że „życie jest piękne” i „życie jest cierpieniem” to dwa jednako prawdziwe zdania. Wniosek: wygłaszanie tego rodzaju ogólnych sądów mija się z celem, niczego w istocie nie wnosi.

W każdym razie wszelkiego rodzaju pesymiści, malkontenci życiowi, smętni egzystencjaliści czerpali strawę duchową z Schopenhauera jako swego mentora. Z tym, że u Schopenhauera przytoczone zdanie jest po prostu konsekwentnym wnioskiem z całego jego systemu, a nie smętną refleksją młodziana w porannej depresji po nocnym przepiciu. Sam Schopenhauer ani nie był pesymistą, ani też specjalnie w życiu nie cierpiał. Miał fantastyczny zmysł kupiecki, toteż dorobił się fortuny na zbankrutowanym biznesie rodzinnym, który przejął. Filozofem był niejako pokątnie, choć miał bardzo gruntowne wykształcenie w tej dziedzinie. Raczej cieszył się życiem, zwłaszcza uciechami stołu.

Jak to jest?
No więc: lubię, czy nie lubię? Kiedy czytam jego dzieło, jestem zafascynowany, kiedy odkładam i usiłuję je jakoś przyswoić, niestety opada mnie niestrawność.

Aby zacząć od jakby najmniej ważnej sprawy na rzecz tego myśliciela: Schopenhauer był doskonałym literatem. Świetnie pisał, a przy tym był niezmiernie staranny w tym, co kładzie na papier. Jego zdania są wycyzelowane, myśl trafnie i zwięźle oddana. Doprawdy niewielu jest autorów tej klasy, co Schopenhauer, którzy nie marnują słów, którzy tak doskonale panują nad myślą i słowem. Był przy tym dowcipny, dowcipem zgryźliwym, zwykle przeciwko innym filozofom, a jego największymi wrogami byli współcześni mu rodacy, Fichte i Hegel. Wtrącał niekiedy w narrację złośliwe obelgi, przy tym tak doskonale utrafione, że nie sposób nie roześmiać się.

Jego książka zafascynowała mnie jednak przede wszystkim niezwykłą śmiałością myśli. Odwagą niebywałą i postawieniem sobie zadania godnego prawdziwego filozofa. Z rozważań Kanta nie ulegało wątpliwości, że w doświadczeniu (wszelkim) ujmujemy rzeczywistość w specyficzny sposób – jako przedmiot doświadczenia. Ale musimy przyjąć, iż ów przedmiot doświadczenia różni się od „rzeczy samej w sobie”, czyli od przedmiotu, którego nikt nie doświadcza (w uproszczeniu: którego nikt nie widzi). O nim niczego nie możemy powiedzieć, skoro obiektami naszej wiedzy są wyłącznie przedmioty doświadczenia. Drobiazgowej analizie poznawania rzeczywistości Kant poświęcił swą „pierwszą” Krytykę.

Precyzyjne rozumowanie filozofa z Królewca i jego autorytet sprawiły, że od tego czasu (koniec XVIII wieku) jego ustaleń się nie kwestionuje, choć czyniono rozmaite próby, aby je wyminąć. I oto 30 lat później pojawia się filozof z Gdańska (powiedzmy, w tym bowiem mieście Schopenhauer się urodził w 1788 r.) i stawia sobie pytanie: czy faktycznie o „rzeczy samej w sobie” nic nie wiemy? Czym jest to, co znajduje się poza naszym doświadczeniem?

Krok po kroku myślowym, metodycznie, ostrożnie jak odkrywca nowych, nieznanych lądów, filozof prowadzi czytelnika w ów świat, tajemniczy i bezimienny. Z cierpliwą konsekwencją pokazuje, że wychodząc od myśli Kanta można dojść do wiedzy o „rzeczach samych w sobie”. Mamy z nim do czynienia na co dzień, powiada Schopenhauer. To wola – ślepa siła, energia uniwersalna, która się kłębi, przelewa i prze. Znajduje uzewnętrznienie w życiu. Wola objawia się w nim, we wszystkich przedmiotach przedstawienia, ukazuje się – by tak się wyrazić – naszym oczom w jednej z nieskończonej ilości możliwych form.

Wola jako „istota” świata
Ta metafizyczna siła domaga się życia, zaistnienia, znalezienia formy w świecie. Może to zrobić tylko kosztem innych. Życie walczy z życiem o życie. Nie ma ani celu, ani sensu, po prostu dąży przed siebie; chce być. Zahamowanie tego dążenia, choćby chwilowa przeszkoda, objawia się jako cierpienie. I to jest właściwie treścią egzystencji: ból umierania, cierpienie istnienia, droga cierniowa, walka – to istota bytowania. Innej nie ma.

Rzecz nie w tym, czy się zgadzamy z jego pesymistyczną wizją świata, czy nie. Istotna jest żelazna konsekwencja jego myśli. To druga cecha jego fundamentalnej rozprawy, którą filozof może imponować. W „Świecie jako woli i przedstawieniu” nie ma „widzi mi się”, „przypuszczam”, „moim zdaniem”. Autor wytrwale, dokładnie wysnuwa jedną precyzyjną myśl z poprzedniej, a z niej – dalszą. Jego dzieło to elegancka robota myślowa, godna podziwu i pozazdroszczenia.

Fundamentalna książka Schopenhauera zawiera trzy najważniejsze cechy wielkiej miary dzieła ludzkiego ducha: śmiałość myślową, intelektualną odwagę, by rzucić się w myślową otchłań nieznanego. Uczciwość w prezentowaniu rozumowania: czytelnik wraz z autorem śledzi kolejne ogniwa jego rozumowania, tak że może sam sprawdzić sumienność jego wnioskowania. I po trzecie, świetny język, który czyni „Świat…” Schopenhauera znakomitą literaturą do czytania.

Bezsprzecznie wielkość, ale jednak coś zgrzyta.

Czesław Karkowski

„Na emigracji“, najnowsza książka Czesława Karkowskiego, do kupienia w księgarni Amazon: amzn.to/2g0fY9A