Wedle oficjalnych danych Watykanu chrześcijaństwo jest obecnie najbardziej prześladowaną religią. W ostatnich latach zamordowano 90 tysięcy chrześcijan a 250 milionów – wedle różnych szacunków – stało się ofiarami represji. Oficjalnie potwierdził to także sam papież, zatem problem jest globalny i palący. A mimo to pisarze, scenarzyści, dramatopisarze, publicyści, socjolodzy, filozofowie i reżyserzy jakoś go nie widzą. Nie powstają dzieła o męczeństwie tychże chrześcijan, do którego dochodzi w różnych punktach świata. Powstają natomiast filmy i przedstawienia o patologiach zdarzających się w Kościele katolickim. To dobrze, bo one powinny być rozpoznane i zwalczane. Pamiętać jednak trzeba, że te patologie są udziałem mniej niż 5 procent populacji księży. To oczywiście sporo, ale jak to się ma do owej skali prześladowań? Zasadne jest tedy pytanie, dlaczego twórcy nie podejmują tego tematu? Czyżby dlatego, że jest niewygodny i niepoprawny politycznie? Identyczny procent patologii jest również wśród duchownych innych wyznań, nie wyłączając judaizmu, ale o tym nie ma ani filmu, ani spektaklu, ani książki. Dlaczego?

$

Jeśli sztuka prowokuje poprzez obrażanie ludzi i profanowanie tego, co dla nich najświętsze, przestaje być sztuką. Nie wybiorę się na „Klątwę” w Teatrze Powszechnym w Warszawie. To, co już o niej wiem z kilku przeciwstawnych sobie źródeł budzi moje obrzydzenie. Dyrektor teatru, reżyser i aktorzy wystawili sobie jak najgorsze świadectwo dołączając do coraz liczniejszej rzeczy ludzi zdehumanizowanych. Owszem, teatr ma prawo walczyć z hipokryzją i zawłaszczaniem przestrzeni społecznej przez unaradawiane religie, ale nie może tego robić w sposób bluźnierczy. Dotknięty widz nie da się przekonać. Kwestia formy. Zamiast niej mamy coraz częściej kupę, którą jej wytwórcy nazywają sztuką. Prowokacja dla samej prowokacji żadną sztuką nie jest, tylko lansowaniem się i patologią nie mniejszą od tej, która była udziałem Herostratesa.

$

Jerzy Nowosielski, znakomity malarz – „Odbiorcy pozbawieni odczuwania sacrum są mało podatni na działanie sztuki, a twórca nie może bez tej specyficznej intuicji istnieć. Owszem, będzie on w stanie produkować obiekty sztuki, ale pozbawione siły działania. Nie ma zaś dobrego obrazu bez jego działania niewytłumaczalnego. Sztuka, która powstawała pod wpływem prądów zupełnie racjonalistycznych, jest bezsilna”.

$

Jak to jest? Można wykorzystać nazwisko sławnego autora i tytuł jego sztuki i włożyć w nią własną treść, nie mającą żadnego związku z oryginałem? Czy nie ma na to odpowiedniego paragrafu? Widz idzie na przysłowiowego „Hamleta” napisanego przez Williama Szekspira a widzi na scenie widowisko, które nie ma z tą tragedią niczego wspólnego i jest jedynie bełkotem reżysera. Przecież tenże reżyser może bełkotać pod własnym tytułem i nazwiskiem, czyż nie? Nie robi tego jednak w obawie, że nikt nie ten bełkot nie przyjdzie. Potrzebny jest mu zatem Szekspir. A’propos, czy zdarzył się kiedyś reżyser, który był mądrzejszy od tegoż Szekspira? Ja o takim nie słyszałem. Ci, na których się wychowałem: Dejmek, Axer, Swinarski, Jarocki i Wajda robili wszystko, żeby jak najprecyzyjniej przedstawić myśl autora i wydobyć przesłanie sztuki. By akcję pokazać jak najklarowniej, w formie zrozumiałej i zarazem atrakcyjnej dla widza. Swinarski starał się niczego nie wykreślać autorowi, twierdząc, że jeśli coś skreśli to sam już nigdy tego nie zrozumie. Był wielki i zarazem pokorny.

