7 marca minęła 20. rocznica śmierci Agnieszki Osieckiej, poetki, autorki piosenek, dziennikarki, pisarki, autorki spektakli teatralnych i telewizyjnych. Tak o swojej przyjaciółce pisała Magda Umer: „Lubiła chodzić na bardzo długie spacery, a właściwie łazić, włóczyć się, do niczego i nikogo nie spieszyć. Długo milczeć, krótko gadać, być z zielenią. Przeszłyśmy razem tysiące kilometrów, może nawet kulę ziemską. […] Miała zanikającą zdolność skupiania uwagi na drugim człowieku, uważnego słuchania, obserwowania, darowania mu natychmiastowego „słońca do chleba”, jeśli czuła, że tego potrzebuje. […] Wrażliwość była fundamentem Jej poetyckiego talentu.

Pisała: „Ty widzisz krzesło, ławkę, stół – a ja – rozdarte drzewo”. […] Alkohol – najpierw daleki znajomy, potem miły, kolorowy przyjaciel, lekarz, kokon, ostatnia deska ratunku i w końcu wróg. Śmiertelny. W książce pod tytułem „Rozmowy w tańcu” napisała o sobie, że jest alkoholiczką. To ciągle szokujące i niebywałe wyznanie w naszym pijanym kraju. […] Kiedy lekarze kazali Jej robić badania, brać pigułki i w ogóle dbać o siebie – kiwała głową, ale tak naprawdę nie przyjmowała tego do wiadomości. Mówiła że ma zapalenie duszy i wadę serca, a na to nie ma lekarstwa. Ale lubiła słowo kardiogram – „bo to jest rym do „sto gram”. […] Wierzyła gorąco, że Bóg – także Poeta – opiekuje się Nią bezpośrednio. I że poeci mają u Niego specjalne prawa. Myślę że tylko z Nim rozmawiała do końca szczerze. I myślę że rozmawiała z Nim codziennie. Kiedy umierała chodziła do kościołów różnych wyznań, o coś prosiła, za coś przepraszała… […] Była dobrym człowiekiem”.

*

„Ludzie ciągle szukają szczęścia w mrzonkach. Oglądają Facebooka i widzą, że znów jakaś koleżanka wrzuciła zdjęcia z wycieczki do Japonii. I od razu humor siada. Zaczynamy się zatruwać, że trzeba szybko coś zorganizować, pojechać na urlop do Australii. Też wstawić zdjęcie. Bo inaczej nie będę szczęśliwy. Mam w sobie głębokie poczucie, że jeśli ktoś jest bogaty wewnętrznie, ma dużą wyobraźnię i wrażliwość, to wystarczy mu czasem podróż do kuchni i przeżyje więcej, niż ktoś, kto zobaczy słonia na safari” – mówi Rafał Bryndal, satyryk. Wieloletni dziennikarz Radia Zet, redaktor naczelny miesięcznika kulturalnego „Bluszcz” i magazynu literacko-kulturalnego „Chimera”, autor tekstów kabaretowych i osobowość telewizyjna w jednym, dodaje: „Jesteśmy samotni w walce, w miłości, samotni w naszym zakręceniu. Samotność to podstawa naszego życia. Ja też ją odczuwam”. Na pytanie, jak walczyć z samotnością, odpowiada: „Wychodzę do ludzi. Ale też staram się przesadnie nie walczyć. Bo jest to niebezpieczne. Wszystkie zabawki i gadżety, o które dziś się zabijamy, wymyślono po to, by zabić samotność i kojarzącą się z nią nudę. Pięknie napisał o tym Josif Brodski, żebyśmy nie ulegali ogólnej tendencji otaczania się milionem rzeczy, które z założenia mają zabić nudę. Bo wpadamy wtedy w jakąś paranoję. Swoją drogą, ostatnio odczuwam taką dość specyficzną samotność, związaną z tym, że nie piję. (śmiech) Spotykając się z ludźmi, zwłaszcza w piątek czy w sobotę wieczorem, czasem trudno jest mi znaleźć z nimi wspólny język”- mówi. Artysta pozostaje w trzeźwości, i choć nikogo nie ma zamiaru nawracać na „dobrą drogę”, deklaruje: „Fajnie jest nie pić. Relacje są dzięki temu prawdziwsze. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak bardzo jesteśmy rozpici. W Polsce biorąc pod uwagę ilość całodobowych sklepów z alkoholem, znacznie łatwiej jest kupić wódkę niż chleb. Na każdym kroku mamy sklepy monopolowe i apteki, które mają nas leczyć z kaca. Ale każdy ma swój lot, nie chcę ludzi nawracać”- przekonuje.

