Przekonałem już Państwa, mam taką nadzieję, w poprzednim odcinku, że wracając z Ameryki do Polski można zachować nieprzerwany i ogromny dostęp do książek, po polsku i angielsku. Dostęp ten tanieje w oczach, a bywa darmowy. Co prawda będą to książki elektroniczne, a jest ciągle moda mówić, że to nie to, że jakoś nie można się przestawić na te „bezosobowe” literki na ekranie. No trudno, pożegnać się trzeba będzie z zapachem papierowej książki, zresztą już nie tak ładnym jeśli jest ona stara a jeszcze spędziła tygodnie w paczce morskiej.

A co z zrobić z muzyką? Piotr Siemion w swojej pierwszej powieści „Dzikie łąki” opisuje Polaka, który za pierwsze zarobione w Ameryce pieniądze kupił sobie wszystkie kompakty Pink Floydów. Wiadomo, za komuny zachodnie płyty były rarytasem, trzeba było je pożyczać, przegrywać. Moi przyjaciele (a i ja też) w Nowym Jorku kupowali sobie to, co kiedyś było niedostępne i za drogie. Zaczęła się orgia kolekcjonowania, niezliczone wizyty w sklepach Tower Records, zwłaszcza w tzw. outletach z przecenionymi płytami. A jeśli świeżo upieczeni imigranci ośmielali się łamać amerykańskie prawo, to zamawiając na kolejne aliasy swojego nazwiska kompakty z klubów płytowych.

Nie było polskiego domu w Ameryce, gdzie nie znalazłbym płyt Led Zeppelin, Beatlesów, Hendrixa, Doorsów, Santany, Milesa Davisa, co tam kto lubił. Kompakt oferował czysty, bezszumowy dźwięk, tak więc w tych tymczasowych amerykańskich domach pojawiły się wnet dobre systemy stereofoniczne – japońskie, a jakże! W apartamentach na Greenpoincie i domach w New Jersey stały czarne wieże ulubionych przez klientów Pewexu firm: Technics, Sony.

Lata mijały, kolekcje się powiększały. Płyty taniały, wiele dostawaliśmy w prezencie, przywoziliśmy z Polski. Było też sporo polonijnych księgarń i sklepów muzycznych, w których, odpowiadając na społeczne zapotrzebowanie, do kupienia były, wznawiane w Polsce ochoczo, złote przeboje Grechuty, Niemena, Budki Suflera, Skaldów.

Na polonijnych imprezach do barbecue w ogrodzie słuchaliśmy więc „Kolorowych jarmarków”, „Pieśni o Warszawie” i „Jaskółki uwięzionej”. Ale też z dobrych głośników panowie słuchali w domu po pracy swoich idoli: Stinga, Pata Metheny’ego.

Jak to zabrać? Najmniej żal sprzętu. Ten stary już się rozleciał a postęp techniczny spowodował, że nowa aparatura brzmi lepiej i jest relatywnie tańsza. Zresztą w Polsce jest inne napięcie i częstotliwość prądu; tylko kolumny będą działały bezbłędnie, po co więc się bawić w wysyłkę.

W polskich sklepach AGD jest dziś taki wybór jak w USA a obsługa bardziej kompetentna. Są też sklepy internetowe. Ceny nie są wyższe niż w USA. Za to ma się tu gwarancję, dostawę towaru do domu i jego instalację. Są też sklepy sprzedające najwyższej klasy sprzęt stereo. Byłem nawet na targach takiego sprzętu kosztującego tysiące, ba, setki tysięcy dolarów. Targi były w Warszawie na Stadionie Narodowym i w dwóch hotelach. Pod względem liczby wystawiających i ogólnie poziomu nie odstawały np. od targów CES w Las Vegas, na które kiedyś jeździłem co roku.

Przeciętny człowiek wyśle sobie paczką z Ameryki swoje sto kompaktów i kupi już w kraju przyzwoity system stereo, powiedzmy za tysiąc dolarów (ciągle robią głośniki Altus i gramofony Fonica!). Tendencja w muzyce jest jednak podobna jak w świecie filmów i książek. Rezygnujemy z nośników fizycznych: papieru, taśmy, płyty. Wszystko jest w tajemnicznej strefie zwanej iCloud lub podobnie, na jakichś tajemniczych, bezpaństwowych serwerach.

Zostawiłem w Nowym Jorku trzy tysiące kompaktów. (Mamy problem!) Kiedyś było ta źródło dźwięku najwyższej jakości, nie to co ta skrzecząca muzyka ze słuchawek iPodów. Od tej pory udało się jednak podnieść jakość muzyki ściąganej z sieci (tzw. streaming); można też, np. w sklepie iTunes firmy Apple, kupować piosenki i albumy z jakością taką jak na kompakcie. Mało tego – są już technologie zapewniające wyższą jakość niż na CD i są przenośne urządzenia, w których można składować muzykę i potem puszczać ją bądź przez słuchawki, bądź domowy system. Już nie śledzę tak dokładnie technologii, w każdym razie wiem, że w urządzeniu wielkości pudełka papierosów, z kolorowym ekranem, można mieć na nowo Pink Floydów, Sade i Czerwone Gitary. Na wspomnianych targach muzyka do tych superdrogich głośników i wzmacniaczy pochodziła z malutkich, bezprzewodowych urządzeń!

Gdy ktoś nie ma tak wielkich wymagań, może po prostu używać swojego telefonu z nieco skompresowaną muzyką (czytaj: troche niższą jakością). Przywiozłem do Polski iPhone’a, na którym mam dostęp do chyba tysiąca kompaktów. To już jedna trzecia mojej nowojorskiej kolekcji, i na pewno są to płyty ulubione, których najchętniej słuchałem. Na ekraniku smartfona śmigam sobie między okładkami płyt Zimermana i Kiepury, Weather Report i SBB, Moniuszki i Sex Pistols. Pewnych pozycji, np. muzyki polskiej, jeszcze nie ma, ale wybór i tak jest ogromny. Informacje o utworze bywają nieprecyzyjne, czasem brak opisów płyty. Ale są też nowe fantastyczne opcje, np. pojawia się tekst. Za komuny słuchaliśmy zachodniej muzyki często nie rozumiejąc słów. Dziś mamy szansę przeczytać na ekraniku telefonu o czym tak w ogóle śpiewają Cohen i Dylan.

Za niewiele lat cała muzyka świata będzie dostępna w najwyższej jakości i za umiarkowaną cenę, powiedzmy jakiś miesięczny abonament. Tak jak ludzie tęsknią za zapachem książki, inni będą tęsknili za okładką long-playa, czytaniem opisów, podziwianiem grafiki. Ja natomiast pamiętam szybko się drące, zrobione z cienkiego papieru okładki Polskich Nagrań, szumiące płyty Melodii, mordęgę zmieniania stron płyty i wymiany igły. No i kolekcje takich płyt jeszcze trudniej było przewieźć z kraju do kraju!

Za tydzień: jak wędrować po świecie i wszędzie oglądać „Misia”, „Sopranos” oraz bramki „złotej jedenastki” Kazimierza Górskiego.

Jan Latus