$

Marta Fik, bardzo wybitny krytyk teatru, tak pisała o Erwinie Axerze – „Podstawą jego stylu reżyserskiego była lojalność wobec autora – tak pojmował funkcję reżysera. Już sam wybór sztuk przesądza w znacznej mierze o charakterze pracy Axera, pracy określanej często przez krytykę jako reżyseria ukryta, a więc pozostającej w cieniu autora i aktorów. W istocie o znaczącej roli owego reżysera świadczyła zarówno dyscyplina zespołu i harmonijność całości, jak i fakt, że we wszystkich axerowskich spektaklach widać było wyraźną myśl interpretacyjną, tyle tylko, że liczącą się z jego intencjami i stylistyką utworu, niechętną wywracaniu go przez teatr na nice, a także zbyt radykalnemu stawianiu kropek nad i oraz aktualnym aluzjom”. W tym roku mija setna rocznica urodzin tego twórcy. Powinienem ponownie o nim napisać, bo go znałem, ceniłem i byłem jego asystentem. Przez lata był moim guru teatralnym w stopniu nie mniejszym niż Dejmek. Później zafascynowałem się także Jarockim i Swinarskim. Jarocki stale coś sprawdzał i doczytywał, Swinarski zaś wiedział chyba wszystko. Bawiła go moja naiwność, wiara w słowo oraz uwznioślanie ludzi i sytuacji. Mówił, że jestem tak „czysty wewnętrznie”, że aż budzę lęk. Nigdy nie wiedziałem, czy kpi ze mnie, czy mówi, co naprawdę myśli. Mówił także, że boję się pełnej prawdy, a kiedy już ją poznaję, to i tak nie ona osiada w mojej świadomości. Zastępuje ją mit, który sam dla siebie tworzę, żeby nie utracić nadziei. Chyba tak było. Chyba tak jest nadal, niestety.

$

Nie chce mi się już tłumaczyć, że znajomość wielkiej klasyki oraz znajomość historii kultury umożliwia widzenie dzisiejszego dzieła poprzez więcej pryzmatów. Ile razy można powtarzać, że właściwą wartość tego, co powstało dzisiaj można rozpoznać tylko w odpowiedniej perspektywie i na odpowiednio szerokim tle. Żeby trafnie ocenić prozaików najnowszych, trzeba porównać ich ze sobą, ale także przymierzyć np. do Mackiewicza, Miłosza, czy Myśliwskiego lub – gdy chodzi o poetów – np. do Herberta, Grochowiaka i Karpowicza. A jak może to uczynić ktoś, kto ich nie zna? Niechęć to poznania klasyków bierze się także z lęku, żeby nie okazało się, że pojemność intelektualna dawnych dzieł jest zazwyczaj o wiele większa od pojemności dzieł nowopowstałych i podziwianych. Czekam wciąż na wielkie utwory pokolenia, które idzie po moim i bardzo chciałbym się na nie doczekać.

$

Zbigniew Herbert w „Martwej naturze z wędzidłem” – „Dawni mistrzowie, wszyscy bez wyjątku, mogli powtórzyć za Racinem – >pracujemy po to, aby podobać się publiczności<, to znaczy wierzyli w sens swojej pracy, możliwość międzyludzkiego porozumienia. Afirmowali widzialną rzeczywistość z natchnioną skrupulatnością i dziecięcą powagą, jakby od tego miały zależeć – porządek świata i obroty gwiazd, trwałość niebieskiego sklepienia.
Niech pochwalona będzie ta naiwność”.

$

Co zostało dzisiaj z ruchu hipisowskiego i buntów młodych gniewnych? Co mamy z kolejnych Woodstocków? Czy taplanie się w błocie buduje w młodym człowieku cokolwiek pozytywnego i trwałego? Czy przydaje mądrości?

$

„90 piosenek na 90 lecie Radia Kraków” – pod takim hasłem słuchacze tej rozgłośni ułożyli w głosowaniu listę przebojów. Na pierwszym miejscu znalazła się piosenka Leszka Wójtowicza „Moja litania”, która zdobyła 5229 głosów, zaś na ostatnim Maria Peszek z piosenką „Padam”. Zdobyła tylko jeden głos. I chyba wiem, kto go przesłał…

Andrzej Józef Dąbrowski