Sprzedawca nieświeżych warzyw macha ręką zza prowizorycznej lady. Jest wysoki. Zaniedbany. I nachalny. Niedawno otworzył sklep. Który wygląda jak tymczasowa hurtownia wszystkiego. Kartony przeterminowanego makaronu. Skrzynki butwiejących owoców. Ręczniki papierowe. I woda gazowana znad polskiego potoku. Najlepszy chleb w okolicy – zachwala. Organiczn y- dodaje łamaną polszczyzną. Bo pochodzi z Rumunii. A może Serbii. W każdym razie jest bardzo nie stąd. Z tym swoim zgorzkniałym wyrazem twarzy. Poirytowaniem. Natarczywością. Świeże truskawki – krzyczy za dziewczyną w ciemnych okularach. Szpinak – wciska foliowy worek zdezorientowanej klientce. Musi niezwłocznie upłynnić towar. Bo nie ma chłodni. A warzywa szybko gniją. Jutro zielone liście puszczą sok. Niesprzedane upchnie w lodówce, w której trzyma masło i śmietanę. Ale i tak będzie za późno. Nikt nie kupi zielonej mazi. Wyrzuci ją do śmietnika.

Między półkami przechadza się kotka. Jest czarna. Niewielka. Ma wyliniałą sierść. I żółte oczy. Nie boi się, kiedy biorę ją na ręce. Jest ufna. Spokojna. Nikomu na to nie pozwala – mówi żona właściciela. I opowiada losy przygarniętej. Namawiam ją na wizytę u weterynarza. Szczepienia. Sterylizację. Ale kobieta tylko kiwa głową. I mówi, że to fanaberie. Kotka jest zdrowa. W sklepie nie ma myszy. Po co do weterynarza. Tylko pieniądze weźmie. Krwiopijca.

Przypomina mi się pierwsza wizyta w lecznicy dla zwierząt. Jechaliśmy taksówką. Chciałam, by zawodzący żałośnie Cecyl zaczerpnął świeżego powietrza. Rozpięłam zamek torby. Wystawił głowę. A potem- niespodziewanie – resztę ciała. Zamknij okno – krzyknęłam do kierowcy. Kot na wolności! – ryknęłam. Ale samochód był stary. Mechanizm się zaciął. Szyba nie chciała ruszyć. Złapałam łachudrę mocno. Czułam jak wbija pazury w wełniany płaszcz. Widziałam, jak z obłędem w oczach analizuje sytuację i szuka drogi ucieczki. W końcu udało mi się huncwota zapakować z powrotem do torby. Taksówkarz był blady ze strachu. Trzęsły mu się ręce. Gdyby skoczył na mnie, moglibyśmy już nie żyć – powiedział. Wszystkie potencjalne scenariusze wyświetliły mi się w głowie. Widziałam kota wczepionego w plecy kierowcy. I zderzenie z innym pojazdem. I jak nie otwiera się poduszka powietrzna. Bo stare auto nie jest wyposażone w te wszystkie fantomy bezpieczeństwa. Więc kierowca wali głową w szybę. Ma rozcięte czoło. Tryska krew. Albo kot wyskakuje przez okno i ginie pod kołami. Zobaczyłam wyraźnie. Jak leży na asfalcie. Z dziwnie odchyloną głową. Nieruchomy. A może wymija pędzące auta i przepada na zawsze. Błąka się po obcych ulicach. Walczy z innymi bezpańskimi kotami. Szuka drogi do domu. Nadaremnie.

Wszystko to zobaczyłam. Jasno. I wyraźnie. Stojąc w kolejce do kasy. W sklepie, który nazywa się „Karavan”. Co nieodmiennie wzbudza radość. Bo kojarzy się raczej żałobnie. Grobowo. Brak jednej litery robi – jak w sloganie reklamowym – wielką różnicę. Ale gospodarze tego kuriozalnego przybytku nie zdają sobie sprawy z upiornego błędu. Że sklep spożywczy znajdujący się obok domu pogrzebowego, zamiast przywodzić na myśl kupców na wielbłądach, odsyła do trupa w chłodni.

*

Łażę zapyziałymi ulicami Ridgewood i obserwuję. Jak dzielnica się przepoczwarza. Jak „wstaje z kolan”. Nowe wypiera stare. Wiosna przedziera przez beton. Zaraz zakwitną drzewa. I nawet jeśli nie będzie ładniej, to przynajmniej będzie cieplej. Stare kobiety w fartuchach usiądą na schodach przed domem. Młode przy kawiarnianych stolikach. Ktoś kupi ręcznie wytwarzaną czekoladę od Pana Z Brzuszkiem. Ktoś inny rzemieślnicze lody o smaku zielonej herbaty i brandy, lawendowego drinka, pizzę z jarmużem. Lokalny artysta w słomkowym kapeluszu rozstawi sztalugi i namaluje kolejną pocztówkę z przemijania. Zabiją dzwony kościoła. Gołębie wzbiją do lotu.

„Nuda. Pustka. Chodzę, sam nie wiem, gdzie i po co, wydaję pieniądze, ale wcale mnie to nie bawi. Wszystko wydaje mi się tak idiotycznie głupie, tak banalne – ludzie, gazety, nawet ulica gwarna, w której nurzam się co dzień po kilka godzin. Przygnębienie jakieś dziwne mną owładnęło – chcę czegoś chcieć, ale wszystko mi jest obojętne”.*

Przedwiośnie. Wychodzenie z zimy. Jak z gorączki. Czas rekonwalescencji. Zmartwychwstania. Jestem otępiała. Nieobecna. Pasywna. Wszystko odkładam na później. Zamiast pracować rozwiązuję idiotyczne testy z angielskiej gramatyki, tudzież kwizy z cyklu: „Jakim filozofem jesteś” albo „W jakim kraju powinnaś zamieszkać”. I dlaczego nie jest to Polska. Ani Stany Zjednoczone. Dowiaduję się, że najbliżej mi do umysłu Chomsky’ego. Sądząc po jego dokonaniach nie uciekał się do mechanizmu prokrastynacji zbyt często. Nie zwlekał z życiem. Tak jak ja. Która mogę powtórzyć za Konwickim: „Całe życie żyliśmy jakby na walizkach. Tysiące przejść, niepewności, załamań. Ciągła prowizorka, tymczasowość, byle do jutra. A kiedyś zacznie się prawdziwe życie”. Nic się nie zacznie. Jest tylko tu. I teraz. Sklep na rogu. Klucz w zamku. Rachunek do zapłacenia. Migają światła rozmaitych możliwości. Po które w końcu odważę się sięgnąć.

* Władysław Broniewski