*

Na pytanie dlaczego wydaje co roku książkę i czy pracoholizm wynika z obawy przed wypadnięciem z obiegu, a może chodzi o niespłacony kredyt – Jacek Dehnel, pisarz tzw. młodego pokolenia, udzielił zaskakującej odpowiedzi: „Kredyt na mieszkanie, czy w ogóle życie, to kwestie istotne, ale mógłbym przecież zarabiać przez rok tylko felietonami, spotkaniami literackimi i tym podobnymi pracami. Ja po prostu wiem, że umrę. Większość ludzi niby też mówi, że wie, ale mam wrażenie, że wcale tak nie jest. A ja wiem i zgodnie z tym postępuję. Nazajutrz po mojej śmierci, wszystko jedno, czy zabije mnie rak, serce, samochód czy pocisk, nie napiszę ani wyrazu, ani litery, niczego nie wypowiem; cała ta maszyna, którą przez lata sobie budowałem w głowie, czyli mózg, ulegnie błyskawicznej destrukcji. Wszyscy będziemy jak ajfon wrzucony do wody, nic się już na nim nie napisze, niczego nie wyciągnie z jego pamięci. Więc trzeba z niego korzystać, zanim się wyślizgnie z ręki” – powiedział 37-latek, zawstydzając niejednego starca.

*

Wojciech Modest Amaro to jeden z najlepszych kucharzy i restauratorów w Polsce. Wspólnie z żoną prowadzi w Warszawie słynne Atelier Amaro, które jako pierwsze w kraju zostało oznaczone gwiazdką Michelin. Wśród dań serwowanych w ekskluzywnej jadłodajni można skosztować m.in. czipsa z ziemniaka z kroplami żelu z wódki albo lody z zielonego groszku z pudrem ze stewii i mięty. W 2013 roku Amaro został przewodniczącym jury telewizyjnego reality show „Top Chef”, prowadził też polską edycję „Hell’s Kitchen”, gdzie dał się poznać jako ostry i bezkompromisowy przełożony. Na pytanie z czego czerpał siłę, żeby wystartować z Sosnowca, przejść przez wieloletnią harówkę i osiągnąć tak spektakularny sukces – odpowiedział: „Przede wszystkim podstawą są zasady moralne, a te wynosi się z domu. Rodzice mieli ten „kręgosłup” oparty zresztą na religii. Mój ojciec, prześladowany przez komunę, nigdy nie dał się złamać – był pilotem Czerwonego Krzyża, ratował w trudnych warunkach ludzkie życie, narażając własne. Mama – niezwykle wrażliwa, a jednak silna – musiała radzić sobie z tą presją, mając pod opieką trójkę dzieci. Moje marzenia wykuwały się zawsze w oparciu o te zasady: by nie działać na skróty, nie być „chorągiewką”, by wierzyć i wytrwale podążać do celu” – powiedział. „Wszystko, co mam, dostałem od Boga – nie mam najmniejszej wątpliwości” – dodał. „Dopuścił wszystkie sytuacje w moim życiu, obdarował łaskami duchowymi, zawrócił nie raz ze złej drogi i okazał miłość i miłosierdzie. Zgodnie z jego oczekiwaniami mam się odpłacić jednym: bezgraniczną miłością. Dziś koncentruję się na wartościach, które przekazuje mi Jezus. Wszyscy je znamy: są zawarte w dziesięciu przykazaniach. To jest praca, której poświęcam całe moje życie” – wyznał.

Weronika Kwiatkowska