Znowu szpital. Tym razem krótko, niecałe dwa dni. Ale jakie intensywne! Wypełnione sprawdzaniem, czy były dwa zawały, czy tylko jeden. Miał pan, przechodził pan, nie zauważył pan – takie było podejrzenie. Nie zawsze jest ból, nie zawsze są typowe objawy. Musimy dokładnie pana przebadać, zatem najlepiej w szpitalu. Jak w szpitalu, to w szpitalu. Mam w nim osobny pokój z oknem na całą ścianę, podwojnym łóżkiem, szafą i wielką łazienką. Nie poleguję długo, bo raz po raz jestem zabierany na sprawdziany. Staję się dodatkiem do igieł, skrzykawek, fiolek, rurek, rureczek, kabli, kontrastów i monitorów. Pobierań i wstrzykiwań. Wykresów i wielometrowych zapisów na poliniowanym papierze. Pode mną maszyny, nade mną maszyny. I polecenia: leżeć na wznak, na lewym boku, na prawym boku, oddychać, nie oddychać. A potem kładę się do takiej niby rakiety. Czuję się tak, jakbym za chwilę miał powiększyć grono poszukiwaczy kolejnej planety. I prawdę mówiąc, nie miałbym nic przeciwko temu, bo zawsze mnie ciekawiło, jak jest poza ziemią. Trochę nawet wiem, bo podglądam tu i tam, co tam panie widać na tych innych kulach nieziemskich. Martwota, czy jakieś życie? Jakieś ludziki, czy może nawet ludzie? Na razie wszędzie tam jednakowo – kamieniście, pyliście i księżycowo. Nie widać wody, zatem życia nie ma.

Oczywiście, poleciałbym w kosmos, dlaczego nie? Lotami na księżyc bardzo się interesowałem. W liceum przylgnęło do mnie powiedzenie dobrane przez dwie klasowe intelektualistki – „zatrzymajcie ziemię, bo chcę wysiąść”. Nie powiem, trafione. W tejże rakiecie, do której mnie włożono, przyśniły mi się te właśnie koleżanki – Urszula i Małgorzata. Pierwsza była ze Świdra, druga z Józefowa. Codziennie omawialiśmy warszawskie wydarzenia kulturalne a we wtorki przedstawienia Teatru Telewizji, emitowane poprzedniego wieczora. Urszula popełniła samobójstwo wkrótce po rozpoczęciu studiów bibliotekoznawczych. Nikt nie wie, dlaczego. Była chora na serce.

Sen przerwało moje własne chrapanie. Skoro pan chrapie to napewno ma pan bezdech – stwierdza lekarz, więc zleca kolejne badania. I znów podłączają mnie do kabli, drucików i zworników. Głowę mam całą nimi oplątaną, a także ręce, piersi, brzuch i nogi. We włosach lepią się jak plastelina przylepce z kablami podłączonymi do jakiegoś aparatu, a ten aparat do jakiejś skrzynki. Coś w niej miga, coś w niej pika, coś w niej przelatuje po ekraniku, czyżby myśli? – Ależ neurony u pana pracują, ależ buzują – mówi pani obsługująca tę plątaninę. Nie wiem, jak to rozumieć, czy to dobrze, czy źle? Z wrażenia nie zasypiam, zatem nie wiadomo, czy mam we śnie ten bezdech, czy nie.

Zawałów raczej nie było. Raczej. Blizn na sercu nie ma, ale część krwi nie wydostaje się z niego tak, jak powinna. Zatem następne badania. Podczas wstrzykiwania jednego z kontrastów miałem wrażenie, że nie oddycham i już kompletnie sztywnieję, stając się nieboszczykiem z otwartmi oczami. Serce mi stanęło i leciałem na podłogę, ale mnie podtrzymano. To podobno normalne, nic groźnego. I chyba rzeczywiście nic groźnego, skoro teraz siedzę i notuję.

