Tydzień zaczął się w niedzielę. I jeszcze nie skończył. Leżę. Pod kopcem chusteczek. W barłogu. Powalona jak drzewo. Przez ministra Szyszkę. Wyrwana z codziennej rutyny. Ścięta gorączką. Złamana. W głowie trwa masakra piłą elektryczną. Łzawi lewe oko. Rzęzi w oskrzelach. A jeszcze wczoraj snułam śmiałe plany. Umawiałam spotkania. Wyznaczałam terminy. Szumiało młode wino. Nie otwierały się rany. Wszystko było możliwe. Nawet wiosna. A teraz leżę. I sprawdzam czy żyję. Unoszę najmniejszy palec. Boli. Przesuwam gałką oczną. Boli. Każdy mięsień. Każdy włos. Paznokieć. Próba oddechu. Jestem polem bitwy. Na które obce wojska dokonały desantu. Pod osłoną nocy. Trwa rzeź niewiniątek. Wywieszam białą flagę. Z chusteczki do nosa.

Słyszę jak tupie kot. I spada kropla wody z niedokręconego kranu. Sąsiad z trzeciego zbiega po schodach. Trzaskają drzwi. Ryczą klaksony przejeżdżających aut. A wszystko jak spowite watą. Szklaną. Która drażni. Wdziera się pod powieki. Uwiera.

Nie mogę czytać. Mogę tylko tępo gapić się w nic. Zmieniać pozycje na mniej uciążliwe. Budzić się. I zasypiać. I znowu. Po dwóch dniach osiągam pozycję wertykalną. Przenoszę się do drugiego pokoju. I kompulsywnie oglądam serial o Elżbiecie II. Piękne wnętrza. Stroje. Nienaganna angielszczyzna. Rozmach. A jednocześnie brak ostentacji. Brytyjska powściągliwość. Z przyjemnością kontempluję fizys pięknej Claire Foy, która za rolę monarchini w „The Crown” zdobyła Złote Globy. John Lithgow jako Winston Churchill świetny. Z nieodłącznym cygarem. Uparty. Antypatyczny. Ujmujący. Intrygi, romanse, kłótnie rodziny królewskiej. Ale bez pogoni za sensacją, skandalem. Wewnętrzne rozterki Elżbiety, która przestaje być Elżbietą-matką, żoną, siostrą a staje się głową państwa. I – jak napisze w liście babka królowej – The two Elizabeths will frequently be in conflict with one another […] but the fact is, the crown must win, must always win. (Te dwie Elżbiety będą często w konflikcie ze sobą, ale to korona musi wygrać, zawsze). The Crown must win. I wygrywa. Brytyjsko- amerykańska superprodukcja zdobywa nagrody. I wierną publiczność. W przeciwieństwie do „Belle Epoque”, o którym pisano, że to serial jakiego w polskiej telewizji nie było: stroje prosto z londyńskich magazynów kostiumowych, wysoki budżet, pierwszorzędna obsada. Tymczasem zamiast mrocznego klimatu wiktoriańskich powieści grozy mamy przaśny Kraków, Pawła Małaszyńskiego w przyciasnym cylindrze, który miał przypominać Toma Hardy’ego z „Taboo” ale kompletnie nie wyszło, zagadki kryminalne rozwiązujące się same i plastykowe paprotki ze sklepu meblowego Ikea.

A mogło być tak pięknie. Jak w „The Knick”. Gdzie od skórzanej podeszwy, po guzik, strzykawkę, neseser i fartuch – wszystko jest autentyczne. Odpowiednio wymięte. Znoszone. Pordzewiałe. Bohaterowie są zmęczeni. Mają szpetne tajemnice. Nałogi. Skomplikowane charaktery. I pokrętne motywy. Nic nie jest proste. Jednoznaczne. Przewidywalne. A na końcu zawsze niedosyt. I smutek. Że to już.

*

Spędzam czas pod kołdrą. A za oknem przeradza się. Przepoczwarza. Ptak średniej wielkości usiadł na gałęzi i śpiewa. Trudno go odróżnić. Od nieba. Konaru. Płotu. Wszystko ma ten sam kolor. Kamienia. Koty wychodzą częściej. Na dłużej. Wyciągają głowy do słońca. Czteronożne heliotropy. Zastygają. W pozie oczekującej. Niespiesznej. Zieleni się prostokąt działki. Już niebawem staruszek w słomianym kapeluszu wbije żelazne paliki i zacznie się coroczny festiwal ogórków i pomidorów. Kolejne lato. Może jedno z ostatnich. Jeremia coraz słabszy. Trzęsą się spracowane dłonie. Gdy liczy pieniądze za czynsz. Przekręca klucz. Otwiera właz do piwnicy. Z trudem schodzi po drewnianych schodach. Z trudem pochyla się i wyprostowuje. Jest coraz mniejszy. Bardziej kruchy. Na pytanie jak się czuje, odpowiada po amerykańsku. Że dobrze. Ale patrzy już trochę jakby spoza kadru. Z drugiego brzegu.

Krawiec z wadą serca, który – odkąd pamiętam – nie pracuje, tylko wysiaduje i wystaje przed domem, podekscytowany. Jeszcze kilka cieplejszych wieczorów i będzie mógł rozpocząć sezon szachowy. Na plastykowej skrzynce rozłoży drewniane figury i zaprosi kolegów do gry. Idzie wiosna! – krzyczy do przechodzącego akordeonisty, który podobno bije żonę. Szykuj się! – zachęca. Na rogu, w małym sklepiku, który zmieniał asortyment przynajmniej kilka razy, powstała jednoosobowa fabryka czekolady. Starszy, łysiejący pan z brzuszkiem, wytwarza łakocie tylko z dwóch składników: ziaren kakaowca i nierafinowanego cukru. Za malutką tabliczkę trzeba zapłacić 5 dolarów. Wybieram połączenie z bekonem. Przeceniając swoje inklinacje do zaskakujących połączeń. Tabliczka kruszy się, osypuje. Wypluwam bekon. A potem kładę obok mruczącego kota. Śnimy drzewa. I że – jak w powieści Italo Calvino – mieszkamy w ich koronach. Nietkniętych niszczycielską siłą człowieka.

Weronika Kwiatkowska