$

Okno na całą ścianę zapełnione jest widokiem, który jest żywą ilustracją supernowoczesności. Na pierwszym planie dwa szklane apartamentowce ponad trzydziestopiętrowe. Tuż za nimi początek Queensborough Bridge z nieustającym ruchem samochodów, autobusów, rowerów i pieszych. Nad nim unosi się kolejka linowa z pasażerami jadącymi lub wracającymi z Roosevelt Island. Wygląda jak szklana winda przesuwająca się w powietrzu. A nad nią śmigłowce śmigają ku lądowiskom przy East River. A z kolei nad nimi samoloty lecą jeden po drugim na LaGuardię. Za mostem wieżowce z migotającymi czerwonymi światłami, ostrzegającymi te właśnie samoloty. Nie wiem dokładnie, ile mają pięter, bo z mojego szpitalnego pokoju nie widzę ich w całości, nawet wtedy, kiedy się nachylam. Nie widzę również ostatnich kondygnacji owych dwóch apartamentowców stojących tuż przed szpitalem. Widzę natomiast łączące je lobby z portiernią i umundurowanymi doormanami. Uwijają się jak w ukropie, bo ruch jak na Broadway’u. Lokatorzy wchodzą i wychodzą, zatem raz po raz trzeba otworzyć im drzwi, do niektórych zagadać, niektórym potrzymać torbę z zakupami, niektórym przypilnować psa; jednym przywołać windę, drugim taksówkę. Kiedy na półkolisty podjazd zajeżdżają kolejne limuzyny, doormani lecą do nich z wózkami na bagaże. Z pałąkami do wieszania ubrań. Układają te bagaże jak relikwie, a potem jadą z nimi do windy, czekając po drodze aż ich właściciel wyjmie pocztę ze skrzynki. Niektórzy doormani jednak nie czekają i od razu jadą windą z tymiż wózkami. Snadź wiedzą dokąd. Na jednym z wózków jechała odkryta harfa. Przypomniała mi się zatem Lilla Weneda oraz pewna piękna harfistka z Paryża.

Za kontuarem naliczyłem trzech portierów. Żaden nie siedzi; jeden stoi pośrodku, dwóch po bokach. Przed nimi krząta się bezustannie czterech doormanów. Co jakiś czas pojawia się jeszcze umundurowany sprzątacz i sprawdza, czy jest coś do zamiecenia przy windach i przed kontuarem oraz na podjeździe. Sprawdza też, czy palą się wszystkie żarówki w licznych lampionach.

W tymże moim zaokiennym pejzażu nieba nie widać. Może to i dobrze, bo nie przychodzą na myśl tematy ostateczne. Zwielokrotnione życie, które widzę jakoś i mnie pobudza, zatem dalej notuję, korzystając z przerw między jednym okablowaniem a drugim. W końcu niecodziennie jestem jakby w dwóch rzeczywistościach jednocześnie – szpitalnej i apartamentowcowej.

Wieczorem palą się światła niemal we wszystkich mieszkaniach. One też mają okna na całą ścianę. W żadnym nie ma firanek, zatem dobrze widzę, co się dzieje w środku. Ze zdumieniem odkrywam, że na piętrach, które widzę są same kawalerki a w nich pojedyncze osoby. Żadnych scen małżeńskich, żadnych dzieci, żadnego życia gromadnego. Wszyscy sami. Czyżby zatem były to apartamentowce tylko dla singli? A we wszystkich to samo – przygotowywanie i spożywanie kolacji między ośmą a dziewiątą, potem kilka rozmów przez komórkę, potem oglądanie telewizji lub buszowanie w Internecie. Niektórzy piszą jakieś długie teksty. Między godziną 10 a 11 światła gasną, zatem single idą spać. Samotnie. Dzielą ich takie same ściany jak Maję Komorowską i Zbigniewa Zapasiewicza w filmie „Za ścianą”. Jakoś dziwnie się czuję patrząc z tak niewielkiej odległości na zbiorowość złożoną z pojedynczych osób, żyjących wieczorem aż tak podobnie. Jak wedle scenariusza o naszej wieczornej codzienności. Jak też tak żyję. Ja też jestem uzależniony od Internetu. Tylko spać chodzę dopiero po północy.

Rano szybko podnoszę rolety, żeby zobaczyć, jak wygląda poranek tejże zbiorowości. Niczego jednak nie widzę, bo w świetle słońca ściany tychże apartamentowców są wielkimi taflami złotego szkła. Odbijają promienie słoneczne tak silnie, że aż oślepiają. Mój pokój też staje się złoty. Ledwie widzę pielęgniarkę, która przyszła odłączyć mnie od kabli i zmierzyć ciśnienie. Zapewnia, że będę miał złoty dzień. Oby.

Andrzej Józef Dąbrowski